Maggie Harrow
Margaret Emily Harrow, lat siedemnaście, klasa siódma, Puchonka, mugolaczka, patronus zaczyna przypominać kota, boginem ciemność, różdżka długości dziewięciu cali, wierzba, włókno z pachwiny nietoperza, właścicielka czarnego kota o imieniu Faramir, mała, chuda, piegowata, wielkie, zielone oczy, jasne włosy, krzywe nogi, szeroki uśmiech, miłość do smoków i każdego rodzaju zwierząt, książki, książki, książki, mugolska muzyka, brak ojca, emocjonalny dystans, głowa w chmurach, niezdarność, dużo chęci, nagromadzenie sprzeczności, wszystko pozory.
Zdjęcie - tumblr.
Cytat - Søren Kierkegaard.
[ dzień dobry]
OdpowiedzUsuńSophia
[ Witam się ładnie :)]
OdpowiedzUsuńIrina
[ To ja tak teraz zapytam, na wątek chęć jest?]
OdpowiedzUsuńIrina
[Cóż..pomysłodajnia czas start :)
OdpowiedzUsuń1. Mogą mieć razem zajęcia załóżmy z eliksirów czy zielarstwa i tak się złoży, że będą ze sobą w parze. Można założyć, że wtedy już się będą znały.
2. Opcja druga jest prosta: Będąc w bibliotece obydwie sięgnął po tą same książkę i będzie jakaś kłótnia, albo zabawna sytuacja jak tam wolisz.
3. Znają się, lubią się, jednak doskonale wiedzą, że rodzina Iriny nie lubi Maggie, z powodu jej statusu krwi, i tak dalej...może wspólne wyjście do Hogsmeade, lub wypad na błonia]
Irina
[Moja piękność :D No hej, miśku <3
OdpowiedzUsuńWątek zaaacznę, nie bój żaby :D]
Sebastien
[Ja również witam :> Wyszedłby nam wątek?]
OdpowiedzUsuńFlorean Hale
[Cholibka, Maggie ma wszystko, co potrzebne, by Monty jej nie lubił :<]
OdpowiedzUsuńMonty
[Nie źle, ale może wolisz coś pozytywnego :D]
OdpowiedzUsuńMonty
[Maggie musiałaby mu naprawdę czymś zaimponować :D Oby nie patronusem, bo to akurat działałoby na niekorzyść.]
OdpowiedzUsuńMonty
[No to uroczo! Maggie jest śliczna, o rany.]
OdpowiedzUsuńJohn
[Ta emotka nie jest urocza, wraz z :) przeszła na ciemną stronę mocy i postawiona na końcu zdania brzmi niefajnie.
OdpowiedzUsuńUroczy wątek zawsze! Jakiś pomysł?]
John
[Hmm... Trudne pytanie. On z reguły zachowuje się tak, jakby wszystko widział, słyszał i wąchał. Ale gdyby Maggie wykazała się znajomością jakiegoś czasopisma naukowego, które on akurat przeglądał, z pewnością spojrzałby na nią łaskawszym okiem.]
OdpowiedzUsuńMonty
[Dżony może oddawać jej cukierki, które hurtowo dostaje od rodziców, a ich nie znosi. Cuksów w sensie. I kota uratuje, a jakże, bo kocha koty, ale one go drapią. :C]
OdpowiedzUsuńJohn
[Cześć! :D Będę taka oryginalna, zachwycę się zdjęciem, bo na nic innego mnie nie stać, siedzę nad niemieckimi słówkami. ;_;]
OdpowiedzUsuńDaniel
[Monty lubuje się w Eliksirach i Transmutacji, więc któreś z tych :D]
OdpowiedzUsuńMonty
[Joł ziom.]
OdpowiedzUsuń[Jak masz pomysł to wszystko możesz.]
OdpowiedzUsuń[Życie najlepiej. A tak serio - wiesz, że ja się nie nadaję do myślenia.]
OdpowiedzUsuń[Byłoby.
OdpowiedzUsuńZaczniesz?]
[Ja generalnie uważam, że nie sensu się nie lubić, bo jeśli wątek ma być dłuższy niż na kilka komentarzy, to i tak w końcu polubić się będzie trzeba. Mogą tolerować swoją obecność, ale tak naprawdę mieć sobie nawzajem za złe, że się poprztykali. A spotykać się muszą, bo mają tych samych znajomych na przykład.]
OdpowiedzUsuń[Gejowska kocia miłość. XD
OdpowiedzUsuńNie no, Cyryl jest przykładem kota hejtera, który nawet Daniela nie lubi, soł... Koty mogłyby się poprztykać, narobić rabanu, Maggie próbuje ratować sytuację, bo wszystkich nagle interesuje koci boks zawodowy, a Dan taki 'jezu, kobieto, nie truj' stoi sobie z założonymi rękami, czy co... O, wziąłby je wyrzucił na zewnątrz Leviosą, żeby może się rozłączyły w locie, ale wtedy jeszcze gorzej...
Robię rozróbę, przepraszam. ;-;]
Daniel
[Niech się znają. Lepiej nawet - niech ich rodzice się przyjaźnią. Jako, że widywałyby się regularnie od dziecka, Florean do tej jednej mugolaczki mogłaby się w miarę przekonać, ale wiecznie by ją straszyła, na przykład jakimiś starymi klątwami, które z założenia miałyby nie działać. Maggie godziłaby się na towarzystwo Ślizgonki i jakoś dałaby się jej wyciągnąć w nocy do pustej klasy, gdzie zaczęłyby się dziać dziwne rzeczy, związane z wiekowym zaklęciem.
OdpowiedzUsuńNie wiem, staram się wpleść trochę akcji.]
Florean Hale
[Skupiłam się na lękach Maggie i nie spojrzałam, co z jej ojcem. Wcześniej myślałam też, czy nie mogłyby być jakąś piątą wodą po kisielu, ich mamy zakumplowały się na jakimś weselu, bo matka Florean to nie taka bryła lodu, samotna matka z dzieckiem na pewno by ją przejęły.
OdpowiedzUsuńKombinuję jak mogę, serio!]
[To ja tu siedzę i przeżywam jaka panna od Maggie ładna, a Ty mi komplementujesz!]
OdpowiedzUsuńDewey
[Cześć :) Byłabyś chętna na wątek? Bo wpadłam na pomysł, aby w dniu, kiedy Cleo przybywa do Hogwartu, taka Maggie bierze ją pod skrzydła jako dobra, starsza koleżanka, a następnie Cleo nie umie się od Maggie odczepić? :>]
OdpowiedzUsuńCleo
[Niee, niech ona mu się nie oświadcza, bo się będzie bał odmówić i Maggie skazana będzie na takiego Dżonego.]
OdpowiedzUsuńJohn
[DŻONY BOGIEM SEKSU HAHAHAHHAAHAHAHAHAAHAHAHAAHAHAHAHA.
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, ale to jakby nazwać Hagrida chudzielcem. Nie pasi. Hahaha.
<3]
John
[Nie wyobrażam sobie Higginsa w takiej sytuacji. Poza tym zawsze tworzę aseksów, HA! Więc nawet taka ślicznotka jak Maggie go nie skusi :C Ale cuksami się wymieniać mogą, co.]
OdpowiedzUsuńJohn
[Ale ja wymyśliiiiłaaaaam.]
OdpowiedzUsuńJohn
[Ale ten pomnik ma być ładny. Trwalszy od spiżu, że się tak wyrażę, wciąż załamana swoim poziomem nieznajomości łacińskich sentencji, a z których dziś miałam kolosa.
OdpowiedzUsuńZarzucisz jakąś sytuacją? Bo ja ta z samą ideą cuksów nie umiem :<]
[Jesienna plucha, Hogsmead, kremowe piwo i babskie pogaduchy. A coś bardziej krejzi wyczarujemy w trakcie :D]
OdpowiedzUsuńCleo
[Ale on nienawidzi słodyczy i dlatego oddaje je Maggie ;_;]
OdpowiedzUsuńJohn
[Tak jakby nie widzę innej opcji ;P]
OdpowiedzUsuńCleo
[Rozumiem. Współczuję. Łączę się w bólu. Nie ma pośpiechu. Czekam bardzo grzecznie. Do jutra! :)]
OdpowiedzUsuńCleo
[Trochę kombinowania było, ale w końcu coś mamy. Niech idą już wywoływać te duchy, czy coś, niech będzie noc przed Halloween, żeby było tak mrocznie, wow.]
OdpowiedzUsuńFlorean
Wszyscy dziczeli z wiekiem i Maggie nie powinna czuć się inna. Przecież nie można na całe życie zostać z mentalnością jedenastolatka, zwłaszcza, że świat wokół nad ma to do siebie, iż wybitnie lubi kopać w dupę tych, którzy teoretycznie niczym sobie nie zasłużyli. Casey też zdziczał i miał tego bolesną świadomość. Szczerze powiedziawszy to wolałby zachować swój dawny przygłupiasty urok, a nie zmieniać się w Morgana, który samą miną odstraszał wszystkich wokół i w ogóle to kijem nie tykać, bo palce poodgryza.
OdpowiedzUsuńW sumie to nigdy się nie zastanawiał, jak to się zaczęło, z nim i z nią. Byli w tym samym domu, na tym samym roku, a ona okazała się jedną z naprawdę niewielu Puchonek, które nie chodziły zahukane jak sowy i miały choć trochę poczucia humoru. Bo w ogóle to te czarodzieje jakieś takie... Inne były. Casey, przyzwyczajony do mugoli, w ogóle na początku nie potrafił się odnaleźć w Hogwarcie, choć nikt przed nim nigdy nie ukrywał, że masz, synu, moc. Miał to miał, a w międzyczasie siedział w tej samej piaskownicy z mugolami i wkładał mugolskim dziewczynom dżdżownice za kołnierze. To były czasy.
Ale nie, on nie chciał zalatywać Werterem, choć gościa czytał z czystej ciekawości. Nie był sentymentalną bestią, nie podniecał się naturą, w wieku piętnastu lat stwierdził, że nie lubi dzieci, bo to małe diabły w ludzkiej skórze, a w ogóle to miłość jest do dupy, ale przecież nie strzeli sobie z tego powodu w łeb. Bo właśnie wtedy Maggie zdziczała bardziej niż ktokolwiek więcej. Prawda, Morgan coś się tam orientował, że dziewczynom w tym wieku hormony szalały i w ogóle mogły czasem robić nie do końca łatwe w przyswojeniu rzeczy, ale żeby dać przykład aż tak skrajnej ignorancji? No bo on był człowiek rozumny i nie trzeba mu było dwa razy powtarzać spieprzaj Morgan, nawet jeśli Maggie nigdy nie powiedziała tego wprost. Nie był taki głupi na jakiego wyglądał. Umiał czytać między wierszami, a ona wyraźnie tam napisała odwal się.
To się odwalił. I byłby gotów o wszystkim zapomnieć, zachowywać się jak gdyby nigdy nic, gdyby tylko ona wykazała choć trochę dobrych chęci. Ale nie wykazała, nigdy. Musieli się ze sobą spotykać, bo mieli tych samych znajomych - pięć lat w tym samym towarzystwie zrobiło swoje. Najwyraźniej Morgan nie był już taki fajny jak mu się wydawało. Nie zamierzał z tego powodu płakać i wysyłać po skrzata domowego po pistolety do przyjaciela, ale był cholernie pamiętliwą bestią.
- Do mnie mówisz? - zapytał z tak udawanym zdziwieniem, że aż było widać. Dla lepszego efektu jeszcze rozglądnął się wokół. - Od kiedy to Morgan przestał być powietrzem? Coś mi umknęło?
No, ten tego, wspomniałam już, że pamiętliwy był czy coś? Bo w sumie to naprawdę dawno nie mieli okazji do spotkania twarzą w twarz i szczerze, to Casey miał nadzieję, że zaraz do pomieszczenia wparuje reszta towarzystwa z całym zestawem do eksplodującego durnia.
[ Dziękuję! Chociaż to zasługa tej pani, że jest ładna, haha :D
OdpowiedzUsuńI skoro wpadłam, to nasunął mi się pomysł na wątek, jeśli masz chęć :) Maggie lubi zwierzęta, z kolei Mary nie potrafi dogadać się ze swoją wredną i nadpobudliwą sówką, która zawsze stawia opory, gdy się ją grzecznie prosi o dostarczenie listów. Może Mary kiedyś zobaczyłaby w sowiarni, jak Maggie "dogaduje się" z jej sową i postanowiłaby ją zagadnąć w związku z tym interesującym zjawiskiem? :) ]
Mary
[a chciałam zmienić zdjęcie :P
OdpowiedzUsuńto może jakiś wątek, pomysł? ;))]
[Też jesteś na filologii? *-*]
OdpowiedzUsuńNie miał pojęcia, co myśleli sobie jego rodzice podczas pakowania do torby wszystkich możliwych rodzajów łakoci. Cokolwiek by to nie było, na pewno wzmianka o upodobaniach własnego syna względem cukru nawet nie stała obok. Mama z tatą nie widzieli i nie rozumieli niemych znaków, żeby przestali faszerować go tym obrzydlistwem, odmowy Johna przy rodzinnym stole, kiedy pojawiały się na nim ciasta, traktowali jako chwilowy brak apetytu. Bo przecież ktoś tak słodki jak Johnny nie może nie jeść słodyczy, inaczej się rozpadnie na kawałki.
Z tego powodu, kiedy podczas śniadania sowa przyniosła kolejną paczkę o wspomnianej wyżej zawartości, zirytował się niezmiernie, wręcz w sposób nieprzystający przeciętnemu Puchasiowi. A że Higgins przeciętny nie był, mógł sobie rzucić cholerą, cisnąć pakunek do szkolnej torby i niczym burza udać się na pierwszą tego dnia lekcję, w myślach psiocząc na bezmózgość rodziców, swoją niedolę i życząc najgorszego temu, kto wymyślił cukierki.
Cały dzień był nabuzowany, bo łakocie grzechotały przy pakowaniu książek, a przez to co chwila sobie przypominał o własnej złości. Dlatego po zajęciach zdecydował się odnaleźć Maggie, gdyż to dziewczę zawsze łaskawie odbierało od niego nienawidzone rarytasy i do tego zaszczycało rozmową. Przynajmniej Johnny to tak odbierał, bo choć nie patrzył na dziewczęta w kategoriach partnerskich (na chłopców też nie, żeby nie było), to czuł się przy nich skrępowany i zawsze dziwił się, gdy zamienił z którąś więcej, niż dwa wyjąkane nerwowo słowa.
Tak leciał korytarzami, aż potykał się o własne kończyny. Na szczęście żadnemu złośliwcowi nie przyszło do głowy go popychać czy podstawiać nóg, toteż dość szybko odnalazł Puchonkę. Dysząc i charcząc jak stary żul podszedł do niej, oparł się jedną dłonią o ścianę i, zgięty wpół, wybełkotał:
– Mam... cukierki... yhh, yhh... Chcesz?... – Wdech, wydech. Splunąłby, ale przecież nie mógł, bo za dużo wszędzie tęczy i takich tam, a plwociny na pewno nie komponowałyby się ładnie z tymi słodziachnymi klimatami. Poczeka, aż nikt go nie będzie widział.
[ Mogę zacząć, to nie problem, ale też najprawdopodobniej jutro lub dziś w późnych godzinach nocnych, bo chwilowo po dość męczącym dniu może być z tym ciężko ;) ]
OdpowiedzUsuńMary
[Ja też! To jest nas dwie.]
OdpowiedzUsuńRuby
[jest jak mówisz, pewna siebie, pewna swojej inteligencji. jest prymuską, ale nie zadufaną w sobie, normalna dziewczyna. uczynna itd. :D więc takie relacje mi odpowiadają :P może jakies miejsce spotkania, sytuacja?]
OdpowiedzUsuńA bo ona sobie wolała. Woleć to sobie mogła, ten świat był tak skonstruowany, że dobre chęci schodziły na dalszy plan, jeśli się chciało jednego, mówiło drugie, a robiło trzecie. Tak właśnie czuł się Morgan, kiedy nie wiedział, o co jej właściwie chodzi. No bo naprawdę dziwnie się wtedy zachowywała. Tak z dnia na dzień, nagle się odwyrdło, nie, już cię nie chcę, zajmij się sobą i swoimi sprawami. To się zajął, ale żal pozostał. Bo lubił mieć wszystko jasno wyłożone, lubił rozumieć, czemu jest tak, a nie inaczej, a teraz ni w ząb nie rozumiał.
OdpowiedzUsuńTeoretycznie powinien się pogodzić z zaistniałą sytuacją - w końcu nazywał się Morgan, a Morganowie się nie przywiązują. Przynajmniej tak mówił mu ojciec, zanim zszedł z tego świata, świeć Panie nad jego duszą, gdziekolwiek się teraz szlaja. Jednak teoria to jedno, a praktyka to drugie. Bo w praktyce ten Morgan był trochę inny od reszty pierniczniętej rodzinki, inaczej trochę postrzegał świat, więcej wyższych uczuć od biedy potrafił z siebie wykrzesać i nie rozumiał durnej obawy, że on może odtrącić. Nawet gdyby, to zawsze byłby powód. A tak to? On został bez powodu. Gówno wiedział, a chciał wiedzieć wszystko. Nie, po prostu nie mógł takiej zniewagi zapomnieć w tej chwili, w której nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, dało się jakoś go zauważyć i wydusić z siebie nawet to głupie cześć, w którym doszukiwał się podtekstu.
Tak więc tęsknić to sobie teraz mogła, ale jak narobiła pasztetu, to musiała zawołać jakiś lądolód, żeby go szybko przemielił. Choć nie, w sumie to wszystko zależało od tego, jakby Morganowi aktualnie zawiało. Bo mógł mieć dobry humor, a mógł mieć zły. Bo serio poczuł się dotknięty, choć to kurnać niemęskie jest. Ale przecież nie będzie mówił o tym głośno, w końcu to już rok prawie minął.
Teraz chciała przepraszać. Teraz nagle zachciało jej się odzywać. Nie, mon amie, to tak nie działa. To nigdy tak nie działało.
- Mów do mnie jeszcze - odburknął tak ironicznie, że bardziej już chyba nie potrafił i zajął się konstruowaniem domku z kart na blacie ławki stojącej naprzeciw. Blat był krzywy i mu nie szło. A skąd miał karty to sam nie wiedział, zostały chyba po ostatniej grze w kuku, jak ciągle przegrywał i nażarł się tak dużo fasolek wszystkich smaków, że potem rzygał jak kot. - To może ci uwierzę - dodał, a zabrzmiało mu to bardzo poetycko, że aż się sam zdziwił, że tak potrafi.
Coś go dzisiaj nic nie ruszało, chyba miał serce z kamienia, a może był po prostu gruboskórnym, zdziczałym bucem. Tak, chyba jednak to drugie.
Morgan
[Więc zacznę już jutro bo wymiękam :P zero polotu już dzisiaj ;(]
OdpowiedzUsuń[A dobry wieczór! Wątek? Pomysł? Czy mam sypnąć czymś z Nathanowego rękawa?]
OdpowiedzUsuńNathan
[Ja to bym się w tym wypadku pokusiła na jakąś przyjaźń, tak gdzieś od czwartej klasy, kiedy skumali się na zielarstwie. Nie wiem jak Ty, ale widzę to jako taką sielankową, trochę dziecinną cały czas relację, jakby nigdy nie przestali mieć tych 14 lat i nadal leżeli sobie na błoniach, każde ze swoją książką, którymi później się zamieniali, przesiadywali w bibliotece i ukradkiem skrobali sobie złośliwe rysuneczki na wypracowaniach, uczyli się razem, powtarzali formułki zaklęć, chodząc przy tym po sali i pukając się w głowę, coby lepiej zapamiętać. Może to trochę infantylne i niewinne, ale pasują mi na takich ludzi ładnie zgranych, hm? ]
OdpowiedzUsuńNathan
[To super! Mam zacząć, czy pokusisz się o ten wysiłek? ;)]
OdpowiedzUsuńNathan
Piździernik
OdpowiedzUsuńA właściwie koniec października. Nie zmieniało to jednak faktu, że energia Nathana, choć nigdy nie była na jakimś ekstremalnie wysokim poziomie, znacząco spadła. Po weekendzie u rodziny robił się dodatkowo gburowaty, musząc oglądać Isaaca. Isaaca idealnego, świętego, najmądrzejszego, najwspanialszego. Musiał przez dwa, ciągnące się jak kisiel, dni słuchać o jego pracy, o jego dziewczynie, zarobkach, mieszkaniu i paśmie sukcesów. Musiał znosić wymowne spojrzenia matki, mówiące...
Widzisz? Ucz się od niego. Ale i tak w ciebie nie wierzę
Z zagryzioną lekko dolną wargą przypominał sobie jak, słysząc kolejną historię brata, zaczynającą się od słów "Bo ja, mamo, to...", po prostu pogłaskał młodszą siostrę po głowie i wstał od stołu, dziękując za obiad. Resztę dnia przesiedział w swoim pokoju, który wydawał się mu tak paskudnie obcy, że miał wrażenie jakby już nie był jego. Tylko mała Isabel przyszła do niego, by przytulić się do nathanowego ramienia.
Opowiedz mi o szkole, braciszku
Nathan zacisnął zęby i oczy. Nie dlatego, że na wieży astronomicznej aktualnie wiało dość mocno mimo ładnej pogody, a dlatego, że bolał niesamowicie nad losem siostry. Gdy przebywał w domu, starał się robić wszystko, by Isabel nie czuła się inna, gorsza. Ojcu - mugolowi nawet było na rękę, że ma jedno "normalne" dziecko, ale przepełniona ambicją matka czarownica nie mogła znieść tego, że jedyna córka jest charłakiem.
Kocham cię, Nathan
Serce bolało go, gdy prosiła go o opowieści z Hogwartu o tych wszystkich cudownościach, które dla niego były codziennością, a dla niej niespełnionym marzeniem. Co wkurzało go jeszcze bardziej, to fakt że Isaac nic sobie nie robił z nieszczęścia siostry i opowiadał wszystko, nie zważając na siostrę, dzióbiącą smętnie obiad na talerzu.
I siedział tak na wieży astronomicznej, wiatr czochrał mu włosy, a książka, choć otwarta na konkretnej stronie i domagająca się wzroku Nathana, była nieruszona. Ciemne oczy utkwione były gdzieś w przestrzeni, gdy skupiał się na czymś zupełnie niezwiązanym ze szkołą. Aż wstyd było przyznać, ale w ciągu roku naprawdę niewiele myślał o sytuacji w domu, mając zbyt dużo na głowie. Przypominało się mu od wielkiego dzwonu i myślał o tym z tak wielką intensywnością, że nawet nie zauważył czyjejś obecności na wieży.
Nathan
Ocenianie całego rodzaju męskiego poprzez pryzmat jednej jedynej nieudanej jednostki było naprawdę bardzo ciekawym pomysłem, a przynajmniej do takiego wniosku doszedłby Morgan, gdyby dokładnie wiedział co i jak. I może nawet mógłby albo choć postarałby się zrozumieć. Niestety, rzecz się w tym świecie miała prosto, prawie jak z matematyką, której się swego czasu uczył w mugolskiej szkole i przeżywał przy tym katusze: nie wytłumaczysz, to zrozumieją tylko geniusze. A Morgan nigdy geniuszem nie był, nie dostał w spadku dobrych genów, choć w sumie już się przyzwyczaił, że co najpodlejsze, to jemu.
OdpowiedzUsuńLudzie się zmieniali, nie mógł temu zaprzeczyć. Nie mógł też wymagać, żeby Maggie zawsze była taka sama. Ale miał prawo do wyjaśnień i jeśli miał się takowych doczekać teraz, po tak długim czasie, to w sumie mogła sobie oszczędzić, bo szkoda, żeby niepotrzebnie gardło zdzierała.
Nie zamierzał uderzać w dramatyczny ton, nie zamierzał przepraszać za to, że żyje i nie zamierzał żądać tychże wspomnianych wyjaśnień, bo o ile jeszcze wcześniej mu na nich zależało, to teraz miał je centralnie głęboko gdzieś. Jasne, ciekawość pozostała, no bo dlaczego, jak, co, czy on tu zawinił, czy jest złym człowiekiem, z którym nie da się wytrzymać. Ale mógł się bez tego obejść.
Też by mógł rozpaczać, że nie ma ojca. Też mógłby gnoić samego siebie, że się do niczego nie nadawał, że w ogóle ręka noga mózg na ścianie. Tylko jaki to miało niby cel? Maggie nie była ze swoim nieszczęściem jedyna i choć Morgan też bywał hipokrytą, to zawsze łatwiej mu było dostrzec drzazgę w czyimś oku, niż belkę w swoim.
Niemniej, Maggie z pewnością wiedziała, od czego zacząć, bo już samo nazywanie Morgana po imieniu o czymś świadczyło. Na to trzeba było dostać specjalne zezwolenie, a ona swego czasu takie dostała. Tyle, że sama doprowadziła do tego, że straciło ważność, ups.
Rzucił przelotne spojrzenie w stronę drzwi, przy których stała dziewczyna. Wszystko zaczynało mu się układać w tym jego małym móżdżku - to był podstęp, bezczelny, chamski podstęp ukartowany przez tak zwanych przyjaciół, kumpli, jeden pies, których Morgan i Maggie mieli niestety wspólnych. Coś już parę razy słyszał, że wszyscy mają dość ich wzajemnych fochów, ale żeby tak od razu...
Podłość ludzka nie zna granic.
- I czego niby ode mnie oczekujesz? Że znowu dam się nabrać? - zapytał, ale teraz już zrezygnował z ociekania ironią, stawiając na spokojny, aczkolwiek ziejący chłodem ton. - Przykro mi, Morgan nie jest już taki głupi. A teraz uspokój się, bo prędko nas stąd nie wypuszczą - dodał, widząc, że dziewczynie wyraźnie zbierała się na płacz. Nie wnikał w to, czy miała w zwyczaju uderzać w ostatnią deskę ratunku czy nie - ważne, że nie miał ochoty na poczucie winy.
Nie był winny. Nie czuł się winny i nie zamierzał.
[Ty, a tak w ogóle, Maggie to skrót od pełnego imienia? Tak mnie to od początku ciekawiło.]
Nie no, ale tak serio - wcześniej nie mogła? Wcześniej się nie dało? Bo gdyby te przeprosiny, które teraz Maggie tak zawzięcie z siebie wyrzucała, gdyby pojawiły się nie w aż takiej odległości do faktu dokonanego, to może by wtedy coś zdziałały. Morgan, wbrew pozorom, potrafił być wyrozumiały. Potrafił też wybaczać, ale upływający czas robił swoje, bo nie zagoił ran, a tylko sprawił, że na chwilę przestały boleć. A w cholerę, w końcu był poważnym człowiekiem. Mama mu mówiła, że powinien się skupić na nauce, a nie na lataniu za dziewczynami. Jakby mogła, to by mu już dawno wdrożyła nauczanie indywidualne, ale nie mogła, bo była mugolką. No zdarza się.
OdpowiedzUsuńNie, Morgan nie chciał, żeby przez niego ktokolwiek z czegoś rezygnował. Nie zamierzał bawić się w unikanie - do tej pory jakoś się bez tego obchodzili, będąc w stanie ignorować obecność drugiego, to teraz mieliby nie dać rady? Jeszcze tego brakowało, żeby w prywatne porachunki mieszać resztę. Przecież ich to nie dotyczyło, aczkolwiek, rzeczywiście, mogli ruszyć trochę tymi pustymi łbami, zanim zablokowali drzwi. To naprawdę nie było przyjemne.
To naprawdę ciekawe, jak szybko Maggie oceniła Morgana. No bo przecież zrezygnowała z niego tylko i wyłącznie na własne życzenie, już z progu uznając, że on nie zrozumie niczego, że nawet nie ma co z nim gadać. Bo przecież to facet. Faceci gryzą. Zapomniała jednak chyba, że ten szczególny przypadek, dumny Casey Pierpont Morgan, nie lubił być jak inni i nie bawił się w stanie w równym szeregu. Zawsze najlepiej wychodziło mu łamanie szyku.
Mogła wtedy zrobić cokolwiek - nawet powiedzieć, że potrzebuje chwili spokoju, ale nie powiedziała nic, tak po prostu. Morgan nie lubił się przyznawać, że ma uczucia, ale fakt faktem, że poczuł się wtedy dotknięty. Do żywego. Choć w sumie też mógł inaczej to rozegrać, zamiast wzruszać ramionami i tak szybko się poddawać. Stało się, można by rzec. Było, nie minęło, wróciło.
- Mogłaś to zrobić wcześniej - stwierdził tylko, ale nie powiedział, że nie przyjął, bo w sumie to nawet mu na przeprosinach nie zależało. Bardziej nurtowało go pytanie dlaczego i w sumie to co mu szkodziło, żeby wykorzystać chwilę i wydusić z dziewczyny choć częściową odpowiedź. Zwłaszcza, że póki co to byli na siebie skazani, choć w duchu Morgan sobie mruczał, że jeszcze chwila i wysadzi te cholerne drzwi w powietrze, nieważne, czy go za to wywalą ze szkoły czy nie. - Jak to jest, z wami kobietami? Nudzą wam się jedne rękawiczki, patrz ja - zaczął, wskazując na siebie - to wybieracie sobie następne?
Serio, nie był teraz złośliwy. No może troszeczkę, ale zdecydowanie bardziej kierowała nim ciekawość.
[Pudło. :<]
Znajomość Florean z Maggie malowała się tak, że pierwsza nierzadko sprowadzała drugą na manowce swoimi głupimi pomysłami na spędzanie wolnego czasu. Przykładowo Hale nudziło się, więc postanawiała zrobić komuś krzywdę, albo na złość, albo cokolwiek, co wprowadziłoby do jej nudnego toku życia trochę akcji i przede wszystkim uciechy, przy czym ze szkodą dla kogoś, a Harrow biernie brała we wszystkim udział, bo nie miała nic lepszego do roboty, albo nie umiała znaleźć w sobie tyle asertywności, by zawrócić koleżankę na dobrą drogę. Kiedy miały dość swojego towarzystwa, ignorowały się nawzajem, robiły swoje, wykonywały szkolne obowiązki i generalnie były tylko koleżankami, które moż kiedyś znały się jak łyse konie, ale później coraz bardziej tylko pobieżnie i na "cześć, mam dla ciebie niespodziankę, która przerazi cię na śmierć". No, właśnie, bo Florean bardzo lubiła przerażenie w oczach Maggie i prawdę mówiąc, była to jedna z jej ulubionych zabaw, a celem jej był wyrzut na twarzy Puchonki.
OdpowiedzUsuńTak było aż do siódmej klasy, bo choć z Florean wyrosła całkiem poważna młoda kobieta, dalej było w niej coś z dziecka i nie tylko było to niewinne spojrzenie jedenastolatki, ale także zamiłowanie do wywoływania przy Maggie scen budzących grozę w nawet najtwardszych, zakrawających już prawie o czarną i nieznaną magię, która siała w sercu także Ślizgonki cień niepokoju i o wiele większy cień ekscytacji, bo przecież lewe przekręty po nocy były takie...fascynujące. I mogły stać się niebezpieczne, zwłaszcza, że w wigilię Halloween dziewczyna wykradła pewien tom z Działu Ksiąg Zakazanych, a z nimi nie łączyły się żadne żarty.
Oczywiście Florean była pewna, że poradziłaby sobie z prawdziwymi zaklęciami z tej tajemniczej księgi, ale przecież wcale nie chodziło o to, by naprawdę coś wywołać, ale aby zwiększyć strach towarzyszki samym tylko wspomnieniem, że robią coś niedozwolonego. Radowało się wredne serduszko, że może zrobić coś złośliwego jak nigdy. I oczywiście dziewczyna nie przemyślała swojego pomysłu zbyt dokładnie, zbyt zauroczona jego ogólną prezencją.
- Dobra, czekaj...- Florean pogrzebała chwilę w szkolnej torbie, aby znaleźć różdżkę i opasłe tomiszcze ze skórzaną prawie już przez czas zniszczoną czarną okładką. Zaraz wyciągnęła też świece, żeby wszystko aż do groteski przypominało mugolskie obrzędy przywoływania dusz z zaświatów. Ustawiła je w średniej wielkości okręgu na podłodze pod tablicą i kredą nakreśliła runy między świecami. Na wszelki wypadek nie zabezpieczała drzwi zaklęciem. Tylko w razie jakby co.
Weszła w obręb okręgu i usiadłszy w siadzie skrzyżnym, umieściła sobie księgę na kolanach i znalazła odpowiednią stronę.
- No chodź - zaprosiła stojącą gdzieś z boku Maggie. Aż zatarłaby ręce, ale jedną miała zajętą różdżką, poza tym zniszczyłoby to powagę sytuacji, jaką miała nadzieję, udało jej się zasiać.
[Czo ta czarownica Florean]
[Kto by nie uwielbiał – http://kothejter.pl/ :D]
OdpowiedzUsuńCyryl od zawsze był małą kopią Daniela, z tym wyjątkiem, że nie nosił czarnych ubrań – on był chodzącym czarnym ubraniem z żółtymi ślepiami, które mówiły wszystkim, że mogą mu lizać futro i stawiać ołtarzyki. Był stary i zgryźliwy, choć wiecznie żywy. Dan, odkąd pamiętał, straszył nim dzieciaki z podwórka, nosząc go jak szal od Chanel, chociaż gdyby Cyryl wiedział, że Higgins czasem o nim tak myśli, polewając nowe zadrapania zastraszającą ilością wody utlenionej, to pewnie już by się nie powstrzymywał przed pozbawianiem swojego właściciela oczu. Już i tak od kilku tygodni usilnie próbował z niego robić jakiegoś Rambo, drapiąc go po twarzy.
Kiedy Dan wrócił po lekcjach do dormitorium, na początku nie zauważył jego nieobecności, mimo że nic nie wczepiało mu się od drzwi w plecy ani nie warczało jak stary samochód. Dopiero po dwudziestu minutach coś zaczynało mu nie pasować, bo na łóżku było za wygodnie, nikt nie skrobał drewnianej ramy (albo skóry) domagając się drapania za uchem albo żarcia.
- Cyryl – burknął, bo to zazwyczaj działało i gdzieś w kącie pojawiał się kawałek czarnego, lśniącego futra. – Cyryl, ty mała łajzo…
Nie było go. Odetchnąłby z ulgą, gdyby nie to, że jednak wizja Ślizgów patroszących jego futrzaka trochę go martwiła. Nie żeby żywił w stosunku do niego inne uczucia niż zwykłe przywiązanie jak do elementu wystroju, ale gdyby jacyś frajerzy zrobili kocurowi krzywdę, to łamałby zawzięcie wszystkie nosy, póki nie poczuliby zemsty. Sam nie wierzył w to, że poszedł pchlarza szukać, ale bez durnego "kicikici", bo to uważał za pedalskie, jeszcze ktoś by go przyuważył i musiałby tegoż świadka wrzucić do składzika na miotły.
Cyryla usłyszał już kilka minut później, a właściwie miał wrażenie, że to on. Zażarte piski, rozdzierające uszy i inne atrakcje najprawdopodobniej słyszeli także Ślizgoni w lochach. Jak się okazało, czarny kocur postanowił bić się z jakimś Garfieldem lat siedemdziesiątych, co trochę Daniela uspokoiło, kiedy już przepchnął się brutalnie łokciami wśród niemałej widowni całego zdarzenia.
Jeśli chodziło o koci boks lub inne tego typu, krwawe lub nie, rozrywki, Cyryl przejawiał cechy prawdziwego Ruska – bił się do upadłego i zazwyczaj wygrywał, wpędzając Dana w kłopoty. Teraz jednak chciało mu się tylko śmiać, bo sytuacja była absurdalna. Nieźle spasiony kot odpierał ataki niosącego śmierć rywala, ale widocznie już słabnął. Higginsa przez moment rozpierała ogromna duma, że wytrenował takiego wojownika. Potem jednak wyraźnie zaniepokojone dziewczę próbowało je rozdzielić i oberwało dosyć mocno, w większości od pazurów Cyryla. Gdyby nie był sobą, to powiedziałby, że mu trochę głupio. Tylko trochę.
– Daj spokój – powiedział, podchodząc nieco bliżej niej, ale wciąż trzymał dystans, krzyżując ręce na piersi. – Któryś w końcu padnie.
Daniel Higgins – niezaprzeczalny mistrz pocieszania.
Najwyraźniej przepraszała z własnej woli, bo Morgan raczej jej do muru nie przypierał - właściwie to gdyby Maggie nie odezwała się jako pierwsza, to on by się zajął sobą i czekał na resztę, dalej nieświadomy całego podstępu. Wpychanie dwójki mających ze sobą na pieńku osób do jednego pomieszczenia zdecydowanie nie było dobrym pomysłem i Morgan już układał sobie w głowie, jak to się na nich zemści. A wracając do tematu - sama się do tego muru przyparła tak właściwie, bo swoimi pokrętnymi tłumaczeniami tylko podsycała jego ciekawość. No bo w sumie też sam przed sobą musiał przyznać, że właściwie to udawał, że go to nie obchodzi, ale tak naprawdę to od samego początku chciał wiedzieć, o co tak właściwie chodzi, tyle, że jak unikała go jak ognia, to jakoś wyobrażał sobie, jak to rozegrać, ale jak zwykle czegoś zabrakło. Odwagi, ochoty, powodu. Wszystkiego po trochu.
OdpowiedzUsuńNie potrzebowała takich przyjaciół. Szczerze to Morgan, choć wciąż wściekły, widział ich dobrą wolę. Mama mówiła, żeby zawsze widzieć coś dobrego w ludziach, no chyba że to Amerykanie, w nich podobno nie ma nic dobrego, bo są dziwni. Tak więc widział ich dobrą wolę, widział, że chcieli jakoś to wszystko zakończyć, bo w sumie ile można wytrzymać dwie osoby w kiedyś zgranej paczce, które teraz tylko wymieniają się spojrzeniami. Skoro Maggie nie potrzebowała takich przyjaciół, to jakich potrzebowała? Bo wychodziło na to, że na końcu nikogo nie potrzebowała.
Owszem, był niesprawiedliwy. Ale był również zły, trochę rozgoryczony, trochę się czuł skrzywdzony i trochę z jednej strony miał ochotę rzucić w cholerę całą swoją złością, ale z drugiej przecież był pamiętliwy.
- Teoretycznie to nigdy nie jest za późno - stwierdził, przenosząc w końcu wzrok na dziewczynę. Skoro tak bardzo chciała, żeby sobie popatrzyli w oczy, to proszę bardzo. - Aczkolwiek praktycznie jest siedemnasta trzydzieści, dwudziesty dziewiąty października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku i jednak spóźniłaś się o rok.
Podniósł się z miejsca, uznając, że najwyższy czas się rozstać, a więc zająć się drzwiami. Jednak wcześniej miał jeszcze coś do powiedzenia.
- Zrobiłaś mnie w bambuko, słoneczko. Najgorsze bambuko jakie w życiu widziałem.
Jeżeli chodzi o naukę, Nathan był jednym z tych osobników, którym cholernie zależy na dobrych ocenach, wkładają w to mnóstwo pracy i wysiłku, ale tak, by nikt nie widział, że się starają. Generalnie uchodził za spokojnego, oczytanego i wesołego chłopaka, ale miał w sobie też straszliwy upór, upodobanie dominacji i nutkę złośliwości. Przecież nikt nie jest idealny, prawda? O oceny nie martwił się zatem, choć był to jego ostatni rok.
OdpowiedzUsuńKażdy miał problemy z własnym ja, ale niewielu ludzi zdawało sobie z tego sprawę, a jeszcze mniejsza ilość cierpiała z tego powodu. Nathan był człowiekiem, który był w stanie pojąć poczucie zagubienia, bezsilności, chęci poprawy i wszechogarniającego smutku, którego oczywiście nie było po nikim widać na pierwszy rzut oka.
Jednak ich relacja była na tyle czysta i nieskomplikowana, że panujące między nimi zrozumienie od razu pozwalało na pojęcie, że nie wszystko jest w porządku. Czuł się, jakby podzielił się kiedyś z Maggie kawałkiem serducha i dzięki temu wiedział doskonale co czuje dziewczyna. A przynajmniej tak mu się wydawało.
On cały czas trwał niezrażony jej osobą, być może dlatego, że ich przyjaźń była z gatunku tych bezproblemowych, prostych i przyjemnych. Nie zdarzały się chore zawirowania, czy toksyczne wątki.
Nie wydawał się zaskoczony jej obecnością, choć nie sądził że przypadek zaprowadzi ją właśnie tutaj. Mimo szarych myśli, na jego ustach zagościł lekki uśmiech.
-Witaj śliczna- odparł, przeczesując palcami włosy. Uniósł lekko brwi w geście obojętności dla swojej fryzury i objął ją ramieniem.
-Też masz wrażenie, że wszystko szlag trafia?- spytał cicho, przez chwilę patrząc dość tępo przed siebie, po czym przeniósł spojrzenie czarnych oczu na przyjaciółkę. Zawsze patrzył jej w oczy. W tym wypadku nie miał nic do ukrycia, nie peszył się, ani nie obawiał wzroku.
Nathan
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńKażdy chyba marzył o zmądrzeniu. A przynajmniej nieustannie robił to Nathan, choć w całej szkole znalazłoby się niewiele osób, które miałby by go za głupiego. Wiedział, że sporo osób uważa go za inteligentnego, ale sam w to nie wierzył. Bo i jak wierzyć w jakiś fakt, skoro niemal od urodzenia wmawiano mu, że jest zupełnie inaczej?
OdpowiedzUsuńNiemal zawsze było tak, że Ci, którzy sprawiali wrażenie zupełnie zwyczajnych, radosnych jak zwykle, nosili w sercach największe bolączki. I Nathan doskonale wiedział, że jest to ten upierdliwy rodzaj bólu, który wisi nad duszą niczym kat. Niepokój, wżerający się w serca sprawiał, że powstawały na nich drobne rysy. Każda z nich łamała cierpliwość, wytrzymałość i samoakceptację. Pod tym względem, jak pod wieloma innymi, Nathan i Maggie byli do siebie bardzo podobni.
Mimo, że nie do końca rozumiał kobiecą logikę postępowania, nie wiedział czemu ostatnio dziwnie się od siebie oddalili, to był na tyle nieporadny w kontaktach międzyludzkich, że czekał aż samo się naprawi. I teraz siedzieli sobie razem, jak dawniej, bo widocznie los tak chciał. A gdyby los nie zechciał? Czy Nathan zebrałby się w sobie i jako facet postanowił walczyć o utrzymanie znajomości? Sam nie wiedział, choć podejrzewał, że jego upierdliwość i chęć posiadania wszystkiego pod kontrolą nie pozwoliłyby mu tak po prostu pozwolić się zostawić.
Spojrzał na nią, unosząc lekko obie brwi, choć na jego twarzy nie widniało zaskoczenie. Tak szczerze, to nie zdziwiły go jej słowa. Myślał o sobie dokładnie to samo, choć nie bardzo potrafił to wyjaśnić. I na prawdę szukał w sobie siły, by być w końcu z kimś do końca szczerym. By móc powiedzieć, co myśli, jak się czuje, o co chce walczyć i co go boli. Ale jak to zwykle bywa; najprostsze słowa najbardziej nie chcą przejść przez gardło.
-Upośledzona?- powtórzył po niej, niby bezwiednie, choć poważnie zastanawiał się nad znaczeniem tego słowa.
-Nie no, wyglądasz całkiem normalnie- stwierdził po chwili, po krótkich oględzinach jej twarzy. Uśmiechnął się lekko pod nosem, ale zaraz spoważniał.
-Każdy popełnia jakieś błędy, słoneczko. I wcale nie trzeba ich naprawiać. Wystarczy się na nich uczyć- powiedział cicho, głaszcząc ją po głowie. Jako mistrz udzielania rad, sam oczywiście się do nich nie stosował i w uporze brnął dalej w absurd. Chciał naprawić świat wszystkim, zostawiając swój w rozsypce.
Nathan
[Nie nadałem mu tego imienia ze względu na Gilberta Blythe. ; >
OdpowiedzUsuńNo to zachęcam do tego wątku.]
[Gdzie tam, nawet o tym nie myślałem. Zresztą Anię czytałem tylko dlatego, że to lektura w podstawówce.
OdpowiedzUsuńMoże być wątek pełen akcji, może być spokojniejszy, byle był chociaż trochę interesujący. Pomoglem? ; D]
[Witam, witam ;)
OdpowiedzUsuńMoże ochota na wątek się znajdzie? ]
Rea
[Ojej dziękuję bardzo! Osobiście to uwielbiam to imię. Swoją drogą, chyba masz postać na degrassi i chyba chcę przejąć postać starszego brata :3 Ale to tak swoją drogą. Może jakieś powiązanie sklecimy? I wątek koniecznie?] Mallu
OdpowiedzUsuń[Możemy zrobić tak, że w czasach 1-3 klasa się przyjaźnili i to mocno. Potem, jakoże Mallu chciał być kimś a przyjaźń z Puchonką wcale nie pomagała odsunął się od niej, a nawet zrobił się całkiem nieprzyjemny. Choć w głębi serduszka nadal dziewczynę uwielbia. Możemy tak jakoś pokombinować, żeby nie było za prosto :3]
OdpowiedzUsuń[Może oboje będą mieli jakiś dyżur przy hipogryfach (załóżmy, że były sobie z trzy na terenie Hogwartu), albo kurcze... sama nie wiem. Tylko błagam błagam nie chcę zaczynać!]
OdpowiedzUsuń[A podziękuję w imieniu pana na zdjęciu i kota. :3 Widzę, że Maggie też ma swojego, takie z niego trochę przeciwieństwo Afrodyty. :)]
OdpowiedzUsuńRafael
[Jasne, że uprosisz.
OdpowiedzUsuńNie sądzisz, że byłaby z nich urocza parka? Wprawdzie różnica klas, a więc i wieku, ale Kyllen przecież taki urodziwy i w ogóle, że nawet siódmoklasistkom trudno się oprzeć. No i przy okazji ładna przykrywka dla mojego pedała.
Chyba, że już macie taki lub podobny wątek.]
Kyllen
[Co prawda, to prawda. :3 A co do avataru, to dziękuję raz jeszcze. :) Myślimy nad jakimś wątkiem?]
OdpowiedzUsuńRafael
[Poza urodziwą gębą Kyllen potrafi być czarujący, jak mu się zachce, a chce mu się rzadko. No ale... Im zawilej, tym weselej.
OdpowiedzUsuńZałóżmy więc, że zaczęli się zaznajamiać gdzieś w poprzedniej klasie i na początku tego roku Kyllenowi się faktycznie coś uwidziało i się realnie starał. Niby się chłopak strasznie pilnuje, ale coś, gdzieś, kiedyś mogło pójść nie tak i Maggie to zobaczyła. Raban być musiał, bo jakżeby inaczej, że dlaczego odstawiał szopkę i takie tam.
No ale, jak sama napisałaś, Maggie generalnie jednak go lubi, więc mogą być dobrymi znajomymi, którzy dla postronnych wyglądają jak urocza para, którą nie są i nie będą (proszę).
Zaczniesz? Miejsce i okoliczności są mi obojętne.]
Kyllen
[To cieszę się, że Jimmy dobry, a i rzeczywiście, jeszcze nie było, żeby Jimmy nie był fajny. Wątek? Pomysł?]
OdpowiedzUsuń[Nie będzie to nic zaskakującego, ale spróbuję. :)
OdpowiedzUsuńMaggie chce wypożyć jakąś konkretną książkę, a od bibliotekarki dowiaduje się, że jest tylko jeden jej egzemplarz i w tej chwili ma go Rafael. Jako że jest to Ślizgon (czyt. zły i nieprzyjazny Puchonom człowiek) dziewczyna postanawia poczekać, aż ten ją odda. Trwa to jednak bardzo długo, a Maggie przykładowo bardzo potrzebuje tej książki, więc musi wejść z Rafaelem w jakąś interakcję. Co o tym sądzisz?]
Rafael
Mallu spędzał już kolejną godzinę w bibliotece. Usilnie próbował rozpracowanie zadania z zielarstwa i skończyć to cholerne wypracowanie na temat wilkołaków. Nauka nie szła mu zbyt dobrze, a żeby dolać oliwy do ognia - kilka dni temu dostał list od swojego ukochanego ojczulka. Tatuś chwalił starszego brata Mallu "ah wiesz, Marcus pracuje teraz w Moskwie, ukończył studia blablabla" Zirytowany rzucił wszystkie notatki w diabły i zostawiając swoje rzeczy na stoliku wyszedł z biblioteki, trzaskając drzwiami.
OdpowiedzUsuńOparł się o drzwi i odetchnął głęboko. Wtedy jego oczom ukazała się drobna postać. Maggie. Uśmiechnął się na widok jej słodkiej osóbki. Mnóstwo wspomnień wróciło. Jak razem ślęczeli nad magicznymi księgami, jak ganiali po błoniach i zakradali się do Zakazanego Lasu, żeby zobaczyć testrale. Zabawne było to, że Mallu nie mógł ich zobaczyć. Nie wtedy, jeszcze nie wtedy.Sytuacja zmieniła się gdy był w trzeciej klasie. Widział wtedy śmierć swojego dziadka, który zmarł na zawał. Jego ojciec był szczęśliwy. W końcu przejął posadę w Ministerstwie Magii, a i skapnął mu do kieszeni spory majątek.
Mallu podążył za Puchonką, starając się być jak najciszej. Maggie, jako jedyna osoba na świecie, potrafiła wywołać uśmiech na jego buźce, którą swoją drogą uważała za przesłodką - Mallu nienawidził tego stwierdzenia. Tęsknił za nią strasznie mocno. Ale nie mógł utrzymać tego kontaktu. Nie mógł pozwolić sobie na słabości, na zadawanie się z Puchonką, na rozkojarzenie. Musiał być kimś, nie mógł zawieść swojej znienawidzonej rodziny - co jest dość paradoksalne.
Gdy dochodzili do Zakazanego Lasu, utrzymując sporawy dystans stracił ją z oczy. Podbiegł między drzewa i stanął w osłupieniu, widząc przed sobą stado tesrali.
Uśmiechnął się pod nosem i podszedł do nich spokojnie, ciągle zastanawiając się gdzie zniknęła Puchonka. Wyciągnął dłoń, chcąc dotknąć mrocznego olbrzyma. Przywitał się z nim w myślach i przymknął oczy.
Może to i lepiej, że zgubił Puchonkę? Przecież nie rozmawiał z nią... w zasadzie od paru lat, a przecież byli swego czasu najlepszymi przyjaciółmi. Co miałby jej powiedzieć? Przepraszam? Nie, to wystarczająco idiotyczne. Nie mógł jej przeprosić. To nie byłoby wystarczające na to, jak się zachował. Jak rozkapryszony bachor. Nienawidził siebie za to, że tak po prostu potrafił ranić drugiego człowieka. Tak usilnie nie chciał stać się ojcem, że coraz bardziej go przypominał.
Kumulacja złych emocji wzięła górę nad Mallu, a przecież powszechnie wiadomo, że to przecież emocjonalna kaleka. Niewiele myśląc, zacisnął pięść i uderzył w drzewo, rosnące tuż obok niego. Olbrzymi testral przestraszył się i zatrzepotał wielkimi skrzydłami. Mallu z bólem wyrysowanym na twarzy cofnął się od zwierzęcia, przygryzając wargę do krwi.
-Cholera - zaczął - choleracholeracholera!
Mogła więc wysławiać się trochę jaśniej i zamiast brać sięza pokrętne tłumaczenia i jeszcze bardziej pokrętne przeprosiny, rzucić prosto z mostu: nie patrz na mnie, nawet jak tego nie widzę, spadaj, nie chcę cię więcej znać. Morgan owszem, był uparty, jak dwa osły nawet, ale był też rozumny. On tylko wyglądał na takiego głupiego, a tak naprawdę to dwa razy mu nie trzeba było powtarzać. Należało tylko zrobić to jasno i konkretnie, bez pozostawiania żadnych wątpliwości.
OdpowiedzUsuńW sumie to naprawdę miał już ochotę odpuścić, bo jego celem nie było doprowadzanie nikogo do łez, a już na pewno nie chciał doprowadzić do tego Maggie. Co mógł poradzić, że za nieprzeciętną inteligencją szła u niego nieprzeciętna impulsywność? Wściekał się tak samo jak stary dziadek Morgan, który za byle głupotę potrafił wszystkich rozstawić po kątach za pomocą jednego zaklęcia. Dlatego też pod koniec jego życia wszyscy pilnowali, żeby tylko nie dostał do ręki różdżki.
Zaczynał rozumieć - domyślał się już, że Maggie nie chodziło o rozejm, chodziło jej o to, żeby w końcu mogła mieć spokojne sumienie i nie zawracać sobie dłużej głowy jakimś tam głupim Morganem, co to nic nie robił, tylko strzelał znaczącymi spojrzeniami na prawo i lewo. Wyrzucamy z głowy śmieci przed nadejściem zimy, nie? Zaczynał też dopuszczać do siebie myśl, że może jednak mu zależało, skoro jeszcze nie wyważył tych cholernych drzwi jednym a porządnym zaklęciem i sobie nie poszedł, zamiast ucinać sobie z dziewczyną pogawędki, które do niczego nie prowadziły.
Miał jednak jeszcze kilka pytań, bo wiedział, że jak teraz zaraz sobie pójdzie, to potem już mogą nigdy się nie dogadać. Był ciekawy. Tak po prostu.
- Uważasz, że za szybko się poddałem, nie?
Spoko, ja też tak uważam, ale przecież nie powiem tego głośno.
A pomyśleć, że Morgan zawsze uparcie twierdził, że nie jest pamiętliwą bestią. Że nie bawi się w sentymenty, że nie ma problemu z zapominaniem o tym co było. Jak widać - łatwo było mu mówi, a gdy już się stało, co się stało, to trochę trudniej przychodziło ogarnięcie wszystkiego i powiedzenie, że przecież nic się nie stało. Bo coś się stało. Dużo się stało. Za dużo.
OdpowiedzUsuńDopiero teraz dostrzegał swoje błędy. Był tylko człowiekiem, w dodatku niezbyt rozgarniętym, więc miał do nich prawo, a jednak zaczynały pojawiać się wątpliwości. Bo czy gdyby cokolwiek wtedy zrobił oprócz oczekiwania na nie wiadomo co, to coś by to zmieniało? Generalnie to Morgan głęboko wierzył, że jak coś ma być, to i tak będzie, więc nie ma co się z losem kłócić. Więc co by mu wtedy przyszło z pakowania nosa w nie swoje sprawy, kiedy Maggie wyraźnie swoim zachowaniem pokazywała, że nie ma w nich dla niego miejsca. Do tej pory jeszcze nie wyszedł źle nie nie pakowaniu się w nie swoje sprawy.
Ciężko byłoby w tej chwili Morganowi uwierzyć, że jednak nie jest tylko wrzodem na tyłku, którego się trzeba pozbyć, bo jak nie, to ciągle będzie o sobie przypominał. Naprawdę, wciąż podejrzewał, że Maggie robiła to wszystko tylko i wyłącznie dla spokoju własnego sumienia, mając go daleko gdzieś, bo w sumie jeśli potrafiła go ignorować przez rok, to teraz by znów miała nie potrafić?
Mógł się zainteresować, ale odwracanie wzroku i uciekanie w tłum, byleby tylko nie zostać zauważoną, też nie było w porządku. Nawet jeśli trochę z tej całej winy spadało na Caseya, to Maggie i tak mogła poszczycić się jej większą częścią.
- Wcale nie próbowałem? - powtórzył z niedowierzaniem.
Mam wrażenie, że wcale nie próbowałeś.. Dokładnie tak powiedziała, nie przesłyszałeś się, chłopie.
- A kto ciągle uciekał? Kto nie reagował jak wrzeszczałem przez pół korytarza, żebyś zaczekała? Kto odwracał wzrok, kto wychodził z pokoju wspólnego, jak się w nim pojawiałem? Ja?
Był spokojny. Tak spokojny, że aż sam się sobie dziwił, bo teoretycznie powinien teraz rzucać się w ataku wściekłości. Złość ustąpiła miejsca zdziwieniu, oto odkrywał o sobie całkiem nowe fakty.
- Przepraszam, że nie urodziłem się jasnowidzem i nie wiedziałem, czego tak właściwie chcesz.
Morgan
Chłopak słysząc głos Maggie podskoczył jak porażony prądem. Po chwili odetchnął z ulgą. Może to dlatego, że właśnie znowu ją znalazł (chociaż to ona wyszła z krzaczorów, bóg jeden wie co tam robiła) albo po prostu dlatego, że w jego serduszko lekko zatrzepotało i dzięki temu odpłynęły okropne myśli dotyczące rodziny.
OdpowiedzUsuńGdy spojrzał dziewczynie w oczy, miał ochotę podbiec do niej, wziąć na ręce, wyściskać i potargać za włosy. Najchętniej już nigdy by jej nie puścił. Brakowało mu ich poważno-dziecięcych rozmów, wygłupów i gadolenia o różnych pierdolotach. Jakoże powszechnie wiadomo, że Mallu Maklović do osób które podążają za głosem serca nie należy - użył swojego pseudo racjonalnego myślenia i zatrzymał się w pół korku robiąc jakąś dziwną minę, coś na pograniczu z uśmiechem, a momentem rozpaczy na twarzy.
-Nie powinnaś wałęsać się sama po Zakazanym Lesie - warknął (a przecież sam robił dokładnie to samo). Ton jego wypowiedzi równał się z jakąś burzą na morzu. Kompletnie nieodpowiednią do sytuacji - i nie pouczaj mnie w sprawie testrali - syknął - z resztą, niby od kiedy możesz je widzieć?! - zapytał ironicznie i przysunął się do Puchonki przygryzając dość boleśnie dolną wargę.
Przesadził. Doskonale o tym wiedział, że przesadził. I zaczął żałować. Niemal od razu po skończeniu zdania. Zrzedła mu mina i odwrócił spojrzenie, wbijając je w olbrzymie zwierzęta, które dotrzymywały im towarzystwa
-Ja nie chciałem Maggie - szepnął - przepraszam, przepraszam cię za wszystko - burknął pod nosem i westchnął cichutko. Zmienność jego nastrojów była doprawdy irytująca. Zaczynał wkurzać sam siebie. Zachowywał się jak baba, w dodatku baba która jest podczas pierwszego stadium okresu. Pokręcił głową i parsknął śmiechem, słysząc swoje myśli. Ta cała sytuacja zrobiła się kompletnie niedorzeczna.
Podszedł bliżej Puchonki i capnął między palce, kosmyk jej włosów
-Urosły - stwierdził cicho, ale wcale nie miał zamiaru puścić jej włosów. Były miękkie i gładkie, dokładnie takie jakie zapamiętał.
Co właściwie mu zrobiła? Morgan zawsze chciał być samcem alfa. Zawsze chciał być taki jak ojciec, jak ideał, któremu nie potrafił dorównać. Chciał być pewien siebie, twardo stąpać po ziemi i nie bawić się w sentymenty. A tak naprawdę to Casey gubił się we własnych uczuciach, bo coś sobie kiedyś uroił - że może sobie znalazł bratnią duszę, bo przez pewną krótką chwilę uważał Maggie za kogoś takiego. I tylko dlatego poczuł się skrzywdzony - bo jednak się okazało, że za dużo sobie uroił w tym pustym łbie.
OdpowiedzUsuńMorgan, jaki ty jesteś głupi, to po prostu brak słów..
Chciał nie wiadomo czego, wyobrażał sobie nie wiadomo co, podczas gdy powinien dawno wiedzieć, że życie nie jest kolorowe i kopie po tyłku. A potem, zamiast użalać się nad tym co było i minęło, trzeba się podnieść i iść dalej. Miał mentalność upośledzonego emocjonalnie dzieciaka. W ogóle to nawet nim był.
Widział łzy w jej oczach - już nie raz widział, jak ktoś płakał, bo Morgan był w pobliżu. Bo Morgan coś zrobił. Bo on ciągle coś robił, wystarczyło, że wszedł do jakiegoś pomieszczenia, a już wszystko się waliło i paliło. Przez chwilę miał ochotę podejść do dziewczyny, położyć dłoń na jej ramieniu, spojrzeć w oczy i powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Przez chwilę.
- Ja nie zostawiam bez powodu - wydusił z siebie w końcu, wciąż nie pojmując, jak Maggie w ogóle mogła go o takie coś podejrzewać. - Tak samo jak nie jestem tępym chamem z wrażliwością godną góry lodowej.
Zapadła cisza, podczas której Casey usłyszał ciche poruszenie przy drzwiach, co mogło oznaczać, że najprawdopodobniej zostały otworzone przez sterczącą pod nimi bandę debili. Mógł teraz spokojnie wyjść, bo w sumie wiedział, że Maggie nie powie mu niczego więcej, o czym by już nie wiedział. To co, dzisiaj się rozejdziemy, dzisiaj się rozstaniemy?
A powiesz mi chociaż cześć, spierdalaj z mojego życia?
[Rzucamy akcję w inną sytuację? Bo, szczerze powiedziawszy, to najwyższy czas, żeby dać Morganowi szansę zrozumieć swoje błędy czy cuś. ;P]
Morgan już by wolał oglądać Maggie jako słabego tchórza, ale przynajmniej takiego słabego tchórza, który nie ocenia każdego kolejnego człowieka przez pryzmat tych, którzy kiedyś spierniczyli sprawę. Ciągłe wybieganie myślami w przyszłość i zamartwianie się o to, co będzie, jeśli połączone z ciągłą asekuracją stanowiło najgorsze połączenie, jakie Morgan tylko potrafił sobie wyobrazić. Nawet jeśli okazałby się skończonym dupkiem, któremu nagle też by się odwidziało, to przed tym byłoby dobrze. On potrafił sprawić, żeby było dobrze, jeśli mu zależało i jeśli naprawdę chciał. A Maggie odtrącała od siebie każdą szansę na choćby chwilę szczęścia, bo bała się, że potem będzie nieszczęśliwa. Po burzy zawsze pojawia się słońce, po chudych latach są lata tłuste i tego typu pierdoły. Morgan nie rozumiał, jak można aż tak dać zmanipulować się strachowi. Też bał się wielu rzeczy, ale jakoś sobie z nimi radził. I Maggie też by mogła, był tego pewien.
OdpowiedzUsuńMoże zrozumiałby więcej, gdyby siedział w jej głowie, gdyby przeżył to, co ona i gdyby ogółem nie próbował wszystkiego brać na logikę, jakby świat był tylko czarny albo biały, bez odcieni szarości.
Nie do tego dążył. Nie do tego chciał doprowadzić. Nie taki był jego cel, a zachowanie dziewczyny tylko utwierdziło go w przekonaniu, że niepotrzebnie w ogóle drążył ten temat. Mógł dać jej spokój, w końcu chciała mieć spokojne sumienie, prawda?
Nie zatrzymywał jej - chciała uciec, to droga wolna. Sama musiała zrozumieć, że uciekanie od problemu nigdy go nie rozwiązuje, nie czuł się na tyle kompetentny, by rościć sobie prawa do wtłukiwania tego komukolwiek do głowy.
Na początku miał ochotę pozabijać albo przynajmniej zrobić krzywdę swoim genialnym kumplom, którzy naprawdę czasem mogliby użyć mózgów, skoro już Bozia im je dała, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Zamiast tego po prostu strzelił wielkopańskiego focha i przestał się do nich odzywać, uznając, że nie ma na to ochoty.
Wciąż widywał Maggie - a ona wciąż odwracała wzrok, za każdym razem, gdy go widziała, chociaż on nie pozostawał lepszy, bo złapał się na tym, że nie raz od pechowych wydarzeń w pustej sali wiele razy miał sposobność, żeby po prostu powiedzieć cześć, co u ciebie i zacząć wdrażać w życie plan naprawczy, który po trochu sobie poukładał. W myślach jakoś to wszystko było łatwiej przekuć w czyny.
Znudził mu się ten chłodny dystans, jaki pomiędzy sobą utworzyli. Oczywiście wiedział, że nawet jeśli oboje byliby gotowy puścić poprzednie wydarzenia w niepamięć, to i tak nic nie byłoby już takie same, ale jednak. Był gotów spróbować, problem w tym, że nie potrafił zmusić się do pierwszego kroku, bo ciągle wydawało mu się, że Maggie patrzy na niego jak na intruza. Że był intruzem, bo pchał się tam, gdzie niekoniecznie go chcieli.
Nienazwana wojna Ślizgonów z przedstawicielami innych domów, a zwłaszcza Gryffindoru, trwała zapewne od początków istnienia Hogwartu i nikt nie potrafił nic z tym zrobić. Rafael nigdy nie miał w zwyczaju ot tak nienawidzić ludzi, ale był za to podatny na wpływy, a te w Slytherinie były bardzo silne i działały niemal na każdego. Sześć lat w takim, a nie innym, towarzystwie sprawiło, że chłopak niezbyt przychylnie traktował całą nieślizgońską część szkoły, a zwłaszcza tę o nieczystej krwi. Nie zależało mu na dużej grupie znajomych, więc ci z jego domu w zupełności mu wystarczali. Nie znał z tego względu większości uczniów, ale nieszczególnie mu to przeszkadzało, bo i czemu miałoby.
OdpowiedzUsuńWspólne posiłki w Wielkiej Sali nie były czymś, za czym Rafael przepadał. Dużo ludzi, hałas, tłok, ciągłe głośne rozmowy i śmiechy, jakby samo jedzenie niewiele w tym wszystkim znaczyło. Owszem, sam niekiedy też dyskutował ze swoimi znajomymi, ale mimo wszystko cenił sobie ciszę i spokój.
Dzisiejszego dnia brakowało mu jej szczególnie, toteż postanowił, że zamiast iść z resztą do Pokoju Wspólnego, gdzieś się jeszcze powłóczy. I zanim zdążył wymyślić gdzie, zaczepiła go jakaś... Puchonka.
Kilku innych Ślizgonów zatrzymało się w pobliżu, widząc tę scenę, a na ich twarzach pojawiły się złośliwe uśmiechy.
- Jak bardzo ci zależy? - spytał Rafael, unosząc brew i rzucając przelotne spojrzenie tamtym, którzy na ten gest cicho się zaśmiali.
Rafael
[Nie no, spoko, tylko... która opcja Tobie pasuje najbardziej? ; D W sensie, co najbardziej byś chciała w tym wątku mieć.]
OdpowiedzUsuń