Monty Norrington
13.02.1959 * Londyn - Pokątna * Siódma klasa * Slytherin *
W zamiarach patronus to jakieś dostojne zwierzę, w praktyce - kilka przekleństw
i niezadowolenie z braku własnych umiejętności. * Spotkany kiedyś bogin przyjął formę
człowieka bez twarzy łamiącego różdżkę Monty'ego. * Wspomniana różdżka to
dziesięciocalowy jesion z włóknem z ogona testrala. * Z ojcem tylko pisze listy.
Po niezbyt długiej przerwie wracam, a że do Monty'ego się przywiązałam - wraca razem ze mną. Wątki średnie i długie lubię, powiązania wszelakie.
Cytat - William Wharton.
Wizerunek - Max Bale
[ przywitać się przyszłam, Monty`ego kojarzę, ale nie wiem skąd :C Podpowiesz może? No i jeden rok, może zaraz wpadnę na pomysł wątku]
OdpowiedzUsuńSophia
[Cześć :) Wpadłam się powitać i przedstawić pomysł, który zaświtał mi w głowie. Zarówno Monty, jak i Cleo, mają problemy z wykreowaniem prawidłowego patronusa, dlatego pomyślałam, że mogliby być zmuszeni do chodzenia na jakieś dodatkowe zajęcia? ;>]
OdpowiedzUsuńCleo
[ możliwe, choć ja i CH to krótka historia. Hm. Ja i pomysły ogólnie ze sobą nie przepadamy, ale postaram się.
OdpowiedzUsuń1. Przychodzi mi do głowy to, że mogą być dalekimi krewnymi.
2. Mogą się przyjaźnić. Od zawsze razem, wspierali się, wyciągali z kłopotów, był dla niej wsparciem po tym, gdy jej ojciec wylądował w Azkabanie. Można zrobić coś takiego, że Sophia czuje coś do niego, jednak nigdy się do tego nie przyzna. Przelewa to jedynie na swoje szkice, które często ukazują jego postać. Nie pokazuje ich jednak nikomu, zwłaszcza niemu. Teraz przez przypadek znajduje jej szkicownik, albo ktoś życzliwy mu go daje.
3. Wciąż myślę, ale teraz można pójść w stronę negatywnej relacji.]
Sophia
[Nie wiem, nie pamiętam, ale całkiem możliwe, że masz rację. Okej, Twój pomysł jest całkiem logiczny i całkiem fajny. Widzisz, nie przepada za Puchonami, ale jak Cleo się go przyczepi, to nie będzie miał wyboru i będzie musiał za nią przepadać :D]
OdpowiedzUsuńCleo
[witam sieladniw z przystojnym panem :D]
OdpowiedzUsuńIrina
[Prześliczny gif! :)
OdpowiedzUsuńMogę liczyć na jakiś wątek?]
Maggie
[Widzę, że Cię oblegają, więc może Monty nie ma sił próbować jeszcze raz z Florean.]
OdpowiedzUsuńFlorean Hale
[ Ja również przyłączę się do fanek Monty'ego i zapytam o jakiś pomysł na wątek :d ]
OdpowiedzUsuńIrene Goldstein
[To źle? Różne wątki trzeba mieć. :>
OdpowiedzUsuńEwentualnie, iść pod prąd. :D]
Maggie
[Ciebie również miło widzieć po takiej przerwie :> Jedziemy z tym samym powiązaniem, co ostatnio?]
OdpowiedzUsuńFlorean
[Nie wątpię, nie wątpię. Oczywiście, rozpocznę :)]
OdpowiedzUsuńCleo
[Wolałabym, ale kiedy się nie da... :D]
OdpowiedzUsuńMaggie
[A czym można mu zaimponować? :>]
OdpowiedzUsuńMaggie
[ No to ja od razu o wątek zapytam. Może będą się znać z jakihś zajęć i do czasu do czasu wypadać na błonia, aby pogadać i tp. Zawsze można w to wpleść jakiś romans albo ogólną nienawiść :) ]
OdpowiedzUsuńIrina
[ I gites malinka. Nie lubia sie, i jak wnioskuję on będzie jej to wypominał do końca życia. Supcio]
OdpowiedzUsuńIrina
[Tylko jakby ich ze sobą połączyć? Oboje to takie uparciuchy, że pewnie baliby się jakiegoś ośmieszenia przed drugą osobą.
OdpowiedzUsuńMożna założyć, że ostatnimi czasy jakoś spędzali ze sobą dużo czasu, dopóki Monty nie zaczął się spotykać z jakąś inną dziewczyną, co wzbudziło zazdrość Hale. Chodzi o to, żeby wywołać w nich jakieś spontaniczne emocje. Można im też zrobić klasyczne lovestory z randkami w świetle księżyca, kłótniami i paranojami. Kombinujmy, to nie będę Ci wypominać, kto ostatnio uciekł z bloga :>]
Florean
[ w takim razie jeszcze pomyślę, chociaż jak mówiłam nie najlepiej mi to wychodzi]
OdpowiedzUsuńSophia
[O, świetnie. To mi pasuje, Maggie czyta wszystko. Zacznę, jak tylko obejrzę odcinek Sherlocka.
OdpowiedzUsuńJakaś konkretna tematyka naukowa, czy wszystko jedno?:D]
Maggie
[Miło Monty'ego widzieć. :D Cześć!]
OdpowiedzUsuńDaniel
[Najlepiej zacznij od tego, jak Monty wraca do Pokoju Wspólnego ślizgonów późno, a tam biedna Florean siedzi i się nie odzywa i widać po niej, że jest zła. Albo zacznij jak Ci wygodnie, ja tam tylko próbuję ułatwić, bo zaczynanie wszystkim idzie dość tęgo.]
OdpowiedzUsuńFlorean
Cleo należała do osób niewątpliwie uroczych, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Cleo, ogólnie rzecz ujmując, naprawdę nie lubiła rzucać się w oczy, nawet wtedy, kiedy drużyna Puchonów świętowała jakieś zwycięstwo, dziewczyna stawała gdzieś z boku, posyłając nieśmiałe uśmiechy i niepewne spojrzenia. Cleo nie była groźna, skąd, mierząc sobie równe sto pięćdziesiąt osiem centymetrów uchodziła za osóbkę niską o szczupłej budowie ciała, może dlatego ludzie podchodzili do niej tłumnie i mówili, zaczynali rozmowy, które ona dość szybko kończyła, rumieniąc się, odburkując coś nieskładnie, tłumacząc się nadmiarem nauki. Były jednak sytuacje, kiedy nie odpuszczała, kiedy pobudzano jej ciekawość, kiedy lekkomyślność i naiwność brały górę nad ostrożnością – tak, Cleo unikała kontaktów z ludźmi, których nie znała głównie z ostrożności – wtedy też była zawzięta i pewna siebie.
OdpowiedzUsuńPanienka Davies unikała sytuacji konfliktowych i takich, których ryzyka nie potrafiła ocenić, racjonalnie skalkulować. Właśnie dzisiaj, kiedy późnym popołudniem włóczyła się po hogwarckich korytarzach, trafiła na pewną pokusę. Zatrzymując się przed uchylonymi drzwiami, przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, opierając dłonie na biodrach. I chociaż wiedziała, że nie powinna stać i podsłuchiwać, to jednak wejście do opuszczonej, opustoszałej sali, było rozwiązaniem wielce kuszącym. I złym. Wiedziała to, bo nie lubiła wchodzić innym w drogę. I jak większość jej znajomych mogła twierdzić bez obawy o kłamstwo, była przyjacielska, uśmiechnięta i miła, to jednak miała problemy z nawiązywaniem nowych znajomości. A ciężko było jej dopasować twarz do głosu dobiegającego z klasy.
Była ciekawa. Diabelnie ciekawa, kogo tam ujrzy, jaką sytuację usłyszy. Stała tam chyba dwie minuty, a sekundy wlekły się nieznośnie. Wewnętrzny głosik podszeptywał jej, żeby uciekała, żeby wracała do swoich zajęć, których w gruncie rzeczy nie miała, bo ze względu na brzydką pogodę, odwołano wszystkie treningi w nadchodzących dniach. Napisała już esej na transmutację, przeczytała zadaną lekturę ze starożytnych run. Była przygotowana na jutrzejszy dzień. Dlaczego miałaby nie…
Pchnęła lekko drzwi i gdyby nie skrzypnięcie nienaoliwionych zawiasów, prawdopodobnie weszłaby tam bezszelestnie. Teraz, zdemaskowana przez rzecz martwą, stała pod drzwiami, opierając się o nie z pewną obawą. Zamek zaskoczył, kiedy drzwi idealnie wpasowały się w kształt półokrągłej u góry framugi.
- Coś się stało? – spytała, chociaż miała dziwne przeczucie, że jest tutaj niemile widziana. Jednak chciała spytać, słysząc wcześniej psioczenie i przekleństwa. Może ktoś potrzebował pomocy? A może rozmowy? A może…
[Może być? ;>]
Cleo
[W skali od jeden do zawodowy obijacz mordy, dałabym mu maksa. Szkoda mi trochę twarzy Bena, ale taka propozycja kusząca. Jeju, nie wiem, bo Monty mógł się wymądrzać, Dan mógłby się zirytować i bez żadnych wstępów mu przywalić w szczękę, pewnie potem miałby przekichane, co? Bo on w pojedynkach na czary słaby, bardziej w walce wręcz, taki wewnętrzny mugol się w nim odzywa. :D]
OdpowiedzUsuńDaniel
Nie umiała nazwać swoich relacji z Norringtonem. Były odrobinę skomplikowane, to fakt, ale przecież nie aż tak, by nie móc ich określić. Wszystko ma swoją nazwę, na każdy fenomen da się znaleźć definicję. Jednak Florean miała z tym problemy jak z niczym. Lubiła ich wspólne odrabianie lekcji, i jabłka jedzone na błoniach, i inteligentne rozmowy. Nawet znajome z dormitorium zauważyły, że z ich koleżanką i Montym musi być coś na rzeczy, skoro cały czas niema ich razem widać i żartowały sobie, że zaraz w Hogwarcie pojawi się nowa para . Chociaż Florean zbywała te ich żarciki brakiem reakcji, wolała nie wypowiadać przy chłopaku pewnych słów, aby nie odczuć konsekwencji, jakie mogły za sobą pociągnąć. Była nauczona, że na słowa trzeba uważać i swoją wypowiedź przeredagować dwa razy, zanim się ją zamieści czy to w powietrzu, czy na papierze, i że kobiety powinny być, albo chociaż udawać subtelne i nigdy do końca nie pokazywać uczuć, bo to podziała na ich niekorzyść. Głównie jednak unosiła się dumą i strachem przed jakimś takim odrzuceniem, więc w końcu ktoś podjął wybór za nią i nie było to coś, co miało jej się spodobać.
OdpowiedzUsuńMonty znalazł sobie dziewczynę. Taką z krwi i kości, nie jakąś wakacyjną przygódkę, czy szaloną fankę jego kpiącego uśmiechu. Taką wyższą od Hale, taką ładniejszą i pewnie też mądrzejszą. Nie, żeby Florean od razu śledziła tą jego ukochaną, ale zdarzyło jej się ze dwa razy w myślach posłać nową do diabła. W ogóle, skąd ona się wzięła? Raz jedyny zbajerowała go w bibliotece. Zresztą, na chłopaka też była zła. Jakby tamtą jeszcze poczęstował jabłkami, to nie miałaby skrupułów przed rzuceniem jakiegoś ohydnego w skutach zaklęcia.
Florean była świetna z większości przedmiotów, które bazowały przede wszystkim na książkowej wiedzy i pamięciówce, toteż wcale nie potrzebowała pomocy z historii, a mimo to poprosiła o nią Monty'ego, bo to był pożyteczny i nieszkodliwy sposób do wspólnego spędzania czasu. Bez podtekstów, żadnych randek - kpiny z niektórych uczniów, douczanie się, miłe chwile w towarzystwie kogoś reprezentującego pewien poziom. Ale od kiedy on znalazł sobie dziewczynę, Florean czuła się pominięta, nieważna i stracona, choć wcale aż tak daleko na bocznym torze nie wylądowała, bo niby rozmawiali, jednakowoż nie było już to co jeszcze przed paroma tygodniami i do czego tęskniła (ale powiedziałaby, że wcale nie tęskni).
Tak więc gniła w Pokoju Wspólnym od kolacji, z przygotowanymi: trzema pergaminami, dwoma piórami, jednym kałamarzem i stosem książek wypożyczonych tego dnia i wcześniejszego z biblioteki; siedziała tak i czekała, aż zaszczyci ją swoją obecnością wielki wspaniały książę Norrington i zechce może jeszcze usiąśc obok niej na kanapie. Nie czekała długo, zanim zaczęła pisać esej. Dotyczył piramid i wcale nie miał być tak obszerny, jak w końcu wyszedł, ale nie szkodzi. Zawsze lepiej więcej niż mniej, poza tym temat był całkiem ciekawy i był jednym z tych, do których można wtrącić swoje trzy grosze, to znaczy swoją opinię, i Hale z uśmiechem wymalowanym na twarzy dokładnie opisała proces przygotowań faraona Serafina Kadmusa do pochówku (uwzględniając wyciąganie mumózgu przez uszy i nos). Kiedy po północy w Pokoju Wspólnym pojawił się Monty, była w dość sennym nastroju i bardzo łatwo można byłoby jej wkręcić, że jest Kleopatrą i właśnie przed nią stoi ten cały Serafin, według podręcznika pierwszy egipski czarodziej.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że ktoś coś mówił i że już nie jest sama w salonie Slytherinu. Przetarła oczy, aby nie wyglądać na tak śpiącą i wyglądać na tak złą na chłopaka, jak była w istocie.
- Dobry wieczór - nie potrafiła się najpierw nie przywitać. - Czekam na kogoś, ale chyba już nie przyjdzie. Wciągnęła go czarna dziura.
UsuńZ podciągniętymi do piersi kolanami, na obszernej kanapie i w ogóle będąc drobną osobą, mogła przypominać domowego skrzata, choć każdy podobny komentarz spotkałby się z jej oburzeniem i w jej oczach byłby prawie że obrazą majestatu. Specjalnie nie ukrywała swojego naburmuszenia, ale mogła przy tym wyglądać odrobinę zabawnie.
Kto się zaśmieje - tego skrócić o głowę.
Florean Hale
[Wiesz co, bardzo podoba mi się ten pomysł, muszę przyznać. W Danie złość kumulowałaby się tak długo, że to chyba najbardziej naturalny odruch. Jeju, aż chcę zobaczyć reakcję Monty'ego. :D Wnioskuję, że mam zacząć? Jak nie dzisiaj, to jutro, kiedy w końcu zaliczę niemiecki i będę mogła się na wątkowaniu skupić.]
OdpowiedzUsuńDaniel
Tylko wzruszyła ramionami. Miała wrażenie, że chłopak zabiera się za to sprawdzanie po północy tylko po to, aby mieć czyste sumienie, że odbębnił obiecaną robotę, a przecież w życiu wcale nie jest tak, że lepiej późno niż wcale. Przecież oboje wiedzieli, że esej zostanie (i został) napisany prawie bezbłędnie, korekta była średnio niezbędna, bo chodziło o samo towarzystwo, tak? Ale punktualność także jest bardzo ważna! W myślach przypisywała Monty'emu wszystkie najgorsze cechy charakteru, a przecież on tak samo jak ona, był tylko człowiekiem. Facetem, ale jednak człowiekiem. W swoich osądach bywała i teraz także była, niesprawiedliwa, ale z jakiegoś powodu nie mogła znieść tego absurdalnego związku Norringtona. Coś jej w nim nie pasowało. Mogło chodzić o nagłość, idealność tego ich big love, ale też o wybrankę. Może Florean nie pasowało, że to nie kto inny był jego kochaniem.
OdpowiedzUsuńZ tym ciskaniem przedmiotami wcale nie musiało okazać się mitem, rozsianym wokół osoby Florean, by czynić ją jeszcze bardziej przerażającą niż normalnie, bo jak spojrzeć wstecz, na jej dzieciństwo, to znaczy dorastanie z bratem i trójką głupkowatych kuzynów, to miała krzepę w ręce, o którą nikt by takiego chuchra nie posądził. Wypierała się jednak wszelkich problemów z powstrzymywaniem agresji i w ogóle, bo przecież damie nie wypada. Zanim skończyła dziesięć lat, to krew z chłopięcych nosów lała się strumieniami, ale później wydoroślała (jakkolwiek jedenastolatka może wydorośleć), spoważniała i tylko czasem, gdy nikt nie patrzył, kopnęła czyjegoś kota, albo tupnęła nóżką jak przegrany Titelitury. No, ale na pierwszy rzut oka była z niej całkiem spokojna młoda kobieta, dopiero później wyłaził z niej nieznośny diabeł, ale to dopiero, gdy w znajomości zyskiwała pewną swobodę ruchu i wypowiedzi. Albo gdy miała zły dzień, a takie zdarzały się różnie, więc w sumie, to pozostawała tą samą rozwydrzoną Hale co kiedyś.
- Wcale się nie złoszczę - powiedziała tonem, który wskazywał raczej odwrotnie i zakryła sobie usta ręką, ziewając. Na chwilę oczy zaszły jej łzami, więc zamrugała szybko, bo głupio by było, gdyby Ślizgon wmówił jej nagle melancholijny nastrój. Teraz była w bojowym, choć trochę senna, wiadomo. Jak osoba uczulona na jad osy, którą w trakcie zażartej dysputy właśnie ten owad zaatakował i jakby zaraz miała zapaść w śpiączkę, albo cokolwiek. Szybko jednak przestała się gniewać Przysunęła się bliżej niego, celowo nie stykając się głową z jego ramieniem, tylko tak, żeby widzieć który akapit eseju chłopak czyta.
- Jeśli znajdziesz tu błąd, przyniosę ci z Działu Ksiąg Zakazanych jakąkolwiek książkę zechcesz - powiedziała wodząc spojrzeniem po własnym czytelnym piśmie. Odwróciła się do Monty'ego, miała przed sobą jego profil. Chłopak miał zgrabny nos. A na jej ustach błądził zwodniczy uśmieszek. - Ale nie znajdziesz żadnego błędu.
Florean Hale
Można powiedzieć, że nauka była życiem Maggie. Odrobinę. Nie była przykładem typowego kujona, który uczy się konkretnych wyrażeń, zdań na pamięć, by zdać egzamin i zawsze być najlepszym. Początkowo robiła to ze stresu, w końcu przybyła do Hogwartu kompletnie zieloną, jeszcze kilka tygodni wcześniej nie mając pojęcia o istnieniu magii. Nie chciała być gorsza, uczyła się więc wszystkiego, co się nawinęło. A potem odkryła, że to wszystko jest ciekawe i zaczęła zgłębiać tematy na własną rękę. Na lekcjach rzadko błyszczała, zostawiając wszystko dla siebie i dając pole do popisu łowcom punktów. Szczególnie Krukonom, którzy niezbyt dobrze reagowali na jakąkolwiek konkurencję, a cóż dopiero na konkurencję w postaci małej, piegowatej Puchonki.
OdpowiedzUsuńMniej więcej od trzeciej klasy prenumerowała najróżniejsze czasopisma. Naukowe, rozrywkowe, szczególnie te dotyczące zwierząt. Ale i inne tematyki nie były jej obce. Rzadko z kimkolwiek rozmawiała o najnowszych odkryciach i wynalazkach magicznych, bo jakoś nikogo odpowiedniego ku temu nie mogła znaleźć. Jej znajomych to za bardzo nie interesowało.
Dlatego, kiedy ujrzała tego chłopaka, czytającego jedno z dobrze znanych jej czasopism, poczuła coś na kształt podekscytowania. Nie liczyło się nawet to, że był Ślizgonem, a ci byli do niej wyjątkowo wrogo nastawieni z powodu jej pochodzenia. Na to jednak rzadko zwracała uwagę.
- Artykuł na stronie piętnastej o modyfikowaniu prostych eliksirów codziennego użytku. Od co najmniej trzech numerów nie napisali czegoś tak dobrego. - zagadnęła, przechodząc obok niego i zaglądając mu bezczelnie przez ramię.
Maggie
[W rzeczy samej, to jest Anton Lisin :) A Bena Allena to bym i bez dopisku poznała.]
OdpowiedzUsuńDewey
[Z racji zrównoważenia otoczenia przez płeć piękną proponuję wątek z Johanem.
OdpowiedzUsuńjeszcze nie wiem jaki,
ale proponuję. Jakoś tak polubiłam Montyego, prawdopodobnie dlatego, że jego imię baardzo dobrze mi się kojarzy. Acz zanim zacznę wysilać się nad wymyślaniem powiązania, które nie jest pospolite i/lub banalne, co Ty o mej propozycji sądzisz? : D]
~Johan Angellore
[ Monty ;) Pamiętam, że miałam z Montym powątkować na CH (gdzie prowadziłam Peach), ale chyba trochę nam to nie wyszło niestety... Może tutaj nadrobimy? :) ]
OdpowiedzUsuńMary
[ Zabij, ale też już nie pamiętam, o czym miał być, bo chyba nawet się nie zaczął, a ja musiałam znikać. Może miał dokuczać mojej małej Daphne? Hm, dziura w mózgu, przysięgam xD W każdym razie masz ochotę uderzyć w typowy warkotliwy stosunek gryfońsko-ślizgoński i pobawić się w jakieś darcie kotów czy może coś nieco innego? ;> ]
OdpowiedzUsuńMary
Florean miała kiedyś chłopaka (zamierzchłe czasy trzeciej klasy) i był on takim samym dupkiem jak jej ojciec, więc od tamtej pory patrzyła na płeć męską nie jak na przedmioty seksualnego pożądania, ale bardziej jak na okazy w zoo, albo biologiczne doświadczenia. Po prostu jakoś tak nie złożyło się, żeby trafiła na odpowiednią osobę, która udowodniłaby jej, że mężczyźni to coś więcej niż banda skretyniałych bubków posługujących się najniższymi instynktami. Monty był dość inteligentny, by jej w pewien sposób imponować i miał na tyle taktu, by nie wzbudzać w niej wielkiej chęci rywalizacji w ocenach i nie wzbudzał w niej zbytniej zazdrości, a nawet chęć współpracy. Monty był w ogóle bardzo w porządku, ale zdarzało się, że niepotrzebnie drążył niewygodne tematy, tak jak wtedy, w Pokoju Wspólnym.
OdpowiedzUsuńWyprostowała się, żeby móc mieć oczy mniej więcej na wysokości jego. Zmarszczyła brwi, wyglądając na trochę rozjuszoną, a na pewno na taką, która nie wie, co powiedzieć. Nie psuj tego, przyszło jej na myśl.
- Ja tylko chciałam, abyś sprawdził, czy na pewno nie ma błędów - mruknęła nieprzekonywająco. - Dlaczego się dopytujesz?
To chyba był ten moment, w którym Florean powinna powiedzieć wszystko bez ogródek, tak jak z nimi było, ale tak naprawdę nie mogła mieć pewności, czy Norrington czuje coś podobnego wobec jej osoby, bo przecież jeśli nie, to jeszcze bardziej by się od siebie odsunęli, a każde jej staranie się o wygospodarowanie czasu stałoby się równoznaczne z narzucaniem się zajętemu facetowi. Wykalkulowała sobie, że przecież Monty i tak ma dziewczynę, więc tym bardziej żaden byłby to dla niego dylemat wybierać między tą właśnie miss, a jakąś starą znajomą, której twarzy zapomniałby, gdyby sama się do jego dziennego grafiku nie wpraszała. Tak się bała, że się na nim zawiedzie, a przecież perfidnie się wystawiał. A może opanował sztukę czytania w myślach? Może pokpiwał sobie z niej, bo lepiej nawet od niej wiedział, co jej w duszy gra, a sam nie miał nic do stracenia?
A co, jeśli miał najlepsze intencje z możliwych? Z jej twarzy wyczytać mógł wahanie, godne herbertowskiej Nike.
[Zdarza się, nie ma sprawy]
Florean
[Nie wiem co to jest, ale chyba jestem dumna, że coś udało mi się naskrobać. ;-;]
OdpowiedzUsuńBycie miłym człowiekiem chyba wymaga bycia miłym. Taką definicję potrafił ułożyć Dan, bo ratowanie kotów z drzew, uśmiechanie się albo niewarczenie na małych Gryfonów to było ponad jego siły, jego wyobraźnię, jego życie! Dlatego nienawidził lekcji ze Ślizgonami, bo musiał zachowywać kamienną twarz i trzymać różdżkę z daleka od ich twarzy, żeby przypadkiem „niechcący” nie pozbawić któregoś oka albo zrobić czegoś jeszcze gorszego. Może miałby wyrzuty sumienia, gdyby ktoś na podstawie wzruszającej historii „niechcącej ofiary” zrobił przedstawienie albo balet. Ale tak to nie, już wolał zaciskać zęby.
Miał wrażenie, że je sobie wszystkie ukruszył zanim jeszcze ruszył się niechętnie do ławki Monty’ego Norringtona i zobaczył jego wyraz twarzy kogoś, kto urodził się z kijem w dupie. Miał do niego takie nastawienie, bo… bo miał, za bardzo przypominał mu o tym, że jego własna matka chętnie użyłaby jako przykład osoby, którą Dan mógłby być, ale nie jest, oczywiście, bo go na to nie stać. Jakby automatycznie nie lubił go jeszcze bardziej i miał ochotę przestawić mu co nieco w szczęce albo złamać nos i nastawić od nowa, żeby wyglądał jak Pinokio albo tak, jakby ktoś mu przyczepił klamkę do twarzy. Musiał wyglądać dziwnie, kiedy czasem się nad kociołkiem zamyślał i oceniał nochal Ślizgona pod różnymi kątami, a potem nagle przytomniał i dosypywał to, co mu wpadło w dłonie, do kociołka.
O dziwo, zazwyczaj trafiał, choć uznał to za przykład cechy dobrego Krukona. Albo nie chciał się na razie wykłócać, bo dosyć dobrze im szło, obaj milczeli, tylko czasem był problem z komunikacją; Daniel uparcie posługiwał się językiem migowym, machał „odnóżami” czegoś tam, starając się przekazać wszystkie informacje. Próbował również udawać, że wcale nie machnąłby tym czymś w twarz Monty’ego, bo Zadowalający poszedłby sobie pobiegać, a przecież nie dałby Ślizgonowi takiej satysfakcji, prawda? Nie cierpiał ich nawet bardziej niż Puchonów, choć akurat to miało podłoże bardziej „rodzinne”.
Tydzień później, gdy flakon z uwarzonym eliksirem dawno został oceniony, a Dan zdążył zapomnieć – irracjonalna złość powróciła, zanim jeszcze nauczyciel otworzył usta. Mimo że siedział trochę dalej niż Monty, miał dziwne wrażenie, że ten uśmiecha się złośliwie i choć nie patrzy na Higginsa, to pewnie sobie myśli „he, ma za swoje, cymbał”. Dan byłby bardziej wulgarny na jego miejscu, ale po selekcji wyzwisk, to mu najbardziej pasowało do twarzy Norringtona i skupił się tylko na tym, co ma do powiedzenia profesor.
- Norrington i Higgins – wspaniały przykład na to, jak nieodpowiedzialność połączona z rozwagą mogą przynieść zaskakujący wynik – powiedział znudzonym głosem, machając fiolką z eliksirem, co działało na Dana jak płachta na byka. – Wybitny oraz Zadowalający, ponieważ wszyscy wiemy, kto bardziej skupił się na zadaniu, a kto tylko żerował na cudzej pracy, mimo że nie dawał tego po sobie poznać.
Przeszedł do następnej pary, a Daniel wciąż próbował zabić go wzrokiem, mężczyzna był już chyba do tego przyzwyczajony i nie robiło to na nim wrażenia. Tak wielką miał ochotę przejechać go czołgiem, choć bardziej zasłużył na to Norrington, na którego spojrzał w drugiej kolejności. Naprawdę, nigdy w życiu nie czuł tak dużej potrzeby, by użyć różdżki do czegoś innego niż leviosowania kotów na drzewa. Wsadziłby ją Ślizgowi w oko i może dostałby Wybitny za radzenie sobie w trudnych warunkach.
Policzył nawet do dziesięciu, ale to nic mu nie dało, jeszcze właściwie wszystko pogorszyło, bo nie potrafił się nawet na tym skupić. Dlatego nie lubił eliksirów, trzeba było udawać chorego.
[ Hm. Opcji jest kilka.
OdpowiedzUsuńOpcja pierwsza jest taka, że drą ze sobą koty od pierwszej klasy, bo ich charaktery się starły i od tamtej pory, gdy są niedaleko od siebie, to najczęściej kończy się to jakimiś kąśliwymi uwagami, jednak to spowodowało, że znają się bardzo dobrze i wywiązała się relacja specyficzna - Mary nie pozwoli komukolwiek naskakiwać na Norringtona w jej imieniu i będzie jej nieswojo, kiedy ten zamilknie albo kiedy coś mu się stanie. Innymi słowy, będzie się przejmować jego losem, w jakimś stopniu się do niego przywiąże i nie da się nikomu wtrącać w ich sprawy. Jak by to miało wyglądać od strony Monty'ego to już Twoja decyzja.
Opcja druga wygląda tak, że do tej pory nie wchodzili sobie w drogę wcale, a ich kontakty ograniczały się do neutralnych ze wskazaniem na chłodnie niechętne ze względu na różne barwy szalików, ale pewna sytuacja, w której oboje się znajdą, zmusi ich do współpracy. Mogą się podczas tego pokłócić tysiąc razy, ale ostatecznie, żeby się wyplątać, będą musieli zawiązać nić porozumienia i zobaczymy, co nam potem z tego wyjdzie.
Opcja trzecia - Mary będzie mu do czegoś potrzebna, pobawimy się w jakieś manipulacje (chociaż nie wiem, na ile takie gierki są w stylu Monty'ego), wykorzystanie jej do swoich celów i można potem pójść albo w jakiś Syndrom Sztokholmski albo w jej chęć zemsty albo w jakąś szaloną mieszankę.
Iiii chwilowo na ten moment późnowieczorny niestety więcej pomysłów mi do głowy nie przychodzi. Ale jesli któryś do Ciebie przemawia - bierz w całości, modyfikuj, urozmaicaj, jak chcesz. Jeśli natomiast nie, to można pomyśleć o czymś innym :) ]
Mary
[ Wydaje mi się, że Irene to idealny obiekt do drwin (pomimo odznaki prefekta), bo nie jest agresywna, przeważnie ucieka przed Ślizgonami, gdyż uważa, że każdy chętnie miotnąłby w nią jakimś paskudztwem, po którym wyrosłaby jej zamiast nosa trąba. Nie żeby była na tyle ważna, by mieli się nią przejmować.
OdpowiedzUsuńAle możemy zrobić taki myk: Monty drwił z Irene przez cztery lata, ona biedna nic z tym nie robiła, a kiedy została prefektem, Norrington stał się zdecydowanie mniej elokwentny i... nie wiem, co dalej. Chyba że szuka kogoś, na kim mógłby się wyżyć. ]
[Bo istnieje stereotyp grzecznego kujonka Krukona, a ja mu mówię precz! Wordsworth lubi empiryzm (chociaż nieco kłóci się to z jego pewnym idealizmem, hjehje) i jest dotykowcem, to skutek uboczny jest taki, że czasem musi komuś dać w mordę... albo dostać.
OdpowiedzUsuńTe buty są ze smoczej skóry.]
[Podrzuć pomysł, to coś wykombinuję.]
OdpowiedzUsuńDewey
Cleo kiedyś próbowała wyczarować patronusa. Spróbowała też drugi, trzeci, a nawet osiemnasty raz tylko po to, aby obserwować szybującą w powietrzu bezkształtną, srebrzystą mgiełkę. Nie potrafiła wtedy opanować swojego śmiechu i śmiechu przyjaciółki, która wiernie towarzyszyła jej w tych staraniach. Nie przejmowała się tym, że nie potrafi poradzić sobie z zaklęciem, które – jak wyraźne podkreślono – należało do tych nadobowiązkowych. Mówiło się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, dlatego panienka Davies, odłożyła wtedy różdżkę i dała sobie chwilowy spokój. Bywały jednak chwile, kiedy wracała do zaklęcia patronusa, ale już będąc samej, przywołując większość najlepszych wspomnień, jakie miała. Nie ukrywała niczego. Widziała siebie wiecznie zadowoloną i wiecznie uśmiechniętą, w otoczeniu ludzi, których kochała. A może to dopiero wydarzenie z przyszłości determinowało jej patronusa? Może jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa, jak dopiero będzie? Naiwnie w to wierząc, po raz drugi zaprzestała prób wyczarowania swojego obrońcy.
OdpowiedzUsuńNie trzeba było wiele, aby wystraszyć Cleo, a wyraz twarzy chłopaka należał do jednych z tych, na które nie patrzy się z przyjemnością, a pewną obawą. Przez krótki moment, Ślizgon wydawał się po prostu nieobliczalny, dlatego mocniej przycisnęła plecy do drzwi, jakby wierząc w to, że może przez nie przeniknąć. Problem polegał na tym, że jeszcze nie była duchem. Niemniej jednak, oblicze chłopaka, którego kojarzyła ze szkolnych korytarzy, uległo zmianie. Dość szybkiej i zauważalnej. Dlatego wystąpiła krok do przodu, wygładzając materiał czarnej szaty.
Wielokrotnie padała ofiarą wyzwisk Ślizgonów, którzy za najlepszą zabawę uważali prześladowanie uczniów Domu Borsuka. Nie miała im tego za złe, o dziwo, przyjmowała każde wyzwisko, każde szturchnięcie, aby potem uczyć się, jak być na nie obojętną. Nie zgrywała bohatera, zresztą konfrontacje ze Ślizgonami były krótkie i nieprzyjemne, ale można było szybko o nich zapomnieć, jeśli nie myślało się o swoim pochodzeniu. Jeśli nie wstydziło się tego, że pochodzi się z rodziny mugoli, wszystko było łatwiejsze.
- Kto powiedział, że świetnie się bawię? – spytała, rozglądając się po pomieszczeniu, tylko po to, aby nie musieć zbyt długo patrzyć na Ślizgona. Kto wie, może zbyt wyzywające zachowanie mogłoby go do czegoś sprowokować? Podeszła do okna, które pokryte było kurzem, a w rogach gościły pajęcze nici. – Przechodziłam obok i usłyszałam… - Podrapała się po policzku, odwracając się w końcu w jego stronę. – Uznałam, że ktoś może potrzebować pomocy.
Cleo
[Pomysł co prawda dość banalny, ale może wyjść z tego coś ciekawego. A mianowicie... zakładam, że jest możliwość, aby Monty wyśmiał Johana z powodu jego bycia Człowiekiem Spinką, prawda? :D I może do tego mój chłoptaś akurat przegrał zakład i musiał (o ironio!) pomalować paznokcie...]
OdpowiedzUsuń~Johan Angellore
[Widzę, że Cię zawalono wątkami!]
OdpowiedzUsuńFlo
[ej weź, bo się zarumieniłam. ;-; i chyba trochę przyspieszyłam, ale ostatnimi czasy nie umiem lać wody za bardzo.]
OdpowiedzUsuńPoliczył do dziesięciu po raz drugi, ale napięcie wcale nie zniknęło, wręcz przeciwnie – coś mu podpowiadało, że ten sposób jest trochę pedalski i powinien je rozładować w inny sposób, na przykład waląc pięścią w ścianę albo co innego… Może nos Norringtona. Tak, to marzenie było możliwe do spełnienia, ale miał wrażenie, że wrzuciłoby go w kolejne bagno, a przecież jeszcze nie udało mu się wyleźć z poprzedniego. Z drugiej jednak strony ten pacan coś tam do siebie mruczał i go irytował...
– …ale tak to już jest, jak się ma tłuczek zamiast mózgu. – Tylko tyle zdołał usłyszeć, a potem Ślizgon spojrzał centralnie na niego i uśmiechnął się złośliwie. Daniel tak bardzo miał ochotę zmazać mu ten uśmieszek z twarzy i patrzyć z satysfakcją, jak zamienia się w szok, może we wściekłość, bo dobra bójka nie była zła.
Wątpił jednak, że Monty potrafiłby zabić pająka bez uderzenia się jednocześnie książką w palec, a co dopiero mu oddać. Nie był jednak zbyt wiarygodnym źródłem informacji, Daniel bowiem uważał wszystkich, którzy nie latali na miotle albo ich na niej nie widział, za przychlastów i pały życiowe z przyczyn losowych. Norrington jednak był po prostu Ślizgonem, któremu się ochotę rozbić wazon na głowie, może był taką cichą wodą, która w pewnym momencie zmienia się w tsunami i zmiata cię z powierzchni ziemi. Nie, sam nie wierzył w to, co myślał, a jednak jakaś część jego mózgu miała nadzieję na aferę albo chociaż to, że udałoby mu się złamać Monty’emu nos.
Potrząsnął głową. Nie, pewnie na niego naskarży i się skończy Dzień Dziecka, wlepią mu szlaban. Próbował notować, ale cały czas rozpraszał go sam fakt, że Ślizg oddycha jeszcze tym samym powietrzem co Dan i wciąż rozpiera go ta cholerna satysfakcja. Do końca lekcji stukał tylko nerwowo butem o podłogę i zerkał co jakiś czas w stronę Norringtona, starając się utrzymywać wściekłość na tym samym poziomie, choć zasadniczo było to trudne, bo miał ochotę zabić wszystkich w promieniu kilometra, ale wyobrażał sobie tęczę i kucyki… No dobra, nie, ale złamany nos tego kretyna był mniej więcej takim higginsowym synonimem tęczy.
Dzwonek na koniec lekcji zabrzmiał jak zbawienie, Daniel wrzucił wszystko do torby i wypadł z klasy, zamierzając czekać na Norringtona na korytarzu. Wcisnął dłonie do kieszeni i oparł się o ścianę. Nie zwracał uwagi na mijających go ludzi, wypatrując tylko jednej osoby i w tym momencie akurat wszyscy inny mieli szczęście, bo najchętniej przywaliłby losowej osobie, taki był wściekły. Przypominanie mu na każdym kroku, że nie nadaje się na Krukona było złym pomysłem i Slughorn mógł jedynie dziękować Merlinowi, że Dan nie miał przy sobie tłuczka, bo cisnąłby nim w profesora, nie patrząc nawet na to, że wyrzuciliby go ze szkoły.
Furiat.
Kiedy Monty wyszedł w końcu z sali, Daniel w kilka sekund znalazł się przed nim i zastawił mu drogę, z satysfakcją odkrywając, że jest od niego trochę wyższy. Ha, jeszcze lepiej.
– Tłuczek zamiast mózgu? – warknął, nieświadomie zaciskając już jedną pięść. – W klasie siedziałeś za daleko, żeby powiedzieć mi to w twarz, to powtórz jeszcze raz, bo nie dosłyszałem.
W takich momentach przypominał trochę swojego kota – człowiek miał wrażenie, że jeśli zastosuje się do polecenia, to dostanie pazurami po twarzy. I zazwyczaj się nie mylił, bo miał minę trochę świra, którego pokazuje się w telewizji, w programach typu „Urodzeni zabójcy”, czy innych dokumentach.
Mógł mu nawet powiedzieć, że ma krzywy ryj, bo nie minąłby się z prawdą, ale Higgins nie znosił, kiedy nazywano go kretynem, bo to według niego akurat było kłamstwo i przytyk, za który obrywa się w mordę.
Nie pomyślała, że może chłopak to wszystko mówi, bo sam czuje podobnie i że dla niego ta wspólna nauka też była wymówką, tylko głupio dała się przyćmić wstydowi, jaki od zawsze towarzyszył jej przy rozmowie o uczuciach. Jej rodzice nie byli zbyt wylewni, nawet w stosunku do siebie nawzajem, więc nie mieli jak nauczyć dzieci szczerości w relacjach między ludzkich. Byli dość oziębli i jakoś tak wyszło, że zamiast wspólnych obiadów, brali każdy swój talerz i szli do siebie, albo wychodzili na cały dzień. Jeżeli w domostwie państwa Hale mówiło się o porażkach, to na pewno nie zostały one popełnione przez członków ich rodziny, a nagród za sukcesy nie było, bo nigdy nic nie było wystarczające, nic nie wzbudzało zachwytu i nic nie wzruszało. Znajomi pani i pana Hale z ministerstwa w pierwszych latach ich pracy w Departamencie Tajemnic zwykli myśleć, że małżeństwo sypia w trumnie i żywi się krwią dziewic, ale twarde charaktery obojga utwierdziły ich w końcu w przekonaniu, że nie są to obojętne na opinię inferiusy. Ale to też przecież nie tak, że rodzice Florean zupełnie nic jej od siebie nie przekazali. Ojciec od małego czytał jej książki, głównie te pisanie przez czarodziejów, i wpajał, że mądrość to największa broń człowieka, co przecież potwierdza się, gdy patrzy się teraz na jej wyniki w nauce. Po matce odziedziczyła znacznie więcej, poczynając od niskiego wzrostu, przez chciwość i materializm, kończąc na postawie każącej stać wyprostowaną i niewzruszoną nawet w najbardziej przykrych momentach życia. Teraz Florean jest ukierunkowana na pracę w ministerstwie i nawet nie wyobraża sobie gorszego scenariusza, ale jest też nieprzygotowana na takie momenty jak wtedy z Norringtonem, bo zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Zepsuł się jej wewnętrzny kalkulator, który każdego dnia obliczał, czy udzielenie się w tej czy tamtej kwestii się jej opłaci, chłopak wymuszał na niej myślenie czymś, o czego posiadanie by się nie łudziła. Dramatów też nie lubiła, a on wyraźnie próbował jakiś wywołać.
OdpowiedzUsuń- Może muszę - odparła w końcu, wstając z kanapy i nawet nie patrząc na chłopaka, zaczęła pakować rolki pergaminu do torby. Nagle przestała i zwróciła się do niego: - Co ona ma takiego, co cię przy niej trzyma?
Zadała zasadnicze pytanie. Monty musiał w końcu zdać sobie sprawę ze swoich priorytetów, dorosnąć trochę, bo mimo oczytania perfidnie unikał odpowiedzialności, był z kimś dla wygody posiadania dziewczyny, próbował zakończyć znajomość z Florean (przynajmniej ona tak to odbierała) poprzez wyduszenia z niej jakichś wielkich deklaracji. Dla Ślizgonki wszystko od zawsze miało wymiar ostateczny i nieodwracalny, zwłaszcza, kiedy chodziło o jej własne czyny, bo przecież te czyjeś zawsze można podważyć. Monty był dla niej na tyle ważny, że nie zamierzała samej sobie dołka wykopać, nie była głupia. Trzymane przez niego jabłko za sprawą jej różdżki wyleciało z ręki chłopaka i rozbiło się na ścianie lochów. Na chwilę stało się katalizatorem wszystkich jej negatywnych emocji, których nie umiała wyrazić.
Nie zastanawiała się, czy może on potrzebuje wiedzieć, na czym stoi, bo frustrowało ją wszystko w niej samej, jakby była niemową koniecznie chcącą powiedzieć komuś "na zdrowie".
Spakowała do torby różdżkę, aby jej nie korciła. Dobrze zrobiła z tym jabłkiem, nikt nie będzie jadł gawędząc z nią. Gawędząc to mało powiedziane.
[Ja ten tydzień miałam na luzie, następny dla odmiany zawalony jest sprawdzianami i powtórzeniami. ]
Flo
Państwo Hale różniło od większości Śmierciożerców to, że w większości przypadków potrafili podejmować odpowiednie decyzje tak, aby wyszło im na dobre, umieli odróżniać realne cele od fikcyjnych i nie dać się ponieść szalonym ideom. Byli wpływowymi czarodziejami ze statusem społecznym i dwójką dzieci idealnie nadającą się na kolejną szpiegowską siatkę w Hogwarcie, ale do tej pory nie otrzymali żadnej "propozycji nie do odrzucenia", bo potrafili odpowiednio zamaskować się w tym całym niebezpiecznym świecie. Oboje nie byli całkiem anty-mugolscy, ich poglądy oscylowały gdzieś na granicy i, czego Florean nigdy w życiu nie zauważyła, myśląc, że jej rodzice mają serca ze stali, zawsze robili wszystko, aby całej ich czwórce niczego nie brakowało i nic im nie zagrażało. Pracowali także w dość specyficznym departamencie, o którym mało kto cokolwiek wiedział, więc mieli szansę oddać się w wir tej pracy i w dni robocze od siódmej do szesnastej całkowicie znikać ze wszelkich magicznych map i radarów. Oboje byli Ślizgonami, ale od zawsze kładli większą wagę na wiedzę, niż siłę szantażu, więc nie pomarliby na zawał, gdyby na przykład ich syn trafił do Ravenclaw. Ich życiową taktyką idealną na niepewne czasy było kamuflowanie się, stwarzanie pozorów i nie szukanie świateł reflektorów. Dlatego zdrajców krwi uważali za głupców, a fanatyków Czarnego Pana za szaleńców (co przecież zbytnio nie odbiegało od rzeczywistego stanu rzeczy).
OdpowiedzUsuńOd razu pożałowała tego, co zrobiła. Nigdy nie poniosło ją tak jak wtedy, na chwilę przestała być opanowaną i wręcz irytująco spokojną sobą. Wiadomo, że jak ktoś w sobie dusi emocje, to one w końcu muszą w jakiś sposób z niego ujść, ale chyba wolałaby odciąć sobie język, żeby tylko nic więcej głupiego nie powiedzieć.
Jakby ktoś dał w mordę!
- Nawzajem dobranoc - zdążyła odpowiedzieć, zanim Monty zniknął w cieniu schodów prowadzących do męskiego dormitorium, po czym ruszyła do swojego, zapominając książek z pokoju wspólnego.
Aż do drzwi dormitorium na jej twarzy nie było widać żadnej skruchy, czy żalu, szła nawet lekko zadzierając brodę; dopiero, gdy przypomniała sobie, że wszyscy śpią, padła bezwładnie na łóżko twarzą do poduszki i może nawet trochę zapłakała. Z niemocy.
UsuńPostanowiła nie unikać Norringtona, chcąc pokazać mu, że to z jabłkiem było tylko "złą chwilą", na którą nieopatrznie trafił i że dobrze robił wcześniej, uznając jej osobę za poważną swoją rówieśnicę, a nie rozjuszoną kilkulatkę. Z drugiej strony postanowiła też nie narzucać się mu, bo pewnie przez teatr, który przed nim odstawiła zeszłego wieczoru, miał jej serdecznie dosyć. Nie dziwiła mu się, ale też nie uważała, by się myliła, nie mówiąc mu o tym, że chyba tak trochę wolałaby widzieć siebie jako kogoś dla niego. Tyle ją znał, a wtedy próbował zmusić do poważnych wyznań. Miała mu to za złe.
Nie zorientowałaby się, że to już Halloween, gdyby nie poszła na śniadanie. Wielka Sala spowita była w półmroku, który przecinały wiszące w powietrzu podświetlone, wyszczerzone, bądź przerażone dynie. Mimo ponurego wystroju, w sali panował gwar jak zwykle, spowodowany oczywiście rozmowami uczniów (niektórzy poprzebierani straszyli kolegów, inni właśnie zatrzęśli się ze strachu spowodowanego kawałem sąsiada z miejsca obok), nauczycieli i jojczeniem woźnego, że przez chwilą Irytek rozbił mu jajko na głowie. Krwawy Baron był w swoim żywiole, zresztą wszystkie duchy dobrze się bawiły, w końcu to było ich święto. Sielankowa atmosfera, w której Florean prezentowała się bardziej jako dekoracja, siedząc na skraju stołu i posępnie grzebiąc łyżką w owsiance.
- Heeej, Florean! - już od wejścia zawołała znajoma dziewczyny i niestety nie doczekała się odpowiedzi. Hale przypomniała sobie, że obiecała zagadać o nią do brata, ale nie miała do tego głowy i szczerze powiedziawszy, wcale jej się nie chciało robić dla kogoś cokolwiek za darmo. Było wolne siedzenie obok niej, ale miała szczerą nadzieję, że natrętna koleżanka nie postanowi go zająć. Jeśli tak, to Florean uzna, że cały świat postanowił wypaczyć sobie z głowy złą stronę jej materialistycznego i wrednego charakteru.
Florean
Znajoma zaczęła niewinnie, bo od zapytania, czy Hale zapytała o nią brata. Ta pokręciła głową, że nie i po paru minutach wyrzutów "dlaczego nie?" "a może pójdziesz teraz, zaraz?" przestała weryfikować docierające do niej informacje i całą swoją uwagę poświęciła owsiance. Dobry, wartościowy posiłek na początek dnia. Idealny deficyt błonnika i mleko, czyli zdrowo. Płatki owsiane w smaku minimalnie przypominają karton, ale przynajmniej zapychają brzuch, trochę jak ziemniaki przy obiedzie. Bardzo mi na nim zależy, co prawda rozmawialiśmy tylko raz, ale... Właśnie, ciekawe co będzie na obiad, zastanawiała się dalej. Pewnie coś nawiązującego do święta, albo może jakaś kaczka w pomarańczach, albo gulasz z okazji wigilii Dnia Zmarłych (co nie brzmi zbyt smacznie). Ciekawe, ile Monty musiałby zjeść jabłek, zanim by mu rozsadziło brzuch. Co ja mam zrobić, jest taki słodki...
OdpowiedzUsuńDziewczyna próbowała coś jeszcze powiedzieć Florean, ale tej cierpliwość skończyła się. Tym razem miała swoje problemy, zresztą nigdy nie lubiła wysłuchiwać cudzych, a słuchanie o tym, jaki jej brat jest wspaniały i uroczy było ponad jej siły.
- Przynieś mi skrzeloziele z Zakazanego Lasu. Teraz. Natychmiast. Chcę je widzieć dzisiaj na swoim biurku w dormitorium - zakomenderowała nad wyraz spokojnie i omal nie wybuchła złośliwym śmiechem, gdy zauroczona jej bratem omal nie potknęła się o szatę opuszczając Wielką Salę.
Florean dobrze wiedziała, co robi, polecając tej głupiej dziewczynie przyniesienie skrzeloziela z lasu. Przecież tego typu ingredienty wcale nie rosną w lesie i wie to każdy średnio rozgarnięty czternastolatek, a ta niemal już dorosła czarownica nie pomyślała logicznie, nie pytała, nie snuła żadnych wątpliwości, chyba już naprawdę była zdesperowana, by koleżanka zrobiła coś w sprawie jej żałosnej miłości, nawet w zamian wykonania niewykonalnego. Od razu widać było po tej naiwniaczce, że zrobiłaby wszystko, żeby taki Hale choćby na nią spojrzał.
Florean nie chciała taka być wobec kogokolwiek. Była rozgarniętą dziewczyną, a wtedy, w nocy, był to jeden jedyny raz, gdy nie wiedziała, czego chce i tym bardziej co ma zrobić, by to posiąść dla siebie. W końcu Monty nie był kolejnym Wybitnym z eliksirów, tylko człowiekiem z krwi i kości, nie zasługiwał na przedmiotowe traktowanie, ani niepoważne zachowanie wobec niego. Nigdy nie uciekłaby się do tego, aby osoby trzecie poznały jej uczucia względem tych drugich i jeszcze coś za nią załatwiały i może to było jej błędem, bo przynajmniej nie musiałaby się z tym zmagać tak jak wtedy.
- Dzięki, Norrington - mruknęła. Owsianka zrobiła się mniej interesująca, od kiedy niechciana koleżanka odsłoniła dziewczynie znajomego chłopaka. Nie wyglądał za ciekawie. Pewnie gniewał się za to jabłko, albo to jej się wydawało, bo w głębi ducha wiedziała, że przesadziła. - Możesz podać mi dzbanek z sokiem?
Tuż przed nosem Monty'ego stał dzban z nektarem pomarańczowym i w sumie dziewczyna mogła sama go sobie podać, ale był to też pewien sposób na rozpoczęcie rozmowy. Było jej mniej wstyd za wczoraj, niż gdy zasypiała, zresztą tyle razy wychodziła na wredną małpę, że nie powinna się przejmować.
Podsunęła mu szklankę, by jej nalał.
Florean
Brak Florean w ogóle aż takiego powodzenia u dziewczyn nie miał, by powiedzieć o nim, że ma branie, aczkolwiek jedną czy dwie wielbicielki na swoim koncie już posiadał. Najczęściej były to te rok, do dwóch lat młodsze, albo z jego rocznika, a on przyjmował wobec nich postawę pancernika jak do niedźwiedzia, czy wilka i pozostawał niewzruszony na ich końskie zaloty. Jeżeli któraś sama mu się spodobała, to mogła nosić miano wyjątkowej, albo po prostu takiej o niebanalnej urodzie, bo generalnie Victorowi w głowie było odpowiednie zdanie końcowych testów i potem szybko na posadkę ministra magii. Jeżeli ktoś znał jego siostrę, to wiedział, że jest ona ambitna, ale ona w przeciwieństwie do brata znała umiar we wszystkim i prawie zawsze. Swoją drogą, słowo "prawie" nieustannie znajduje sobie miejsce w opisach Ślizgonki, bo u niej wszystko zawsze jest "prawie", "niewystarczająco", "nie do końca".
OdpowiedzUsuńUparciuch z Norringtona. Mógł już jej wybaczyć to jabłka, nie był koniem, nie umarłby, gdyby jednego nie zdążył zjeść. Oczywiście liczył się sam fakt, że Florean dała się ponieść emocjom, ale chyba od zawsze miał świadomość, że osoba zwykle tak wyważona i w miarę opanowana w końcu dojdzie do kresu wytrzymałości i wybuchnie. Nie wiadomo, być może łudził się, że nie zrobi tego przy nim. W ogóle, to Hale poukładała sobie trochę w głowę przez noc, ochłonęła, doszła do pewnych wniosków. Jeszcze przy śniadaniu ta dziewczyna od Victora dała jej do zrozumienia, to znaczy dało się ostrzeżenie wyczytać między wierszami. Nie chciała się tak bujać z uczuciami do końca siódmej klasy. Po chwili namysłu wypaliła:
- Kiedy z nią zrywasz? - i od razu zasłoniła się szklanką, niby to żeby napić się soku, ale tak naprawdę był to sposób na odgrodzenie się. Sama była zdziwiona zadanym przez siebie pytaniem, bo było całkowicie nie na miejscu, takie nietaktowne, bo przecież oficjalnie między nimi nic nie było, a Monty tkwił w bardzo fajnym związku (przynajmniej na to wskazywało). Jednocześnie odpowiedź na nie rozwiałaby wszystkie wątpliwości. Być może jej się wydawało, że za długo czeka, bo liczyła na natychmiastową odpowiedź, choćby "nigdy", albo "o co ci chodzi?", więc odstawiła szklankę i wstając, zarzuciła torbę na ramię. Patrzyła na niego wyczekująco, ale już też trochę przygaszona bo naprawdę chciała jakiejś znaczącej reakcji, ale trochę się jej spodziewała. I w ogóle dramat jak zwykle.
Florean
Brat Florean nie grał w Quidditcha, bo go matka natura nie obdarzyła umiejętnością jakiejś wyjątkowej koordynacji fizycznej, więc jeżeli już miał do czynienia z tym sportem, to tylko poprzez zakłady, które niejednokrotnie z wygraną, zakładał. Z Montym mógłby nawet przybić piątkę, bo też za szkolnymi graczami nie przepadał - ot, żadna przyszłościowa dziedzina, a oni chodzącymi dowodami na to, że porażka potrafi przybrać cielesny kształt. Victor, tak jak jego siostra, skrycie trochę zazdrościł niektórym takiego zgrania z miotłą i świetnej kondycji (tego najbardziej zazdrościła dziewczyna, bowiem sama od dziecka chorowała na potęgę), ale głównie tylko potępiał ich głupie, do niczego nie prowadzące rozrywki i dziką satysfakcję z wygranej, za którą on, nie-frajer, zgarniał procent. Nie potrafiła sobie tylko przypomnieć, czy Monty ma rodzeństwo, ale nie było ono na pewno w połowie tak cwane jak jej brat.
OdpowiedzUsuńW oczach Florean dziewczyna Ślizgona była trochę jakby posągiem, bo niby widziała ją parę razy, z czego raz w bibliotece, ale nigdy raczej nie zamieniły słowa, a jeśli już, to nie tak, aby od razu się zapoznawać. Posągi nie mają uczuć, nie czują się odrzucone, nie przejmują się, że ktoś chce z nimi zerwać i nie mają przyjaciółek o gumowych uszach. Tak w ogóle, to Hale średnio przejęła się tym, że te mogły coś dosłyszeć, na przykład to dość wyrwane z kontekstu pytanie, bo przecież Monty sam się wkopał w tą całą sytuację, należała mu się jakaś karma od losu, albo chociaż zakaz jabłek.
Już myślała, że z Wielkiej Sali zostanie wywleczona za włosy, tak się chłopak oburzył. I znowu zachowała się trochę jak dziecko, ale przynajmniej poszli naprzód w tej głupiej grze, przynajmniej byli coraz bliżej rozwiązania zagadki swojej znajomości i o co w niej właściwie chodziło. Oczywiście znowu miała za złe Norringtonowi, że ten woli zrzucić całą odpowiedzialność na nią - ciszę przed burzą, dzikiego kota - która płakała jeszcze wczoraj z jego powodu. Woli, żeby ona powiedziała coś nie tak; żeby ona wszystko zepsuła, nie on. Niemądre posunięcie jak na wychowanka Domu Węża.
Ona dla odmiany nie patrzyła na niego, tylko błądziła wzrokiem gdzieś po ziemi, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić w takiej sytuacji. Beznadziejna chwila na problemy codzienności, ale właśnie sobie przypomniała, że nie zabrała książek z Pokoju Wspólnego i ktoś już mógł je zgarnąć.Czuła się przygnębiona jak nigdy, mimo że Monty w końcu wyraził chęć wyjaśnienia tego całego ambarasu i mimowolnie próbowała się odgrodzić od problemów, tak jak wcześniej szklanką soku pomarańczowego.
- To przecież zmieni wszystko - odparła spokojnie, acz stanowczo, w końcu lustrując go wzrokiem. Nagle poczuła się przy nim taką małą i w sumie bezbronną, bo od niego teraz wszystko zależy i od tego jak się zachowa. Czuła niepokój. A przecież mama mówiła, żeby nie polegać na mężczyznach, bo oni tchórzą przed decyzjami i czynami, tylko przed wojną nie uciekają, a to też nie wszyscy. Splotła ich dłonie razem, z jednego powodu, bo nie wiedziała co zrobić ze swoją. Drugiego, bo potrzebowała poczuć się pewniej i trzeciego, trochę aby nie uciekł znowu przed tą rozmową.
Florean
[Właśnie dlatego najpierw piszę, jako że nie ja władam postacią i nie wiem jak by się zachował. Kurczę, ostatnie dwa dni pozbawiły mnie jakiegokolwiek myślenia twórczego, odezwę się jak już się ogarnę, ok? :)]
OdpowiedzUsuń~Johan Angellore
[Oj, przez długi czas szukałam zdjęcia, a widząc to, skojarzyło mi się z Jamesem, więc jest :)]
OdpowiedzUsuńJames
[Matko i córko, gdzie się podział Ben Allen?!]
OdpowiedzUsuńWszystko sobie utrudniali. Z jednej strony żadne nie potrafiło rozmawiać otwarcie o co tak właściwie chodzi, a z drugiej też trochę wyolbrzymiali, bo przecież mieli po siedemnaście lat (pewnie jeszcze na dodatek nieskończone), a "bycie z kimś" traktowali całkiem na poważnie. Bo to poważni ludzie byli. Taki Monty, który niepotrzebnie wplątał się w związek, który wyraźnie mu do końca nie pasował i taka Florean, która nie umiała trzymać języka za zębami i zawsze wywoływała jakieś dramy, których nie umiała w rezultacie poskromić. Najlepiej by było, gdyby chłopak dalej był z tą swoją dziewczyną, której Ślizgonka by po cichu nienawidziła, bo przynajmniej z tym raczej żadne nie miało problemów. Na pewno rodzice nauczyli ich zachowania pozorów normalności, na pewno w ich rodzinnych domach nie mówiło się o tym, jak rozmawiać bez ogródek i szczerze, więc jakim cudem znaleźli się w sytuacji, w której chodziło o coś, co nawet nie miało prawa bytu w ich słowniku?
Hale od dziecka przed problemami i de facto przed całym światem, chowała się w bibliotece między regałami i twarz za jakąś dobrą książką, konfundowały ją związki międzyludzkie i żałosne przyzwyczajenia, zwane uczuciem. Udawała, że jej to nie dotyczy i nigdy nie dosięgnie, a jednak ktoś przedarł się przez tą barierę jak nożem przez masło i bezczelnie wywoływał w jej myślach i sercu nieznane rewolucje. Winą za te wszystkie kłopoty, bezproduktywne, nieżyciowe przemyślenia i sprawianie, że nie czuła się osobą, nad którą pracowała tyle lat, obarczyła Norringtona, bo on był najbardziej pod ręką. W końcu objął ją, więc bardziej pod ręką nie mógł być, przynajmniej dla niej, bo korytarz na którym stali zwykle raczej świecił pustkami. Florean zastanowiła się, dlaczego zwykle to miejsce było puste, ale gdy wtuliła się polikiem w tors chłopaka, zdała sobie sprawę, że stoją niedaleko gabinetu woźnego. No jasne, kto by się pchał temu staremu śmierdzielowi pod łapę.
Zadzierając brodę, by spojrzeć Monty'emu w twarz, poczuła się jeszcze niższa niż była.
- Masz do mnie pretensje? - jej głos nabrał bardziej oskarżycielskiego, niż uniżonego i przymilnego tonu. Była zła na siebie i na niego, że wprawiał ją w te wszystkie niepoważne uczucia, kiedy szykował się test z transmutacji, z okazji którego nawet nie wypożyczyła z biblioteki odpowiednich książek, wszystko przez zaaferowanie jego osobą.
Przecież wiadomo wszem i wobec, że Florean Hale boi się związków i tym podobnych, a raczej bawi ją niż rozczula romantyzm. Z mugolskich pisarzy prędzej sięgnęłaby po jakiegoś Shopenhauera niż Mickiewicza, a sama, gdy była zmuszona do napisania czegoś od siebie w pracy, w słowach była bardzo oszczędna. Ale skąd im się wziął pomysł, by cokolwiek obgadywać? Relacje są, albo ich nie ma, wynikają same z siebie, a nie z wielkich, zorganizowanych narad. Być może byli osobami ekscentrycznymi, o grubych skórach i mimo pozorów, niepoukładanych myślach.
Florean
[Nie jestem fanką usianych piegami twarzy, ale i tak dla mnie zawsze Monty będzie Benem Allenem gryzącym jabłuszko :D]
OdpowiedzUsuńSiedemnaście lat - wiek pochopnych decyzji, w który pakuje się nieodpowiedzialne dzieciaki, wiek oficjalnej rozłąki z dzieciństwem i pożegnaniem z latem naprawdę młodej młodości; otwierają się wrota dorosłości, nowe rozdziały w życiu i rozciągają się niewidzialne dotąd horyzonty, zupełnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szkoda, że niektórzy nie są gotowi na takie rzeczy, ale dobrze, że przynajmniej Florean jedna dobrze wie, co chce w życiu robić i pewnie do tego brnie, nawet po trupach i teraz tylko na chwilę zbaczając z kursu dla Monty'ego. W przebłyskach znajomej, chłodnej kalkulacji, myślała o tych wszystkich ciepłych słowach i przytulaniu się jak o chwilowym kaprysie obojga, mniej niż jak o dojrzałej relacji. Absolutnie nie nawykła do takich rzeczy, zupełnie jakby roztopić lodowiec z jaskiniowcem i posadzić go przed komputerem, wolałaby z powrotem zamarznąć, usnąć na wieki jak Śnieżka przez jabłko, zastygnąć w marmurze i nigdy więcej nie ożyć, byle uniknąć ewentualnego rozczarowania i zbędnych smutków. Do tej pory odczuwała tylko pragnienie wiedzy, z porywami do gniewu spowodowanego bałaganem w dormitorium, czy zwykłymi kobiecymi humorkami, więc wywołanie łez było przy niej osobliwym sukcesem, którym Norrington już mógł się poszczycić. Florean skończyła siedemnaście lat przedostatniego dnia sierpnia, powinna w końcu się ogarnąć.
Pomyślała, że chłopakowi ulżyło tak jak jej. Uznała, że nie można się spodziewać z jego strony niczego oczywistego, zresztą zdążyła zauważyć, że sama ma problemy z klarownymi odpowiedziami na ważne pytania, więc postanowiła z nimi po prostu dać spokój.
- Idź - westchnęła tylko. Nie wiedziała, czy Monty chce w końcu zakończyć tamten związek, czy może jeszcze mu się odwidzi, ale to wszystko już ją zmęczyło, a na zegarze nie wybiła jeszcze dwunasta w południe. Za dużo rewelacji jak na jeden poranek. Uścisnęła mu jeszcze rękę, tak jak się to robi na pocieszenie bardziej niż na dżentelmeńskie pożegnanie i przeszła obok marudzącego pod nosem woźnego, który niespodziewanie jakby wyskoczył z podziemi. Nawet nie walczyła z ochotą kopnięcia kota charłaka, a przecież nie przepadała za kotami aż na tyle, że by każdego jednego wytępiła na wszystkie niehumanitarne sposoby znane ludzkości.
UsuńPo rozmowie z Norringtonem wybrała się do szkolnej biblioteki, skąd wypożyczyła odpowiednie do transmutacji podręczniki i gdzie w końcu została przy stole za regałem z książkami dotyczącymi centaurów, chochlików i diabelskich sideł. Schowała się tam przed zgiełkiem, choć tak naprawdę umiałaby się skupić na temacie równie dobrze, siedząc na błoniach i z Huncwotami skrzeczącymi jej prawie do ucha coś o Smarkerusie. Transmutacja była jednym z jej ulubionych przedmiotów, ale nie było u niej nielubianych od czasu, gdy wypisała się z wróżbiarstwa i poćwiczyła nad techniką rzucania zaklęć. Do drugie wyjątkowo jej się przydało w poprawieniu tego jednego brzydkiego Zadowalającego na Wybitnego przy transmutowaniu ropuchy w motyla, bo przecież transmutacja to nic innego jak zaklęcia, z czego wynika cały bezsens dzielenia jednej dziedziny na dwie. Biblioteka była też miejscem, do którego mało komu chciało się zapuszczać, jeśli miał do Florean interes, więc zwykle zawracano jej głowę dopiero, gdy stamtąd wyszła i nie trzeba było narażać się przewrażliwionej na punkcie ciszy bibliotekarce. Jakkolwiek Ślizgonce nie przeszkadzał miły gwar w tle do rozdziału do nauczenia, to nachalne, natrętne osoby uważające swoje sprawy za niecierpiące zwłoki, najchętniej odsyłałaby do lochów wesołym środkowym palcem. Rzecz jasna, nie robiła takich rzeczy, bo nie wypadało dziewczynie tak ordynarne zachowanie, ale chyba wiadomo, o co chodzi. Po prostu nie znosiła natrętów.
Oparła głowę o wierzch dłoni i pozwoliła ponieść się rozmyślaniom.
Kartka za kartką i tak mijał jej już siódmy rok w Hogwarcie, a nie zmieniła się ani o jotę, zarówno z wyglądu jak i zachowania przypominała tą chorowitą, wściekającą się o drobiazgi, jedenastolatkę. Nie ma co, charakter to ona miała od zawsze, tylko rzadko kto to zauważał, dając się omamić masce nudnej i do bólu przewidywalnej trochę-kujonicy, molowi książkowemu, mądrali; rzadko kto rozebrał ją tak jak rozbiera się książkę, czyli zagłębiając się w jej treść, odkrywając jej dobre i złe strony, no nikt po prostu. Czasem ktoś rozwścieczył, ale nieumyślnie i żałując za chwilę, nigdy też nie wzbudzając emocji z przeciwległego bieguna. Kartka za kartką, aż w końcu sama usłyszała szelest tych przewracanych przez kogo innego, kto tak jak ona doceniał słowo pisane i miał aspiracje na kogoś lepszego od gracza Quidditcha.
Zasiedziała się w bibliotece. W pokoju wspólnym miała być dużo wcześniej, przynajmniej umówiła się z Norringtonem, że zobaczą się "później", a przecież to może znaczyć w każdej chwili. Zwykle taka była punktualna, rzetelna, a tym razem nawet jeszcze nie dokończyła czytać rozdziału, z którego miał być test. Kiedy schodziła po schodach, te nagle postanowiły się jej pozbyć, więc gdy tak miotały się w to w jedną, to w drugą, nie sposób było się nie przewrócić. Co więcej, dziewczyna omal nie spadła w tą szkolną otchłań, gdzie wpadało wszystko, co komu spadło ze schodów, więc wybity przez stopień palec to nic, ale wystarczająco dużo, aby ją podirytować. Do Pokoju Wspólnego weszła zła na cały świat i po ciszy nocnej. Czyli przeszło pół dnia spędziła w bibliotece, nawet nie kończąc rozdziału (był rozległy, ale w normalnych warunkach wystarczyłyby jej godzina, dwie). Szlag by to, naprawdę.
[Jasne, że mam ochotę. Dobrze, że taki wątek masz zarezerwowany, bo i tak Gilbert pewnie by go nie trzasnął, bo on bez powodu nie bije. A powodem dla niego nie jest krzywe spojrzenie.
OdpowiedzUsuńOstatnio jestem taki niekreatywny, więc trudno mi wyjść z gotowym pomysłem. Ale może obaj niech będą świadkami jakiejś zbrodni? ; >]
[Ona w ogóle ma mało zdjęć z czasów, gdy była młoda i piękna, musiałam się uciec do zrobienia skrina z filmu, ale cieszę się, że się podoba :>]
OdpowiedzUsuńTo było niemożliwe, by ich relacja wiecznie była szczęśliwa, bez wad i błędów przez nich popełnionych, żadna cukierkowa, bo nie byli ludźmi płytkimi i w ogóle potrzebującymi wiecznych pieszczot, jak dziewięćdziesiąt procent szkolnych "idealnych" par. Ich znajomość od samego początku polegała na zamiłowaniu do książek i wiedzy z nich płynącej, nie seksualnemu pociągowi i zaspokajaniu nastoletnich żądzy. Dziewczyna od początku traktowała to wszystko poważnie, już zwłaszcza od kiedy zaczęły się ceregiele z dziewczyną Monty'ego i tym wszystkim, co ich przed sobą zatrzymywało. Nie mogła jednak obiecać chłopakowi, że podobne sceny do tej z jabłkiem nigdy już się nie wydarzą, w końcu przyszłość jest nieznana, koniec zawsze bliski, a kobiety płcią niestabilną emocjonalnie od zawsze na zawsze, zwłaszcza z takim charakterem. Prawdopodobnie nie raz jeszcze będą sobie życzyć jak najgorzej, ona będzie kazała mu wrócić do byłej, ale pewnie wszystko wyjdzie im na dobre. Przez pół dnia o tym właśnie myślała: będzie dobrze, co z tego, że sytuacja jest co najmniej dziwaczna, skoro już rozpłynęła się negatywna, napięta atmosfera. Jednak stając przed wejściem do pokoju wspólnego nie myślała już o Norringtonie i dylematach z nim związanych, ale o bolącym palcu serdecznym, który na drugi dzień miał brzydko zsinieć i boleć jeszcze bardziej, każąc jej wybrać się do szkolnej pielęgniarki.
Weszła do Pokoju Wspólnego ściskając ten palec, jakby to miało ulżyć jej w mękach. Jakby po tylu nieumyślnych złamaniach, zwichnięciach i właśnie wybiciach, nie miała pojęcia, co robić. Powinna to zostawić w cholerę, pójść spać. Co prawda do jutra się nie zagoi, ale wstanie nowy dzień, a wraz z nim ona - niemiłosierna i bezlitosna dla każdego, kto jej stanie na drodze do Skrzydła Szpitalnego, bo stąd też mógł brać się temperament dziewczyny, że tyle razy mogła wyjść na ofiarę boską, że nauczyła się przed tą opinią bronić. Złamana noga? Bratu do zupy dolane Szkiele-Wzro. Zwichnięty nadgarstek? Koleżance z dormitorium podkradziona gustowna rękawiczka. Wszystko sprawiedliwie i zgodnie z maksymą "ząb za ząb".
Na kanapie przed kominkiem półleżała znajoma męska postać, czytająca podręcznik od transmutacji. Była dość późna godzina, więc nikogo innego nie mogła się spodziewać.
- Monty - powiedziała zamiast się przywitać - Nie śpisz?
Sytuacja do bólu przypominała tą sprzed dwóch dni, ale Florean nie miała sił nad tym myśleć. To Halloween jakoś przeszło jej przed nosem; zamknięta w bibliotece nie interesowała się związanymi z tym świętem grami i zabawami urządzanymi wedle rozrywki i rekreacji dla uczniów na błoniach, zresztą był to dzień jak co dzień, tylko troszkę więcej nauki. Przecież nauczyciel nie uwierzy, że tak zachwyciła się dokładnością wycięcia dyni strasznej twarzy, że zapomniała przygotować się z tematu zadanego tydzień temu, ani że napisała pracę, tylko jej Irytek podarł. W przypadku brata Hale może to się sprawdzało, bo był to człowiek bardzo przekonywujący i czarujący wszystkich dookoła szarmancją, ale jej, która od pierwszej klasy nie zapomniała choćby rolki pergaminu z dormitorium, po prostu nie wypadało wybijać się z formy. Wybijać się jak ten palec.
Florean
[Na blogach teraz wszyscy mają być młodzi, piękni i wspaniali, żeby było fajnie. A przecież każdy ma swoje wady. Na Hogwartach każdy ma też inne wyobrażenie danego bohatera, więc jest trudniej, a niektórzy w ogóle nie patrzą na to, jak dany bohater był opisywany tylko biorą pierwsze lepsze zdjęcie, szkoda. Tak sobie rozmawiamy, a może masz ochotę na wątek? ;)]
OdpowiedzUsuńJames
[ Mhm, wszystko ustalone. Chce Ci się zacząć, czy to będzie moje zadanie? ]
OdpowiedzUsuń[Twoja opinia uraziła dawną autorkę Lily. Niedobrze.
OdpowiedzUsuńDziękuję, nie chciałam, żeby była zbyt wyidealizowana i wręcz nierealna (bo zwykle tak ją na blogach przedstawiają).]
L.Evans