Daniel
Higgins
Siedemnaście
lat chodzi po świecie, siedem jako niekoniecznie dumny Krukon. Stan
wiedzy mieści się pomiędzy Zadowalającym a Powyżej Oczekiwań,
osobiście wstawiłby sobie Trolla, bo jako buc iks kwadrat lubi
dawać w mordę. Nie boi się niczego, oprócz swojego kota Cyryla,
którego wujek przywiózł mu od jakichś Rusków z bazaru. Patronusa
nie zna, bo do tego trzeba mieć dobre wspomnienia. Różdżka
drewniana, ma coś z jednorożca i osiem cali długości, w razie
czego można ją wsadzić komuś w oko. Pałką trudniej kogoś oślepić, ale szkoli się w tej dziedzinie, waląc nią w co popadnie jako przykładny pałkarz.
nic mi się nie chce i się pogubiłam
cóż.
cóż.
[Witam! :) Czy taki buc chciałby mieć jakikolwiek wątek z Cleo? A może powiązanie? Zdjęcie ładne, imię też. A geografia to zło.]
OdpowiedzUsuńCleo
[ dlaczego od razu zakazana morda, co? przyjemna dla oka przecież :C]
OdpowiedzUsuńSophia
[Sporo znajomych twarzy widzę. Witam :)]
OdpowiedzUsuńMonty
[Witam ciepło :)]
OdpowiedzUsuńMaggie
[Tududu tududu]
OdpowiedzUsuńFlorean Hale
[Witam i wątek pytam! Z tego samego domu więc znac się muszą XD]
OdpowiedzUsuńIrina
[FRAJER
OdpowiedzUsuń<333]
Dżony
Danjelu
OdpowiedzUsuń[U mnie z ambitnymi i ciekawymi pomysłami dzisiaj jest wyjątkowo kiepsko, ale można jakoś wykorzystać sytuację, że Cleo to koleżanka Johna? Hm... A tak. H2O, wiedziała, że to imię brzmi za bardzo znajomo... :D]
OdpowiedzUsuńCleo
[ haha, dobra, uwierzę na słowo :D nie masz może jakiegoś pomysłu na wątek? bo mnie dopadła jesienna chandra ._.]
OdpowiedzUsuńSophia
[Racja, niemiecki to zło. Trzymam się z daleka.
OdpowiedzUsuńOboje mają czarne koty. Sugerowałabym kocią miłość, ale to dwa kociaki, chyba, że gejowska kocia miłość.]
Maggie
[ Ja ma taką propozycję...moze Irina byłaby taką osóbką, która starałaby się w jakiś sposób że tak to ujmę "ratować" go z opałów, czy też starać się go uspokajać, bo taka dziewczyna o strasznie miękim serduszku. Starałaby się zawsze mu pomagać, nawet gdyby on tego nie chciał. Co ty na to? ]
OdpowiedzUsuńIrina
[Płaczę mocno.
OdpowiedzUsuńI chciałabym wątek, ale boję się, bo Daniel taki niebezpieczny, a Cyryl jeszcze gorszy. Może jego kot łasiłby się do Florean, a ona miałaby gorszy dzień i tak trochę wyleviosowała go na drzewo?]
Florean
[Jak bardzo Daniel lubi dawać w pysk? Bo Monty'emu może się czasem należeć, a że on niezbyt dobry w te klocki, mógłby się jakoś mścić.]
OdpowiedzUsuńMonty
[ Przydałby się wątek ;) ]
OdpowiedzUsuńIrene Goldstein
[A w Danielu budzą się czasami wyrzuty sumienia? Bo jeśli tak, to mógłby zrzucić Cleo z miotły. Ja nie mam nic przeciwko krzywdzeniu swojej postaci. Zwłaszcza w Hogwarcie. A może kot Daniela polubi Cleo? :D Wybacz, ja dzisiaj tylko takie banalne pomysły mam.]
OdpowiedzUsuńCleo
[ w sumie o tym samym pomyślałam. Raczej by wyrzutów sumienia nie miał, że posłał ją do Skrzydła Szpitalnego, nie? Ślizgońskie mendy pewnie by mu żyć nie dały, więc może tak dla świętego spokoju by do niej zaszedł w odwiedziny, bo musiała zostać na dłużej? dajmy na to mocno grzmotnęła o ziemię.]
OdpowiedzUsuńSophia
[Widzisz, to Norrington odwrotnie :D A co powiesz na coś takiego - jakiś czas temu Daniel i Monty zostali dobrani do wykonania jakiegoś zadania, co zresztą miała zrobić też pozostała część klasy. Ich współpraca może nie należała do najbardziej udanych, ale się nie pozabijali, oddali pracę i czekali na te wyniki. I tegoż dnia okazuje się, że - mimo współpracy, gdzie zapewne Monty odwalił większą część - Higgins dostaje Zadowalający, Norrington Wybitny, najpierw nauczyciel ględzi o "nieodpowiedzialności i niezrozumieniu, jak współpracując można osiągnąć taki wynik", co jest pierwszym punktem irytacji Daniela. Drugi - podczas lekcji Monty co chwila rzuca jakieś złośliwe uwagi, aż na przerwie Dan zwyczajnie wali go w pysk (śmiesznie musiałoby to wyglądać dla osób postronnych :D). Monty będzie zbyt zszokowany, aby od razu zareagować, ale coś się wymyśli, żeby Kruczek dostał za swoje. Co o tym sądzisz?]
OdpowiedzUsuńMonty
[Aż sobie wyobraziłam zbulwersowanego Daniela z takim "wtf wariatko" na twarzy.
OdpowiedzUsuńJutro zacznę, kiedy zbiorą się we mnie negatywne emocje po sprawdzianie z fizyki i będę w stanie opisać znęcanie się nad bezbronnym kotem (chociaż nie wiem, czy on taki bezbronny, w końcu towar z Rosji).
Kup mi chechłacz, to może w końcu dowiem się co to jest :<]
Florean Hale
[Ja zaraz idę spać, więc i tak nie zacznę, więc oddaję ten honor tobie :D I powodzenia na zaliczeniu, nie uczę się niemieckiego, ale każda znana mi w tym temacie osoba uskarża się, że hoho.]
OdpowiedzUsuńMonty
[Uwielbiam koty hejtery. To są jedyne, prawdziwe koty. Inne koty to nie koty.]
OdpowiedzUsuńFaramir upasł się ze dwa lata temu. Maggie nie zrobiła tego specjalnie. Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia jak to się stało, ale ogromny, gruby czarny kot wyglądał coraz bardziej przerażająco. Podejrzewała nawet, że jest na coś chory, ale kiedy w czasie wakacji zaniosła go do weterynarza, ten nic nie stwierdził i zalecił mu dietę. Dietę stosowała, a Faramir wciąż był gruby. Całymi dniami leżał na łóżku, ewentualnie spacerował po parapecie. Z czasem, Maggie pogodziła się z sytuacją. Liczyła na to, że przy tej wadze i rozleniwieniu przestanie jej uciekać. I naprawdę, przez dobrych kilka miesięcy, wracając z zajęć, zawsze zastawała go w pokoju.
Aż do pewnego słonecznego popołudnia.
Wróciła do dormitorium. Drzwi były uchylone, a kiedy weszła do środka... Faramira nigdzie nie było. Zaklęła w duchu, wiedząc, że spędzi resztę dnia na poszukiwaniach. Był tak gruby, że mógł o tym zapomnieć i się gdzieś zaklinować, nie mogła go przecież zostawić na pastwę losu.
Najpierw przeszukała Pokój Wspólnym, popytała ludzi, czy nie ma go gdzieś w innym dormitorium, ale nie było nawet śladu czarnych kłaków. Ze złymi przeczuciami opuściła siedzibę Puchonów, udając się na poszukiwania.
Początkowo niewielkie zbiegowisko nie przyciągnęło jej uwagi. Ludzie często trzymali się w grupach, zachowując się naprawdę głośno. Jednak po chwili pomiędzy śmiechami uczniów, usłyszała rozpaczliwie miauczenie i inne odgłosy kociej bitwy. Aż zrobiło jej się słabo. Przepchnęła się i w pierwszej chwili zachciało jej się śmiać, widząc swojego upasionego kota walczącego tak zawzięcie. Nie roześmiała się jednak, tylko doskoczyła do nich, chcąc zabrać Faramira.
Nie udało się, odskoczyła od nich tylko z podrapanym rękoma.
Maggie
[Spoczo, mi zrobił dzień.]
OdpowiedzUsuńDewey
[A ona następnego dnia podrzuciłaby mu do torby karteczkę "Wiem, co zrobiłeś zeszłej nocy?" :D Pomysł bardzo dobry, jakbyś jeszcze chciała zacząć... *siódme niebo* ]
OdpowiedzUsuńCleo
[Wielbię Cię za ten tytuł! I proponuje wątek, jako że preferuje te z postaciami męskimi; nie pytaj dlaczego, sama się z tą płcią lepiej dogaduje, więc i tak lepiej się pisze.
OdpowiedzUsuńMoże Emisiek i Daniel pokłócą się, bo Cyryl wpadł do dormitorium tego pierwszego, zaatakował go i podarł zapiski z wierszami? No i dzieciak poszedł szukać właściciela zwierzaka, z racji złego humoru? :D]
~Emithiel Elliot
[ Dramat mi jak najbardziej pasu, a moge cię prosić bardzo ładnie o zaczęcie? ( Kot ze Shreka, duże smutne oczy XD)]
OdpowiedzUsuńIrina
Lubił soboty. Mógł wtedy zaszyć się w dormitorium, zasłonić kotary przy łóżku i wmawiać każdemu, że odrabia pracę domową, chociaż tak naprawdę tylko by siedział i gapił na jaskrawożółty materiał, aż nie zaczną go boleć oczy. Ewentualnie grał z kolegami w pokoju wspólnym w szachy czarodziejów albo gargulki, takie lamerskie gry godne lamerskich Puchonów, z którymi się zadawał. I którym sam zresztą był, pewna teza dotycząca tego, że opinia innych ma spory wpływ na twoje zachowanie musiała być prawdziwa...
OdpowiedzUsuńPodczas jednego z niezwykle pasjonujących meczy, kiedy to padały takie wulgaryzmy jak "O kuchenka!", "Jak babcię kocham, zaraz przegram!", 'John, ty nicponiu!", jakaś trzecioklasistka krzyknęła, że na parapecie siedzi sowa. Dżony odwrócił się, co zrobiła reszta z jego kumpli, a widząc sowę mamy od razu podleciał do okna i otworzył je, by wpuścić ptaszysko. Trochę się zdziwił, bowiem zwykle rodzice przysyłali im paczki w ciągu tygodnia, koniecznie przy śniadaniu, aby razem z Danielem mogli patrzeć na siebie pośród tłumu - jeden "zaraz cię zamorduję ok", a drugi "ok ale żeby nie bolało".
Paczuszka grzechotała. I pachniała marcepanem. Na samą myśl, że znowu chcą w niego władować słodycze zrobiło mu się niedobrze, bo nawet jeśli on sam był słodki jak cukierek, to NIENAWIDZIŁ słodkości. Miał jakąś awersję od czasu, gdy mordoklejka spełniła swoje zadanie i przez pół godziny czekał, aż się rozpuści oraz pozwoli mu wreszcie otworzyć gębę.
− Zaraz wrócę − burknął do kolegów, pogłaskał sowę po głowie i pozwolił jej odlecieć, zapewne do Sowiarni.
Czytanie listu, który dopiero co zauważył przy pakunku, w obecności Puchonów nie wchodziło w grę, gdyż ci, pomimo wrodzonej fajtłapowatości(?), cechowali się nadzwyczajnym wścibstwem. To trochę tak, jakby na szkolnym korytarzu tłumili swoje prawdziwe oblicze, a w wieży Hufflepuffu odzyskiwali charaktery i kręcili się jak smród po gaciach. Młodszy Higgins nie odstawał od nich pod tym względem, ale nie widać tego było po nim, bo jak szewc klął tylko w myślach, poza tym brzydkie wyrazy nie przebiłyby się przez tęczę i kucyponki, które promieniowały z jego osoby.
Poza tym uznał za miły gest oddanie tych cuksów (o ile to były cuksy) bratu. Musiał się tylko przejść do wieży Krukonów i poprosić kogoś, aby zawołał Daniela. W proszeniu był akurat dobry, wręcz do tego stworzony, pewnie dlatego mama zawsze jego wysyłała na akcję pt. " - Ciooociuuu, bo ja nie mam co robić w wakacje... - Ojj, Johnny, przyjedźcie do mnie, kupiłam trampolinę!". Był takim ejdżentem, co to tylko wyglądał jak piniata, ale w środku zamiast słodyczy miał flaki i wątrobę.
Tuż po wyjściu z pokoju wspólnego zatrzymał się, by przeczytać list. Sarkał i parskał w trakcie, bo mama roztkliwiała się nad nim, chwaliła za Zadowalający z Zielarstwa ("To nic, że Daniel w twoim wieku miał Powyżej Oczekiwań, na pewno ściągał! Wiesz, jaki jest!"), uspokajała, że nie dostał się do drużyny ("Moje biedactwo, pokonujesz swoje lęki i się tak starasz! Ten twój brat w ogóle ci nie pomaga, sam macha pałką bez ładu, a ty się, kurczaczku, męczysz.."). Nie znosił, kiedy nazywała go kurczaczkiem. Jakiś czas mówiła ta przy ludziach, jeszcze przed początkiem IV klasy zawołała go w ten sposób w Esach i Floresach, do teraz co bardziej pamiętliwi Ślizgoni wrzeszczą KURCZACZKU CHODŹ DO NAS.
Po skończeniu lektury schował list do szaty i ruszył w stronę Wieży Ravenclawu. Zastanawiał się, czy Daniel również otrzymał przesyłkę od rodziców. I, jeśli tak, czy bardzo jest zły, bo zwykle to John obrywał za napady złego humoru. Bo był młodszy i słabszy, pf. A on mu cukierki chciał oddać.
− Dziewczynko, możesz tu podejść? − Na miejscu szczęśliwym trafem wpadł na wyjątkowo niską Krukonkę, pewnie z pierwszego roku. Obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem, ale widać doszła do wniosku, że ma do czynienia tylko z Puchasiem, bo wyraz jej twarzy diametralnie zmienił się ze strachu w wyższość. − Możesz zawołać Daniela Higginsa? Powiedz, że brat czeka. Albo poproś o to kogoś z jego klasy, jeśli się go boisz. − Uśmiechnął się szeroko i wziął za rozwiązywanie paczki. Mama jak zwykle zrobiła na niej miliard supłów, co kiedyś czyniła również na sznurówkach butów Johna i potem musiał się z nimi męczyć.
Usuń[Cierpliwie czekam :)]
OdpowiedzUsuńCleo
[PRZEPRASZAM! Za późno to zauważyłam, i... już nie wiedziałam gdzie się tak podpisałam. Cały dzień jestem taka rozkojarzona, już nawet pomijam to co zrobiłam na innym blogu godzinę temu... masakra, to nie powinno być w ogóle możliwe.
OdpowiedzUsuńHahahaha, niech się dzieje co chce, przynajmniej będzie śmiesznie. :D I pojawi sieakcja, a nie sama rozmowa! XD
Zaczynać, czy zaczniesz?]
~Johan Angellore
[ Będę bardzo cierpliwa i poczekam XD ]
OdpowiedzUsuńIrina
[Sierobi!]
OdpowiedzUsuńJohan miał zły dzień. Był ciągle upominany na lekcjach z powodu ogólnego rozkojarzenia, w dodatku pobrudził sobie sokiem bluzkę i torbę. Przynajmniej pergamin i książki pozostały suche. I jeszcze sowa się na niego obraziła i nie chciała wziąć listu dla rodziców, bo ostatnio miał za dużo roboty i nie przynosił jej przekąsek! W końcu musiał wysłać go ze szkolną. Już czekał na odpowiedź, w której pierwszym zdaniem będzie "czemu nie przyleciała Biscuit, co z nią zrobiłeś?!".
Złe dni są irytujące. Z powodu jednego niepowodzenia jesteśmy zdenerwowani i kolejne rzeczy idą nam kiepsko.
W końcu wszedł do dormitorium, zdjął brudną koszulkę i niczym się już nie przejmując uderzył w łóżko całą powierzchnią swojego ciała. Niestety, nie było dane mu poleżeć długo, bo usłyszał przeciągłe "MIAAU" i poczuł pazury na swoich plecach. Po krótkiej chwili włochate coś przeskoczyło na nakastlik, podarło kilka kartek i zaczęło się miotać dalej. Zaklął tak głośno, że prawdopodobnie usłyszeli to wszyscy obecni w wieży. Wypadł do Pokoju Wspólnego, w połowie drogi z powrotem ubierając brudną koszulkę na już krwawiące plecy.
- Kto, do jasnej cholery, ma nienormalnego kota, który mnie właśnie zaatakował i rozwalił połowę notatek?! - krzyknął ze złością, po czym syknął. Plecy zaczęły boleć. Bardzo.
~Johan Angellore
[hm... Remus Lupin, prawda?]
OdpowiedzUsuń[Jak ja strasznie lubię twój styl pisania!]
OdpowiedzUsuńŚlizgoni nie lubili chyba nikogo, kto nie miał na sobie czegokolwiek w zielono-srebrnych barwach. Zwłaszcza teraz, kiedy wszelkie spoufalania się z ludźmi nieodpowiednimi mogły skończyć się tajemniczym zniknięciem którychś z członków rodziny, uczniowie Domu Węża jeszcze dobitniej dawali wszystkim wokół do zrozumienia, jak bardzo ponad ludźmi są i jaką lekkość sprawiłoby im wysłanie ich w diabły.
Ale nie Monty. Monty był ponad tymi, którzy mieli się ponad resztę, jakby nosił ze sobą jeszcze jeden schodek, na którym może stanąć, by znaleźć się wyżej. Szczególnie widać to było na lekcjach, gdy bez mrugnięcia okiem zdobywał najlepsze oceny i ze złośliwym uśmieszkiem wysłuchiwał pochwał nauczycieli. Koledzy przez to niezbyt go lubili, on też nie darzył ich sympatią - przez tę ich zajawkę na Voldemorta, ale nie mówił tego głośno, bo wolał nie ryzykować - ale kiedy trzeba było, zaciskał zęby i współpracował. Czasem nawet pomagał, jak ktoś go ładnie poprosił, choć takie korki zwykle odbywały się na zasadzie "Siedź i słuchaj, jakim jesteś tłukiem, a wszechwiedzący Norrington łaskawie ci wszystko wytknie".
Sytuacja nieco się skomplikowała, gdy do jednego z zadań z eliksirów, które mieli wykonać w parach, został mu przydzielony Daniel Higgins. Szczerze mówiąc, ten chłopak był ostatnią osobą, którą Monty widział przy stole Krukonów, bo bardziej wpasowywał się w destrukcyjno-warczące normy ślizgońskie. Z własnych obserwacji wysnuł też wniosek, iż nie należy do ponadprzeciętnie inteligentnych, raczej skrywał swoją, niewątpliwie potężną, wiedzę pod maską gbura, co jako jedyną drogę komunikacji widział obijanie komuś mordy. Wprawdzie w każdej szkole znaleźć się musiał taki typ, którego wszyscy się bali, dlaczego tylko akurat Monty musiał mieć z nim do czynienia?
I, tak jak podejrzewał, cała ta ich pożałowania godna współpraca odbywała się tak, iż Ślizgon zrobił osiemdziesiąt procent, a Higgins dorzucił swoje dwadzieścia w postaci kilku składników i całej masy burknięć wątpliwej treści. Norrington miał wielką nadzieję, by Slughorn dostrzegł tę różnicę w zaangażowaniu i uwzględnił ją przy wystawianiu oceny. Ale nie łudził się zbytnio, gdyż inni nauczyciele zwykle dzielili na pół, jakby samo bycie Krukonem świadczyło o umiejętnościach. Jak widać nie zawsze, nie w każdej dziedzinie.
Na lekcji, na której miały zostać ogłoszone oceny, Monty usiadł nieco dalej od Daniela - przezorny zawsze ubezpieczony - ale na tyle blisko, by ewentualnie móc się wypowiedzieć na jego temat. I jakaż była radość Ślizgona, gdy profesor zbeształ Higginsa między wierszami, a jemu wystawił Wybitny!
Podczas gdy Slughorn mówił o innej parze, Monty nachylił się do kolegi z ławki:
- Trochę szkoda, że Higgins przypadł akurat mi, poradziłbym sobie bez niego, ale powinien pracować z kimś o niższej średniej. Największy kretyn wypada przy nim jak geniusz, ale tak to już jest, jak się ma tłuczek zamiast mózgu. - Oczywiście powiedział to na tyle głośno, by Krukon to usłyszał. Po posłaniu Danielowi wrednego uśmiechu, skoncentrował się na notatkach, gdyż Slughorn właśnie zaczął dyktować.
[Wczoraj w nocy miałam dla Ciebie pół wątku w Wordzie i wyłączyłam komputer nie zapisując go. Bad Luck Kowalska.Także wybacz za obsuwę i za jakość.]
OdpowiedzUsuńW przeszłości Egipcjanie czcili koty. Dlaczego? Byli mistyczną, mocarną narodowością, oczywiście jak każda, mającą swoje zabobony, ale jednak też wierzącą we wszechpotężnych bogów, ufającą swoim faraonom, widzącą sens w niewolniczej pracy i jakkolwiek od biedy można zrozumieć, dlaczego oddawali cześć skarabeuszom (żuk toczący kulę gnoju przypomina boga Ra ze słoneczną tarczą) to czego symbolem tak naprawdę były koty? Te pchlarze, te śmierdzące leniwce, oddające potrzeby fizjologiczne nie tam, gdzie by sobie życzył właściciel, najbardziej dzikie z przyjętych za domowe, zwierzęta. Co takiego boskiego było w tych upierdliwych zwierzętach, że poświęcali im całe swoje życie osoby jednocześnie praktykujące wiarę w potężnego Ozyrysa, Izydę i innych?
Takie właśnie przemyślenia snuła Florean, próbując odgadnąć, dlaczego ten durny kot napastuje akurat jej nogę, dlaczego ma go nie potraktować od razu morderczym zaklęciem i dlaczego musiała się z nim znaleźć na błoniach, gdzie miał on pełne prawo się przemieszczać, bo w teorii nie wadził nikomu. Nie przepadała za zwierzętami. Wróć. Nienawidziła zwierząt. Zwłaszcza tych futerkowych, zwłaszcza tych leniwych, które chodziły własnymi drogami, albo w ogóle donikąd się nie wybierały i tylko śmierdziały, kiedy człowiek wokół nich skakał i im usługiwał jak służka spod łóżka. Ten kocur akurat miał nieprzyjemną japę, taką chamską jakby, jeśli już określać jego mimikę, no i nie zdobył tym jej sympatii. Gdyby nie był takim wielkoludem, a ona była wyższa, pewnie by jej tak nie przeszkadzał przymilaniem się i łaszeniem, ale wbijał jej pazury aż w kolano, jakby był małpą i pomylił Ślizgonkę z palmą, a przecież palmy nie mają metra pięćdziesięciu paru wzrostu. Rozmyślała o tym, dlaczego geny okazały się tak niełaskawe i nie naraiły jej tych dodatkowych dziesięciu centymetrów, to by patrzyła na pchlarza już całkiem z góry, a on nie miałby szans dorwać pakunku z dyniowymi pasztecikami, które dzierżyła w obu dłoniach, tyle było tego towaru.
- Psik! - nie wiedziała jak się zachować, żeby go zniechęcić, tak tylko żeby jej nie wbijał pazurów aż do krwi, bo na pewno miały zostać jej jakieś zadrapania. - WON, TY WYCIORZE! WON!
Chwilę jeszcze się z nim poszarpała, ale w końcu, jak zasadziła mu kopa w koci brzuch, tak przeleciał kawałek i wylądował na wznak pod nogami swojego pana. Wycior miał pecha, że się w starożytnym Egipcie nie narodził i że Florean wolała obślizgłe ropuchy od jakichś tam bóstw.
Florean
[Ok, ale wiesz, krowo, czepiać się trzeba umieć, musisz jeszcze poćwiczyć, bo wychodzi zabawnie. To był trzeci akapit.]
OdpowiedzUsuń[Jasne, że celowo. Wymyśliłem, że karta ma wyglądać właśnie tak, bez podstron, mniejsza czcionka optycznie pomniejsza tekst. Jestem jak Matejko, Janek literatury, nic nie ma u mnie przypadkowo. Ta. ; D]
OdpowiedzUsuńWbrew wszystkiemu co inni sadzili Irinie niczego nie brakowało. Nigdy nie miała jakichkolwiek problemów z pieniędzmi. Nawet jej jako tej niby czarnej owcy rodzice przysyłali spore sumy, mając nadzieje ze pieniądze zdołają ją w jakiś sposób zepsuć, a przynajmniej takie wrażenie odnosiła dziewczyna. Jednak pomimo ich starań wszystko było normalnie. Mało tego, dziewczyna była jedynym dzieckiem, które nie trwoniło majątku rodziców na prawo i lewo, tylko po to aby popisać sie przed znajomymi. Nie potrzebowała sławy jak jej starsi bracia którzy co chwila przychodzili do niej po jakieś pożyczki, tylko dlatego ze swoje pieniądze oddali komuś innemu. Czasami Irinie było ich nawet żal, i mimo może zawsze starała sie im pomoc czasem miała tego dosyć. Ciągłe bycie ta dobrą dziewczyną z duszą zakonnicy było męczące, co nie zmieniało faktu, że nadal taka była. Pomagała każdemu nawet jeżeli nie chciał od niej pomocy. Czasami bywała nawet nachalna, a przynajmniej tak postrzegali jej zachowanie inni. Ciągłe niesienie pomocy nie było normalne, a w szczególności jeżeli dobroczyńcą była osoba czystej krwi. Krukonka zapewne była jedyna.
OdpowiedzUsuńZajęcia w lochach nie należały do przyjemnych lekcji. Poniekąd działo sie to za sprawią chłodu panującego w podziemiach, jak i uczniów z domu węża, z którymi krukonka miała eliksiry. Z powodu swojego pochodzenia na każdej lekcji musiała od nich słuchać pełnych pogardy komentarzy na temat jej osoby oraz licznych żartów na jej temat. Nie należało to do przyjemnych przeżyć, jednak Irina zdążyła sie juz do tego przyzwyczaić. W gruncie rzeczy zmusiło ją do tego jej środowisko. W obliczu tych osób musiała być twarda, nawet jeżeli wyglądała na taką kruchą i słabowitą. Cóż, pozory często mylą. Po zakończeniu lekcji szybko wyszła z sali, starając się unikać przedstawicieli domu węża, jednak w połowie drogi do dormitorium, zorientowała się że zostawiła coś w sali. Szybko odwróciła sie na pięcie i ruszyła do lochów pi drodze mijając swoje koleżanki z domu. Zbiegła po schodach, jednak słysząc dziwne dzwoni dochodzące z sali zatrzymała sie tuż przed drzwiami, nasłuchując uważnie. Po chwili nacisnęła klamkę i weszła do środka, a widząc siedzącego na ziemi krukona, którego twarz na notabene byla umazana we krwi, syknęła głośno, zakrywając dłonią usta. Zamknęła drzwi z hukiem i niepewnym krokiem podeszła do chłopaka, przykucając obok niego. Już nie pierwszy raz widziała go w takim stanie, chociaż nigdy nie wyglądał tak tragiczne. Jego rękawy az lepiku sie od czerwonej cieczy, a rana na skroni krwawiła obficie. Ponadto na prawym policzku powoli zaczął ukazywać się sporych rozmiarów siniak.
- Co tym razem?- spytała podając mu chusteczkę- Bardzo mocno dostałeś?
W jej glosie nie było żalu, ani jakiejkolwiek nagany. Można w nim było usłyszeć tylko troskę.
[ to na górze jest straszne, jestem tego świadoma :(]
Irina
[Brawo! Jednak pamięć do końca cię nie zawodzi :D To co, może jakiś mały wątek? ;>]
OdpowiedzUsuń[Szczerze powiedziawszy, trochę. Siedzi poważny w dyni. Jak można być poważnym siedząc w dyni? Nawet mój własny kot tak nie potrafi!]
OdpowiedzUsuńCharity
[Jeśli Twój komentarz jest takiej wątpliwej jakości, to ja w ogóle nie potrafię pisać.
OdpowiedzUsuńWyszło cudownie, naprawdę. Miło się czytało.]
Brzydziła się przemocą fizyczną. Naprawdę. Kilkukrotnie była świadkiem większej bijatyki i nie mogła znieść myśli, że jeden człowiek wyrządza krzywdę drugiemu. I już nie chodziło o to, że była jakoś specjalnie wyczulona na tym punkcie, piszczała i uciekała, kiedy ktoś podnosił rękę. Nie. Po prostu się tym brzydziła i ludzi, którzy uciekali się do takich metod, nie szanowała. Chciała być sprawiedliwa i traktować wszystkich równo, przynajmniej na początku. Chciała wierzyć w to, że ludzie zasługują na jednakowe szanse. Bała się jednak, że takim podejściem wyrządzi więcej krzywdy samej sobie, łudząc się naiwnymi przekonaniami.
W ciągu pięciu minionych lat była wiele razy poszturchiwana, popychana na ściany lub żelazne zbroje, często musiała się chować za figurami sławnych czarodziejów, bo grupka niezwykle zaciętych Ślizgonów maszerowała całą szerokością korytarza, sunąc nim niczym taran. Jako dziecko została kilka razy uderzona przez ojca, nawet więcej niż kilka i mocniej, niż mocno. Dlatego miała w sobie coś, co nakazywało jej pomagać, być tam, gdzie ktoś potrzebował pomocy. Nauczyła się nawet kilku przydatnych zaklęć, ale jej największym osiągnięciem było – jak do tej pory – złożenie czyjegoś nosa w jeden kawałek i zatamowanie krwawienia.
Nigdy jednak nie potrzebowała czyjejś pomocy. Często zachowywała przesadną ostrożność, która nie pozwalała jej nawet na odrobinę ryzyka. Widząc mokre miejsca na posadzce, unikała ich i zwalniała, żeby się nie poślizgnąć. Widząc zagrożenie, chowała się zawczasu, nie chcąc nikomu stawiać czoła. Nie traktowała siebie jak silnej osoby. Była niska, chuda i nie miała w sobie za grosz charyzmy, nie porywała tłumów. Zazdrośnie wodziła spojrzeniem za tymi, którzy byli znani w całej szkole, o których było głośno, którzy posyłali wszystkim promienne, pewne siebie uśmiechy.
Quidditch był tym, co dodawało jej pewności siebie. Co zmieniało ją w inną osobę, co pozwalało złapać oddech pełną piersią, poczuć się ważną. I potrzebną. Dlatego teraz mknąc z piłką przyciskaną ramieniem do boku, nie zwracała uwagi na otoczenie. Wiedziała, że to jej jedyna szansa w tym meczu, że te kilka punktów może sprawić, że wygrają. Że ona będzie bohaterką. Chwilową, częściową, mało ważną, ale bohaterką.
Wiedziała, że musi wykonać zwód, aby nie wpaść na pałkarza. Wiedziała i szykowała się do skrętu w prawo, kiedy… Kiedy nagle świat przestał istnieć, straciła w ręku czucie, wypuszczając piłkę. Straciła jakiekolwiek czucie, oszołomiona uczuciem pulsującego, rozchodzącego się po całym ciele bólu, rozluźniła uchwyt na miotle, przymknęła oczy. Odrętwiała spadała. Spadała krótko, nie będąc w stanie przywołać swojej miotły. Zaczerpnęła powietrza w płuca w momencie, kiedy plecami boleśnie uderzyła o twarde podłoże. Ostatnie, co zobaczyła, było błękitne niebo. Zadziwiająco czyste, jak na taką porę roku.
Przebudzała się kilkukrotnie, za każdym razem atakowana nagłą falą bólu. Pielęgniarka za każdym razem, dość troskliwie, wlewała w jej usta jakiś niesmaczny eliksir, gładziła po policzku i zapowiadała długą, regenerującą drzemkę. Pamiętała dokładnie jedno przebudzenie, kiedy wzdłuż kończyn maszerowało tysiące mrówek, kiedy wbijano jej w mięśnie milion cienkich igieł. Krzyczała, ale krótko, bo szybko opadła z siła. Następnym razem, kiedy otworzyła oczy, czuła się już znacznie lepiej.
Nie była pewna, ile czasu spędziła w Skrzydle, ile czasu spała, ile czuwała, a ile wpatrywała się w szpitalny sufit – chociaż te ostatnie chwile były najkrótsze i najbardziej mgliste. Za którymś razem zapadła w sen, po wypiciu aromatycznego naparu, ale drzemka była krótka. Wybudziła się dość szybko, próbując podnieść się na łóżku, ale całe ciało było odrętwiałe, dziwne ciężkie. Jakby nie jej. Skrzywiła się i leżała w bezruchu nie potrafiąc zasnąć. Sporą salę oświetlało zaledwie kilka świec, pochodni przy ścianach. Poza tym, było ciemno, cicho i nieprzyjemnie. Przymknęła powieki, próbując przestać analizować całe zajście.
UsuńKilka razy widziała Daniela w akcji, wiedziała, jak gra, jak brutalny potrafi być. Jednocześnie był skuteczny. I był cennym nabytkiem dla drużyny Krukonów. Jednak nic nie mogło spowodować, że znowu spojrzy na niego zupełnie obojętnie. Jak wcześniej.
Czując się obserwowaną, leżała w bezruchu, jednak uczucie ciągle jej towarzyszyło. Uniosła powieki, spojrzenie jasnych oczu skupiając na obliczu Krukona. Gwałtownie nabrała powietrza, próbując się cofnąć, a było to raczej nie możliwe, więc wcisnęła się jeszcze mocniej w materac łóżka, zaciskając dłonie na kołdrze.
Brakowało tylko noża w jego ręce.
Cleo
[Jeśli mam być szczera, to nie przepadam za laniem wody tylko po to, aby komentarz był długi w cholerę :D]
OdpowiedzUsuńPrzez kolejne pół godziny, aż do dzwonka, zajęty był przede wszystkim notowaniem jakichś bardzo skomplikowanych zależności pomiędzy eliksirami, w mniemaniu Norringtona przy tym prawo Golpalotta było śmiesznie proste. Uznał jednak, że skoro tamto udało mu się względnie szybko przyswoić, z tym też nie powinien mieć problemu.
Nie zauważał więc morderczych spojrzeń, jakie posyłał mu Higgins, bo na lekcjach skupiał się maksymalnie. Pewnie gdyby ich wzrok spotkał się w którymś momencie, toby posłał mu złośliwy uśmiech, ale na pewno darowałby sobie dalsze uwagi - teraz w klasie było zbyt cicho i Slughorn mógłby usłyszeć, jak na siebie warczą, a szlaban był ostatnim, czego Norrington potrzebował.
Krukon również mylił się w swoich przypuszczeniach odnośnie usposobienia Monty'ego - nie był on słabiakiem, który chcąc komuś przywalić większą krzywdę wyrządza sobie. Racja, nie bił się na pięści, ale jeśli miał okazję skopać komuś tyłek przy pomocy zaklęć, robił to. Często również prowokował ludzi, niejednokrotnie silniejszych od siebie, gdyż dawanie im w kość satysfakcjonowało go podwójnie. I, o ironio, Norrington właśnie graczy quidditcha uważał za pały życiowe, które poza lataniem na miotle nic innego nie umiały. Bez znaczenie była tu dom, nawet Ślizgonów z domowej drużyny uważał za skończonych debili.
Po dzwonku spakował się i ruszył do drzwi, nie spodziewając się nawet tego, że Higgins może na niego czekać. Zakładał raczej, że chłopak pójdzie szukać ofiary wśród młodszych Puchasiów, gdyż ci nadawali się wręcz idealnie. Sam mógł to potwierdzić. Z tego powodu zdziwił się, gdy Daniel nagle wyrósł przed nim jak Filip z konopi. Sarknął drwiąco i cofnął się o krok, żeby patrzeć prosto w oczy Krukona, a nie herb Ravenclawu przyszyty do szaty na jego piersi. Och, nie był od niego niższy aż o głowę, po prostu tak wyszło.
- Skoro cytujesz moje słowa, to z pewnością słyszałeś, a skoro mam je powtórzyć, tylko je potwierdzasz. - Uśmiechnął się złośliwie. A podobno motto Ravenclawu brzmi "Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie..."
- Ale w porządku - chrząknął. - Higgins, uważam, że masz tłuczek zamiast mózgu i jesteś kretynem - rzekł wolno, jakby pałkarz był niedorozwinięty. Do tego ani razu nie mrugnął, wlepiając bezczelnie wzrok w twarz Krukona.
[ Burze są fajne, pod warunkiem że piorun nikogo nie kopnie ;p
OdpowiedzUsuńMoże Daniel był chory i potrzebuje notatek z lekcji, zgłasza się do Irene, bo inni są wredni i nie chcą mu pożyczyć. Albo któreś przez przypadek podczas lekcji, źle wymówiło formułę zaklęcia i skutek jest taki, że to drugie wylądowało w skrzydle szpitalnym.
To też banały, jak widać ]
[cześć, grahamko]
OdpowiedzUsuń[SPAM (właściwie off-top, ale tamto fajniej brzmi) Widzę, że tak Cię zabolała uwaga o głupocie Imogen, że aż ją usunęłaś. ; D KONIEC SPAMU (właściwie off-topu, ale tamto fajniej brzmi)]
OdpowiedzUsuń[to weź mi teraz podsuń jakiś pomysł i zacznę coś super, słowo harcerki]
OdpowiedzUsuń[ej, bo mi bodzio nie odpisuje na gg. jak myślisz to
Usuńlepsze czy to co jest teraz?
[a mógłby Daniel znaleźć ją tuż po przemianie (w człowieka oczywiście), gdzieś na obrzeżach wioski, w jakimś lesie na swojej porannej przebieżce (jest w końcu w drużynie, musi trenować)? czy jest to za bardzo popieprzone?]
OdpowiedzUsuń