Casey P. Morgan, urodzony w Belfaście 15 kwietnia 1959, ostatnia klasa w Hufflepuffie, a patronusa wciąż nie umie i za bardzo boi się własnego bogina, żeby o nim głośno gadać; różdżka po tatusiu, 9 cali, drzewo różane, włos z ogona testrala; ścigający i kapitan drużyny; półkrwi (i półmózgu)
— Co takiego zrobiłem, że tak pana
zezłościłem? — spytałem. — To znaczy nie teraz, tylko przedtem.
— Woda dochodzi już do mostka — powiedział.
— Mimo to chciałbym wiedzieć.
— Te przeklęte pół korony, które mi pan
rzucił.
Wybałuszyłem na niego oczy. Sądziłem, że
chodzi mu o to, iż dając mu napiwek, potraktowałem go jak kogoś gorszego od
siebie.
— Przepraszam — wyjąkałem. — Nie pomyślałem.
— Jak jasna cholera, że pan nie pomyślał.
Ale teraz na jedno wychodzi… pan ze swoimi milionami, ja ze swoją półkoronówką,
jedziemy na tym samym wózku.
B. Bainbridge "Każdy troszczy się o siebie"
[Heeeej.]
OdpowiedzUsuńMaggie
[ dzień dobry]
OdpowiedzUsuńSophia
[Mogę wącisz? :c]
OdpowiedzUsuńMaggie
[Koledzy z domu, koledzy z drużyny. Wątek musi być? :)]
OdpowiedzUsuńCleo
[ Witam witam i o wątek pytam XD]
OdpowiedzUsuńIrina
[Są w jednym domu, w jednej klasie, to się na peeeewno znają. Pytanie, co ich łączy. Albo dzieli. Jak kto woli.]
OdpowiedzUsuń[Dobra. Życie.
OdpowiedzUsuńCo Ty na to, że jako szczyle się sobą zauroczyli? Mając po 14-15 lat. Pierwszy pocałunek i te sprawy, a potem się rypło.]
[Okej, ale na jakim etapie znajomości jesteśmy? Nie rozmawiają, rozmawiają? Lubią się, nie lubią?]
OdpowiedzUsuń[Imię Cleo? O, tak, bo w ogóle Cleo ma być taka uroczo-urocza. Co powiesz na pewną klasykę - trening, przychodzą Ślizgoni, kłótnia, ba, nawet bójka kapitanów. Potem Ślizgoni odchodzą, a urocza Cleo zajmuje się swoim kolegą? Nic innego mi do głowy nie przychodzi :( A relacja... Robimy z nich przyjaciół czy znajomych z domu?]
OdpowiedzUsuńCleo
[Rozumiem. Rozpoczynanie od neutralnego gruntu może być ciekawe :) Rozpoczniesz? ;>]
OdpowiedzUsuńCleo
Gdyby ją zapytać, stwierdziłaby, że kiedyś była lepsza. Łatwiejsza w obejściu. Owszem, w pierwszej klasie może i była przestraszona, w końcu od zaledwie kilku tygodni wiedziała, że magia w ogóle istnieje, ale przynajmniej wtedy tak nie uciekała od ludzi. Wręcz przeciwnie, lgnęła do nich, chcąc jak najlepiej poznać ten magiczny świat, licząc na to, że ktoś ją do niego wprowadzi.
OdpowiedzUsuńNie to, żeby teraz była samotniczką. Nie ucieka z krzykiem jak tylko ktoś się do niej zbliży. Wręcz przeciwnie, nie tak trudno jest ją dostrzec w czyimkolwiek towarzystwie. Ale jest to tylko towarzystwo, wymienianie jałowych zdań, nic nie znaczących opinii, wyskoczenie na kremowe piwo albo czekoladę do Hogsmeade. Nie ma już sytuacji, żeby Maggie mogła z kimś szczerze porozmawiać, powiedzieć, czy coś ją gryzie, czy za czymś tęskni.
Trochę zdziczała z wiekiem, choć zwykle dzieje się to u ludzi w odwrotną stronę.
Caseya poznała na samym początku edukacji, kiedy jeszcze była normalniejsza. Lubiła go od samego początku. Potrafił ją rozśmieszyć, a humor był zawsze ważny w życiu Maggie. Początkowo tylko razem zgłębiali tajniki i zakamarki zamku i biblioteki, później gdzieś między tymi regałami z książkami doszło do pierwszych pocałunków i... Jakoś to było. W gruncie rzeczy, Maggie nigdy nie była taka szczęśliwa jak w tych chwilach, kiedy mogła z nim po prostu posiedzieć.
Ale zaczęła dziczeć i trochę wymknęło jej się to spod kontroli.
Najpierw jej mama zaczęła mieć problemy zdrowotne, później przez chwilę myślała, że odnalazła swojego ojca... O niczym Caseyowi nie mówiła, zapętliła się w tym wszystkim, znikała, nie tłumaczyła się, nie słuchała go, zbywała, mimo że nadal był dla niej najważniejszym człowiekiem na świecie, niemal na równi z mamą, która była jej jedyną rodziną.
A później się o to wszystko pokłócili i od tamtej pory słowa nie zamienili.
To nie było tak, że już go nie lubiła. Wręcz przeciwnie. Wciąż czuła przyjemne ciepło w brzuchu, kiedy był blisko, ale nie potrafił pokonać dystansu, który stworzyła. Udawała więc obojętną, ignorowała go jak mogła, bojąc się odrzucenia. Bo on na pewno jej nienawidził.
Tego piątkowego wieczora umówiła się z kilkoma Puchonami w pustej klasie. Mieli grać w szachy, eksplodującego durnia, czy co tam by kto sobie wymyślił. Ktoś miał przynieść nawet kremowe piwo.
Jednak, kiedy weszła do klasy, znalazła w niej tylko Caseya. Jego pewnie także zaprosili. Westchnęła cichutko.
- Cześć. - przywitała się spokojnie, siadając na jednej z ławek i obrzucając go ukradkowym spojrzeniem.
Maggie
Cleo Davies. Zdecydowanie niepozorne dziewczę o nieco za bardzo złożonym charakterze. Ciche i skromne, jednocześnie uparte i dumne, walczące o swoje przekonania, twardo stąpające po ziemi – o ile można tak powiedzieć o dziewczynie, która w wieku jedenastu lat dowiedziała się o magicznym pierwiastku w swojej krwi. O pierwiastku, który był niedostępny dla wszystkich jej krewnych, poza prapraprababką ze strony ojca. Nic dziwnego, że o kobiecie nikt już nie pamiętał, a Cleo była mugolaczką. Pierwiastek magicznej krwi był zdecydowanie zbyt mały, aby zrobić z niej czystokrwistą czarownicę, ale wcale się tego nie wstydziła. Nie lubiła jednak bycia określania szlamą. Nigdy.
OdpowiedzUsuńNiepozorne dziewczę dwa lata temu dostało się do drużyny Quidditcha, nie wierząc we własne szczęście. Cleo przyszła się pokazać, Cleo miała zaróżowione policzki przed wskoczeniem na miotłę, przed kilkoma rundami nad boiskiem. Cleo wpatrywała się w czubki wypastowanych butów i zastanawiała się, czy podoła. Czuła się szczęśliwa, kiedy wraz z innymi oczekiwała na listę przyjętych. Ale kiedy ktoś wyczytał jej nazwisko, niemal zemdlała, a potem zaczęła skakać ze szczęścia. Był to nowy etap dla Cleo. Stawała się nową osobą, znacznie pewniejszą siebie.
Teraz to treningi i mecze były wyznacznikami upływającego czasu. Silny wiatr we włosach, zmarznięte policzki, załzawione oczy – to wszystko było warte kilku minut, a może nawet kilku godzin w powietrzu. Nieraz palce przymarzały do trzonu miotły, kiedy szybowali zbyt długo, kiedy czekali na złapanie Złotego Znicza. I chociaż wiedziała, że nigdy nie będzie profesjonalnym graczem, bo w jej grze wyłapywano sporo niedociągnięć, to jednak czerpała z tego przyjemność. I nie musiała wiecznie ślęczeć nad nudnymi książkami.
Po wyczerpujących kilku godzinach eliksirów, wybiegła z zamczyska, kierując się w stronę stadionu. Mijała po drodze członków drużyny, którzy niespiesznie zmierzali do wyznaczonego miejsca. Co chwilę wgryzała się w soczyste jabłko, które porwała z Wielkiej Sali i krztusząc się pod samym stadionem, przed wejściem do szatni, musiała przystanąć i uregulować przyspieszony oddech.
Zaskoczona była widokiem graczy przeciwnej drużyny. Zaskoczona również była tym, że Morgan próbuje… Pisnęła, przysłaniając dłońmi usta, kiedy ich kochany kapitan zamachnął się na Ślizgona. Mierząc niespełna sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, nie mogła zbyt wiele zrobić, chociaż miała ochotę, aby rzucić się między tępe góry mięśni, a swojego znajomego. Odetchnęła z ulgą, kiedy kilku Puchonów próbowało opanować sytuację, a ona podbiegła do leżącego w błocie Casey’a.
- Nic ci nie… - urwała w połowie zdania, bo byłoby to pytanie zupełnie bezsensowne i na pewno nie pomogłoby chłopakowi. W niczym. – Chyba złamali ci nos, wiesz? – mruknęła, kiedy drżącymi palcami odgarnęła z czoła jego włosy i sięgnęła po różdżkę, z którą rozstawała się naprawdę rzadko. – Skrzydło szpitalne byłoby lepszym wyjściem, ale… Powinnam chociaż zatamować krwawienie – szeptała i mogłoby się zdawać, że mówi do siebie albo do kogoś, kto jest obok i doradza. A potem wykonała płynny ruch nadgarstkiem i wypowiedziała kilka cichych słów, skupiając się jedynie na nosie, aby Casey mógł swobodnie oddychać.
[Lubię każde długości. Ta jest taka w sam raz :)]
Cleo
[A więc, moze proponuję coś takiego, że Iri się w coś w pakuje, nie wiem jeszcze w co ale w coś, bo to taki talent do sprowadzania na siebie kłopotów, a poza tym ma zbyt miękkie serduszko aby odepchnąć napastników. Taka ciapa jednym słowem. I może kolega jej pomorze, nie jakiś tam od razu bohaterski czyn, ale wybawi ją jakoś z opresji. Można założyć, że już się znają, potem Iri będzie chciała mu się jakoś odwdzięczyć itp. CO ty na to?]
OdpowiedzUsuńIrina
[I....?]
Usuń[ Dzień dobry (albo raczej już dobry wieczór) :) Wydaje mi się, że kojarzę Twój nick z Czasu Hogwartu ;> ]
OdpowiedzUsuńMary
[A mi nikogo niestety nie przypomina. Szkoda, taka osoba byłaby ciekawym obiektem obserwacji ;>
OdpowiedzUsuńOstatnio oglądałam Wszystko za życie, więc podejrzewam, że na Twoim zdjęciu jest Hirsch, tak? ]
Ruby
[ Własnie wydaje mi się, że z tej ostatniej reaktywacji, bo tylko na niej byłam, miałam dziewczę o imieniu Brzoskwinia i kojarzy mi się dość niestereotypowy Puchon, chociaż nazwiska sobie nie przypomnę za Chiny niestety :3 chociaż mogę się mylić ]
OdpowiedzUsuńMary
[Byłby niczym męska wersja Matthews, gdyby nosił okulary. Polubiłabym bardziej.
OdpowiedzUsuńKorzystając z okazji, że Morgan jest z Hufflepuffu... co byś powiedziała na to, by był on właśnie tym Puchonem, do którego od trzech lat wzdycha Ruby? ;>]
Maggie zdecydowanie wolałaby nie dziczeć. Albo przynajmniej zdziczeć w trochę inny sposób. Casey przecież nie zachowywał się tak okropnie jak ona. Nie odtrącił jej, przez chwilę nawet się starał, kiedy go olewała. Mimo tej jego miny, wciąż mogła mieć pewność, że on się o nią troszczy, a ona to olała i dała mu powody jedynie swojej ignorancji. Do dziś miała wyrzuty sumienia, wystarczyło, że na niego patrzyła i nie mogła się przytulić jak dawniej. Ale on swoim zachowaniem jej niczego nie ułatwiał. Owszem, miał prawo mieć do niej żal i tak się do niej odnosić, tym bardziej, że od tamtej pory nie zrobiła żadnego kroku... Ale teraz się bała. Bała się, że się przed nim otworzy, a tym razem to on ją odtrąci.
OdpowiedzUsuńTęskniła za rozmowami z nim, przy nikim nie śmiała się tyle, co przy Caseyu, choć może nie rzucał dowcipami na prawo i lewo i nie chodził wiecznie uśmiechnięty. To pewnie była kwestia tego, że go tak bardzo lubiła i zawsze dobrze się przy nim czuła... Dlatego musiała to wszystko zepsuć, bo nie byłaby sobą, gdyby nie zepsuła, gdyby mogła być z kimś normalnie, przyznając otwarcie, że jej ZALEŻY.
Spojrzała na niego smutnym wzrokiem, słysząc co mówi i widząc jak się zachowuje. Miał prawo, nie denerwowała się na niego. Była wściekła na siebie. Spuściła oczy na czubki swoich butów, nie chcąc, by widział ten smutek. By widział cokolwiek.
Chciała powiedzieć cokolwiek, przeprosić, ale miała wrażenie, że teraz to już niczego nie zmieni, że za bardzo się w tym wszystkim zapętlili, a on już jej nie wybaczy tego, jak się zachowywała. Sama sobie nie potrafiła wybaczyć.
Nie była sentymentalna, nie była zbyt romantyczna, ale nawet takich ludzi dopadają silniejsze uczucia. Ku jej rozpaczy. Caseya takim darzyła i, niestety, nie bardzo wiedziała co z tym zrobić. Tego się chyba także wtedy wystraszyła. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że to nie jest głupia, nic nie warta, szczenięca miłość, że zaczęła się poważnie do niego przywiązywać. A tego się bała. Bała się, że on skrzywdzi ją, więc ona skrzywdziła jego. Bo tak łatwiej.
- Nie jesteś powietrzem. - powiedziała w końcu, nie patrząc na niego, wbijając wzrok gdzieś w okno. - Nigdy nie byłeś. - dodała ciszej.
[ Wydaje mi się, że zaczęłam, a potem musiałam na jakiś czas wycofać się z bloga. A szkoda. Ale zawsze można to nadrobić tutaj ;) Mary jest Szkotką, Casey Irlandczykiem - choćby ze względu na to (oraz parę innych rzeczy także) mogą żyć ze sobą jak pies z kotem. Jego może drażnić jej ekstrawertyzm, a ją może drażnić to, że jego to drażni :D a że Mary lubi Quidditch może dodatkowo zostać przez niego przegoniona, kiedy będzie siedzieć na trybunach podczas treningu Puchonów ;> ]
OdpowiedzUsuńMary
[zimnoooo :(
OdpowiedzUsuńkoło ratunkowe poproszę :P]
[Lew! Miłości <3
OdpowiedzUsuńniee mylę się, prawda?]
[tajny agent pod przykrywką :P
OdpowiedzUsuńchce wątek, powiązanie i wszystko wszystko! pomysły? :D]
Wiedział, że Casey ma w nosie jej dobre chęci. Ona sama miała w nosie swoje dobre chęci i, i tak miała siebie za najgorszą osobę na świecie. A przynajmniej w najbliższym otoczeniu, w końcu nikogo nie zabiła, ani nic z tych rzeczy. Ale zachowywała się źle, szczególnie w stosunku do niego. Swojego zachowania pożałowała niemal w momencie, w którym zaczęło jej odwalać. Na początku nie potrafiła, a później to już się tylko bała wszystko odkręcać. Nie była tamtą bezpośrednią w każdej sytuacji piętnastolatką, tylko zdziczałą siedemnastolatką, która bała się tego, że kogoś lubi. Żeby nie powiedzieć więcej, bo samo słowo na m czy k sprawiało, że uciekała, gdzie pieprz rośnie.
OdpowiedzUsuńByło jej wstyd, że jest taka, a nie inna. Jej matka była taką ciepłą, pełną miłości kobietą, że Maggie nie wiedziała, dlaczego sama jest taka upośledzona. Pewnie przez ojca. A raczej jego brak. W końcu to po tym, jak myślała, że go znalazła, zrobiła się... taka. Ojciec jej nie chciał, więc dlaczego ktokolwiek miałby jej chcieć? Nad tym się zastanawiała całe życie. Bała się, że Casey zostawi ją tak, jak ojciec, więc ona zostawiła jego. Bardzo mądrze. Nienawidziła tych sentymentalnych smętów, kompleksów i całej otoczki wychowania bez ojca. Dlatego nikomu o tym nie mówiła.
Mało kto wiedział, że ona w ogóle nie ma ojca.
- Casey... - powiedziała cicho i zeskoczyła z ławki. Nogi miała jak z waty, cudem udało jej się zrobić te kilka kroków w jego stronę i nie upaść. Oczy miała wielkie, większe, niż normalnie, zaszklone od łez, ale nie płakała. Jeszcze nie. Próbowała być silna, bo ona nigdy nie płakała. Nie lubiła być miękka. I słaba. I brać ludzi na litość. - Ja nie chciałam, żeby to tak wyszło. Beznadziejne tłumaczenie, ale naprawdę, no... Zapętliłam się we własnej głupocie. - dodała niemal szeptem, spuszczając wzrok. Odwróciła się gwałtownie, chcąc uciec, jak zwykle, ale, ku jej zdziwieniu, drzwi były zamknięte. Nawet alohomora nie działało.
[TAKI DRAMAT, ZAMKNĘLI ICH.]
[Dla ciebie zawsze :D powiedz mi jedynie czy w jakiś niewybredny sposób możemy powiązać nasze postacie? mam tu oczywiście na myśli jakieś romansidło, wątki miłosne, etc. :D]
OdpowiedzUsuń[haha, nie przejmuj się ;) więc widzę to tak:
OdpowiedzUsuńPowiedzmy, że kiedy byli na V roku coś miedzy nimi była, jakieś uczucie, bliżej niezidentyfikowane i nieskonsumowane. Kilka pocałunków, trzymanie się w ukryciu za rękę. Jednak oddalili się od siebie, by móc po prostu dojrzeć. A teraz, kiedy oboje są w VII klasie na nowo coś się w nich urodziło i mają się ku sobie, ale brakuje im bezpośredniej konfrontacji. Rzucane spojrzenia, uśmiechy podczas kolacji w Wielkiej Sali nie wystarczą. :D
Teraz liczę na twoją inwencję twórczą i mam nadzieję, że zaczniesz :*]
[okropna, złaaaa istota ze mnie :( no dobra, czyli co, nie da rady? mam zacząć? :(]
OdpowiedzUsuń[ O to mi właśnie chodzi, aby to nie było coś w stylu rycerza na białym koniu :) Po prostu może nawet przez przypadek jej pomoże i będzie cacy :D]
OdpowiedzUsuńIrina
[kochana <3 to czekam ;))]
OdpowiedzUsuńNie miał się czuć winny. Maggie nie widziała w nim żadnej winy. Ona zawiniła i teraz już wiedziała, że jest za późno, by to odkręcić. Straciła go, na własne życzenie. Mogła dziękować tylko i wyłącznie sobie. Nie chciała go dłużej męczyć, więc obiecała sobie, że jak tylko wydostaną się z tej przeklętej klasy, to da mu spokój. Mogła nawet odmówić sobie tych wyjść ze znajomymi, żeby on mógł czuć się z nimi swobodnie. Straciła na nie ochotę. W gruncie rzeczy, ostatnimi czasy na niewiele w ogóle miała ochotę. Całe dnie spędzała w bibliotece, w książkach albo zaszyta gdzieś na błoniach. Denerwowały ją pytania i spojrzenia. Chciała sobie tego oszczędzić.
OdpowiedzUsuńI, przede wszystkim, oszczędzić tego Caseyowi.
Wiedziała doskonale, że nie jest jedyna. Że wielu nastolatków zmaga się z takim problemami, jak ona. To jednak jej nie pomagało. Wiedziała o tym, mimo to nadal zamykała się w sobie. Nie potrafiła wyjść z inicjatywą. Nie potrafiła się otworzyć, nie ot tak. Nie wiedziała, czego właściwie by potrzebowała, żeby tak nie uciekać w panice. Może dla niej już nie było ratunku. Może miała zostać samotnikiem.
Westchnęła cicho, rzucając mu ostatnie spojrzenie, po czym odwróciła się, stajać do niego tyłem i zakładając ręce na piersiach. Nie chciała brać go na łzy, więc stanęła do niego tyłem, kiedy tylko poczuła, że pieką ją oczy.
Dawno nie czuła się tak źle. Tak beznadziejnie sama ze sobą.
Nie zamierzała rozmawiać już ze swoimi przyjaciółmi. Nie mieli pojęcia o całej sprawie, nie mieli prawa stawiać ich w takiej sytuacji.
- Niczego nie oczekuję. - powiedziała szczerze, próbując opanować drżenie głosu. - Chcę tylko przeprosić. I przepraszam. Naprawdę. - dodała, wzruszając wątłymi ramionami i spoglądając na niego przelotnie przez ramię. Jednak gdy i on na nią spojrzał, odwróciła się ponownie i próbowała uspokoić.
[Margaret.]
Maggie
Maggie sama nie wiedziała, czy wcześniej się nie dało. Za bardzo zamknęła się w sobie, by tak po prostu się przed nim otworzyć, wtedy, kiedy jeszcze był jej przychylny. Później, widząc jego spojrzenie, bała się jego reakcji. Teraz... Właściwie nie wiedziała, dlaczego przepraszała. Chyba czuła się trochę przyparta do muru. Siedzieli tam, zamknięci, a ona nie mogła znieść jego tonu i wyrazu jego oczu. Nie była w stanie zachowywać się tak obojętnie, jak dotychczas. Za bardzo ją to bolało, choć sama się o to prosiła.
OdpowiedzUsuńNie zamierzała nikogo unikać za wszelką cenę, ale po tej akcji i tak nie miała ochoty ich oglądać, więc tym lepiej. Nie potrzebowała takich przyjaciół. A jeśli to mogło jej pomóc ogarnąć się z tym wszystkim i może przestać myśleć o Caseyu wciąż w ten sam sposób, gotowa była z nich zrezygnować. Chciała tego.
Zadrżała na jego słowa. Odwróciła się i spojrzała na niego z żalem. Był niesprawiedliwy. Miał prawo czuć się skrzywdzony, miał prawo czuć do niej żal, ale nie mógł czegoś takiego sugerować. Spuściła wzrok na czubki swoich butów i oparła się o ławkę, bokiem do chłopaka.
- Dobrze wiesz, że nie było żadnego następnego. - powiedziała odrobinę poirytowana, bo jeśli o to chodzi, nie miała sobie nic do zarzucenia. Nawet nie spojrzała na żadnego innego chłopaka od tamtej pory, a nie należała do tych, co by się ukrywali po kątach. Doskonale wiedział, że nikogo nie było, nie miał prawa niczego takiego sugerować. - Stchórzyłam. To chyba najprostsze wyjaśnienie. Spanikowałam. Zapętliłam się w tym, a potem miałam wrażenie, że już za późno. - powiedziała szczerze, patrząc w jego stronę, próbując, nie bez trudu, wychwycić jego spojrzenie. Nie oczekiwała, że odbudują to, co mieli. Chciała tylko, żeby przestał zwracać się do niej takim tonem. I by tak na nią nie patrzył, bo zaczynała czuć do siebie wstręt.
Maggie
[Okulary fajnie wyglądają, ale szczerze mówiąc, nie chciałabym ich nosić. To musi być bardzo uciążliwe.
OdpowiedzUsuńJak? Ano, bardzo prosta sprawa. Niech ją przyuważy albo w końcu da do zrozumienia, że nie jest niewidzialna. Faceci są zwykle ślepi w tego typu sytuacjach, ale on przecież mógłby się po trzech latach zorientować <3]
Ruby
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńIrina zupełnie nie pasowała w szeregach rodu Moores. Nie była jak oni: pozbawiona jakiegokolwiek sumienia, bezduszna i nie tolerancyjna. Nie wywyższała się jak oni, nie chełpiła swoim statusem krwi. Może dlatego tak bardzo różniła sie od pozostałych członków rodziny. Byla po prostu inna, przez co spotykało ją wiele przykrości, nie dość ze ze strony rodzeństwa to jeszcze ze strony ślizgonów, którzy uparcie dokuczali jej z powodu przynależności do innego domu. Nikogo nie obchodziło jej zdanie. Liczyła sie tylko jej odmienność: inny charakter, inne upodobania, przynależność do innego domu. To wszystko było przyczyna jej kłopotów.
OdpowiedzUsuńIrina nie lubiła pakować sie w kłopoty. One same przychodziły do niej. Potrafiły ja znaleźć wszędzie, na błoniach, korytarzu czy na lekcji. Nie było miejsca, gdzie dziewczyna mogła się ukryć. Prędzej czy później jej prześladowcy i tak ją znajdowali. Do by nie robiła stawała sie obiektem drwin ślizgonów.
Ale dzisiaj było jeszcze gorzej. Nie dość ze zapomniała eseju na eliksiry, to jeszcze musiała za kare zostać po lekcjach. Pech chciał ze lekcje lekcje miała ze ślizgonami. Nawet nie było sensu uciekać. Wystarczyło że wyszła z lochów a otoczyła ją grupka uczniów z domu węża. Przybita do ściany nie miała jak sie schować, a tym bardziej jak uviec oprawcom. Od razu padły wyzwiska i pełne pogardy kpiny skierowane pod jej adresem. Ich główne śmiechy skutecznie zagłuszały jej błagalne prośby. Była sama i w najlepszym wypadku ta cała sytuacja skończy się tylko kolejnymi seriami przekleństw i gróźb. Gorzej by było, gdyby mieli zły dzień.
Irina
Jeśli potrafił zapominać, to ogromny sukces, bo Emmeline nie różniła się od zwykłych kobiet pod względem pamięci. Ciężko było zapominać, łatwiej wybaczać. Czasami zdarzały się wieczory, przy których większość przykrych i dobrych wspomnień wracały jak bumerang. Przysłowiowo uderzały o jej głowę i rzadko mogła kiedy sama mogła się od nich uwolnić. Nie przywiązywała do tego wielkiej wagi, bo to co było nigdy już nie wróci.. Choć może urodzić się na nowo.
OdpowiedzUsuńJak na przesiadywanie w bibliotece, było dość późno. Niedługo każdy z uczniów powinien być we własnym dormitorium i grzać się w Pokoju Wspólnym, ewentualnie robić inne rzeczy, które wpadną im do głowy. Sama nie wiedziała co było w wiedzy tak fascynującego, że godzinami mogła poszukiwać i zgłębiać ją. Ambitna z niej dziewczyna. I doprawdy nigdy nie brakowało jej uczucia, miłości czy jakis zawirowań. Jasne, że chciała kiedyś coś takiego przeżyć, ale łatwiej było izolować się od uczuć, zwłaszcza, że w Świecie Magii nie działo się ostatnio najlepiej. Nadchodziły mroczne czasy.
I chcąc nie chcąc wyczuwała to. W zamku robiło się od przyszłych Śmierciożerców, głównie z pokładami Ślizgonów. To wina rodziców, bądź chorych ambicji i przekonań, że są wybrańcami Salazara Slitherina. A przynajmniej tak jej się wydawało. Nic głupszego. Ona, jako Gryffonka i zdecydowanie uczciwa osoba, wiedziała, że nastanie czas kiedy wszyscy będą musieli ruszyć do walki. Po dobrej lub złej stronie mocy.
W zasadzie Emmeline znów kręciła się w okolicy Działu Ksiąg Zakazanych. Dlaczego? Po prostu chciała poznać zawartość ów działu. To co zakazane najlepiej smakuje. No może małym wyjątkiem był Zakazany Las. Odkąd za nocne buszowanie po Zamku w VI klasie trafiła z woźnym do lasu, nauczyła się bardzo szybko biegać. W końcu trzeba nie dać się złapać.
Gdy zauważyła znajomą jej twarz, jaka bardzo znajomą, postanowiła podejść bliżej, niby przypadkiem. Nie lubiła sie chować, ale również nie lubiła podejmować pierwszych kroków. Takie kobiece myślenie. I nareszcie przemówił, zdawało się jakby jego głosu nie słyszała dobrych kilka miesięcy, czy to możliwe?
Nie wiedziała do końca jak zinterpretować jego słowa, więc totalnie zmieniła temat.
- Czego szukasz? - rzuciła pytaniem, stając ramię w ramię z Morganem i wertując wzrokiem książki na półkach, dokładnie tak jak on. - Służę pomocą. - dodała finezyjnie i uśmiechając się kątem ust, zerknęła na towarzysza.
[A wiesz, bardzo prawdopodobne, że mnie kojarzysz, bo byłam na Czasie Hogwartu i miałam tam nawet postać o tej samej nazwie. Generalnie podejść miałam sporo, z 7 postaci się zbierze (oczywiście nie w tym samym momencie ^^). Jakoś tak, hm, bardzo szybko traciłam wenę, usuwałam się i po pewnym czasie wracałam z nowym pomysłem, no i tak w kółko.]
OdpowiedzUsuńCleo starała się jak mogła, ale czasami to właśnie Morgan i trzeci ścigający musieli ratować jej tyłek. To nie tak, że Davies była strasznie kiepska – w takiej sytuacji pewnie nie znalazłaby się w drużynie. Czasami jej popisowe numery były wychwalane przez kilka dni po danym meczu, ale czasami po prostu nie wyróżniała się niczym specjalnym. I pamiętała też jeden, jedyny raz, kiedy upuściła piłkę, pozwalając przejąć ją drużynie przeciwnej. Wiele dni po rozgrywce myślała tylko o tym, czy nie zrezygnować. Ale była uparta i zawzięła się w sobie.
OdpowiedzUsuńTeraz było podobnie. Uparła się, aby pomóc kapitanowi, ale była niepewna na tyle, że jej działaniom brakowało odpowiedniego tempa i zdecydowania. Nawet nie pomyślała o tym, aby pomóc mu usiąść albo wstać. Nie, nie. Zaczęła mamrotać zaklęcie pod nosem, celując różdżką w jego nos. Słysząc jego krzyk… Cofnęła się, ignorując fakt, że spodnie przesiąkły od mokrej nawierzchni, a na kolanach będzie miała duże, błotniste plamy. Na moment wstrzymała oddech i skuliła się w sobie, ale była święcie przekonana, że do dobry znak, że nos Casey’a jest na miejscu i jest cały. Nie mogła tego jednak sprawdzić, bo mocno zacisnęła powieki, czekając aż chłopak się uspokoi, a właściwie – aż jej serce nieco spowolni swój rytm. Odetchnęła, otworzyła jedno oko, a zaraz potem drugie, rozciągając usta w lekkim uśmiechu.
Casey żył, a prosty nos widniał na jego twarz. W odpowiednim miejscu, tam gdzie zawsze, w takim samym kształcie jak zawsze – nie żeby przyglądała się namiętnie nozdrzom Morgana. Nic z tych rzeczy, po prostu… No, miała wrażenie, że wszystko jest w porządku.
- Żyjesz… - odetchnęła z ulgą. Ciesząc się z chwilowego, drobnego sukcesu uznała, że może powinna zostać uzdrowicielką i zasilić szeregi Munga, a może nękać uczniów w Skrzydle Szpitalnym? Wyciągnęła wolną dłoń w kierunku Puchona i posłała mu pokrzepiający uśmiech. – Zaprowadzę cię do pielęgniarki, bo…
bo mogłabym uszkodzić cię jeszcze bardziej…
Nie chciała robić z niego królika doświadczalnego tylko po to, aby poczuć się lepiej. Równie dobrze mogła mu pomóc, zaprowadzając go w odpowiednie miejsce.
Cleo
[To ja podziękuję pięknie za powitanie! Narazie nie mam kompletnie pomysłu na wątek, więc... Jeśli ty coś masz, to pisz śmiało, jak nie to odezwę się za kilka dni :)]
OdpowiedzUsuńMarlene McKinnon
[Jasne, nie ma problemu. ;) ]
OdpowiedzUsuńRuby
[ Czeeść! Jest może ochota na wątek? ]
OdpowiedzUsuńZuze
[Postać prowadziłam dość dawno, więc możesz nie pamiętać. : D
OdpowiedzUsuńTo jak, powiązanie jakieś, czy spontan?]
Laurie C.
[Tak się zastanawiam, czemu miałabym mówić i... już wiem!
OdpowiedzUsuńBo ja ogólnie to taka bardzo skryta jestem, a moja przygoda z Hogwartami dość uboga jest i nie sądziłam, że ktokolwiek będzie pamiętał June. Matko, jak ja ją polubiłam! <3 I wątek też miałyśmy udany ^^
Postaram się odpisać jak najszybciej, ale próbuję się jakoś zmotywować ;)]
Cleo
[Ja mam tylko nadzieję, ze dobrze trafiłam.
OdpowiedzUsuńAhoj - przygody, fajna rzecz. Zwłaszcza, jeśli się uda wpleść coś niekonwencjonalnego i ciekawego, nie mniej - jeśli byłaby chęć na wątek, to ja zabrałabym się za obmyślanie tego i owego, tylko lojalnie od razu uprzedzam, że idzie mi to w pojedynkę dość kiepsko, bo nie wiem, jak na tym etapie nasze postacie można byłoby w wątku połączyć. A nie lubię przybywać bez pomysłów, bo to takie mydlenie oczu.]
~ Elena Higgs (na drugie: SKLEROZA)
Usuń~ Elena
OdpowiedzUsuń[Ja wiem, wiem - tylko przez moment zachodziłam w głowę, czy to przypadkiem ktoś nie zdrobnił imienia swojej postaci, ale jak widać, kombinowałam zupełnie niepotrzebnie. Do rzeczy jednak, by zbytnio nie przedłużać: bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy, że mogę liczyć na taki miły wyjątek. Postaram się nie zmarnować szansy :)
Co do relacji: myślę, że nie ma co się bawić w pseudo niechęci, bo to z reguły egzaminu nie zdaje i prędzej niż później takie relacje i tak wpadają zawsze na inny tor. Więc oszczędźmy sobie zachodu. Możemy krążyć przy myśli, że nie ma tu jakieś wielkiej przyjaźni do grobowej deski, bo to też wyszłoby sztucznie, ale uznajmy, że w tej całej zamkowej otoczce, są osobami, które z braku lepszego wyjścia, tolerują swoją obecność, bo się przy sobie nie męczą i przez to ten wspólnie spędzany czas będzie można jakoś zgrabnie zagospodarować]
[Biorę to pod uwagę, biorę. Wyjątki są dobre. Czasami. Jeśli nie masz ku temu żadnych konkretniejszych obiekcji, to możemy przyjąć, że Elena takim wyjątkiem by była, bo to stereotypowego Ślizgona, co to jadem zatruwa cały wszechświat, trochę jej daleko (przez co swoją drogą ma kilka kłopotów). Zważając też na różnicę Domów, nie proponowałam właśnie naiwnie jakieś wielkiej przyjaźni :D
OdpowiedzUsuńA przez zgrabne zagospodarowanie czasu miałam na myśli okoliczności, jakichkolwiek byśmy tam sobie nie wymyślili. Bo rozumiem, że uciekamy od sztampowych, pseudo przypadkowych wątków na korytarzu? Możemy pójść w tym kierunku, że całkowicie inaczej zachowywaliby się w towarzystwie osób trzecich, a odmiennie wtedy, kiedy byliby sami... np. w bibliotece (choć to nudne) albo wieczorem w szkolnej kuchni...]
[Myślę, że spokojnie możemy zacząć właśnie od przysłowiowej pogadanki i wszystkim i o niczym, bo przyznam szczerze, że wolę najpierw "dotrzeć się" z drugim autorem, niż od razu rzucić się na głęboką wodę i wymagać od wątku, żeby wszystko grało, śpiewało i najlepiej tańczyło. Później takie się porzuca i nic z tego nie wynika. O ile nie masz nic przeciwko temu, oczywiście. ]
OdpowiedzUsuńMorgan jej do muru nie przypierał, ale sytuacja - owszem. Nie chciała tkwić w tej dziwnej relacji do końca życia, nie chciała mieć wyrzutów sumienia do końca życia. Chciała się od niego uwolnić, a nie mogła, kiedy tak na nią patrzył. Nie oczekiwała naprawienia relacji, chciała się wytłumaczyć i usłyszeć, że w porządku, stało się, było minęło. Ale nie wydawało się, by Casey miał odpuścić. Był zawzięty, uparty jak osioł, to wiedziała od zawsze. Zawsze jej się to w nim podobało, nie sądziła więc, że stanie się to jej największym problemem.
OdpowiedzUsuńMaggie często widziała w ludziach dobrą wolę, nawet wtedy, kiedy jej nie było. Ale kiedy powtarzała im, że nic z tego nie będzie, że nic dobrego nie wyjdzie z jej rozmowy z Caseyem, a oni i tak robili swoje, to co miała myśleć? Dobrze, może chcieli to zakończyć, może mieli dobre chęci, ale mogli się trochę zastanowić. Skoro już musieli, mogli rozegrać to inaczej. Nie wiedziała jak, ale na pewno nie tak.
Bo stała tam i miała ochotę wyskoczyć przez okno, rozbić się na miazgę na dziedzińcu, zamiast stać i znosić spojrzenie i ton Caseya.
- Wiem, jasna cholera, wiem! - Podniosła głos zniecierpliwiona, odsuwając się od niego. Faktycznie podeszła do okna, ale tylko przed nim stanęła, cała aż się trzęsła ze złości. Ze złości na siebie, i na niego też. Bo był taki uparty. A też mógł coś zrobić. Nie, żeby go obwiniała, ale siedział bezczynnie. I wtedy, i później.
Maggie
Dopiero po chwili Irina zorientowała się co zaszło tuż przed jej nosem. Napastnicy już mieli rzucić jakieś zaklęcie, gdy coś odwróciło jej uwagę tym samym ratując Irinę z opałów. Po chwili już ich nie było, a krukonka została sam na sam ze swoim wybawcą. Skądś go kojarzyła. Po kolorze krawatu oraz naszywce na szacie mogła określić z którego jest domu. Cóż, po puchonie nie spodziewałaby się takiego czynu. W ogóle w szkole mało kto stawiał się ślizgonom, a w gruncie rzeczy byli to sami gryfoni, w niektórych bardzo rzadkich przypadkach krukoni. Reszta trzymała się bardziej na uboczu, starając się nie dostrzegać wykroczeń uczniów Salazara.
OdpowiedzUsuńIrina przeczesała włosy dłonią, wbijając wzrok w swoje buty. Ta sytuacja nie należała do zbyt komfortowych. Z jednej strony bardzo chciała podziękować chłopakowi, nawet rzucić mu się w ramiona, za oszczędzenie jej kolejnych przykrości, jednak ten mały skrawek jej pochodzący z Mooresów, nakazywał jej pokazać, ze nie jest jakimś słabeuszem, i sama poradziłaby sobie w tej sytuacji. W końcu wzięła głęboki wdech i z uśmiechem na twarzy spojrzała na chłopaka.
- Dziękuję ci za ratunek- powiedziała spokojnie, chowając nadal trzęsące się ręce z tyłu.
Irina starała się opanować lekkie drżenie głosu, jednakże w efekcie końcowym tylko pogorszyła sprawę. Przygryzła lekko wargę, przyglądając się chłopakowi z niemałym zainteresowaniem.
Irina
[Puchoni górą. *_*]
OdpowiedzUsuńCatherine
[Ech... u mnie też z pomysłami kiepsko, ale nie chcę proponować zwykłych, koleżeńskich relacji, bo takie się szybkie nudzą. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to to, że mogli być kiedyś razem. Spokojny związek, spokojne rozstanie, a traz udają, że potrafią się tylko przyjaźnić.]
OdpowiedzUsuńAlia
[Tak, właśnie coś w tym stylu. I wiem. Już poprawione.]
OdpowiedzUsuńCatherine
[Tak więc czekam *_*]
OdpowiedzUsuńCatherine
- Nie wierzę w przypadki. - skwitowała z lekkim, nieco cwanym uśmieszkiem. Kątem oka zauważyła ów książkę, na której jak domniemała trochę mu zależało. Vance dość sporo czasu spędzała w bibliotece i chyba trochę z poczucia obowiązku. Nie umiała biernie, bezczynnie stać i udawać, że niespokojne czasy, które nadeszły są jej obojętne. Bo nie były.
OdpowiedzUsuńPonieważ książka była na jednej z górnych półek, a siłą perswazji zdjąć jej nie mogła, postanowiła użyć mocy niewerbalnych. Spojrzała na jej grzbiet jakby wyczekująca, a ta posłusznie wysunęła się z półki i powoli opadała, prosto w dłonie Emmeline.
- Tej szukasz? - leniwie przesunęła wzrok z książki na Morgana. O dziwo nie oddała mu jej, tylko objęła ją swoimi dłońmi. Obróciła się i powolnym krokiem ruszyła do stolika, znajdującego się przy oknie. Za oknem było już ciemno, a wiatr szalał już od kilku dni. Jesień... Mokro, nieprzyjemnie, ciemno. Tak jakby pogoda odzwierciedlała zaistniałą sytuację i jej stan umysłu. Czasami tak po prostu czuła.
Być może chciała go zmanipulować, bądź chwilę dłużej z nim pobyć. Do końca nie wiedziała. Kontrolnie zerknęła przez ramię, by upewnić się, że Morgan podąża za nią. Uśmiech mógł oznaczać, że wszystko idzie po jej myśli... A tego właśnie oczekiwała.
Usiadła, a unosząc dłoń nad kubkiem pełnym zimnej herbaty, zaczęła poruszać palcem dookoła, a z każdym obrotem napój stawał się gorętszy. Lubiła magię, to wiele ułatwiało, można było iść czasem na skróty... Ale również zobowiązywało. Ją w szczególny sposób.
- Proszę. - odparła z szerokim uśmiechem i ruchem głowy wskazała krzesełko naprzeciw siebie. - Dotrzymasz mi towarzystwa? - zapytałą bez ogródek, bez wstydu, zupełnie nie jak Vance, którą Morgan poznał kilka lat wstecz.
Patrzyła na niego uważnym wzrokiem. Tak właśnie myślała. Nienawidziła się za to, w końcu to ona go skrzywdziła, ale trochę go obwiniała. Mógł się zainteresować. Nie okłamałaby go w żywe oczy. Ona po prostu nie potrafiła zacząć. Nie potrafiła otworzyć się bez żadnej zachęty. Wystarczyło jedno pytanie, by chociaż powiedziała, że jej źle, że chce się przytulić. I mogło być inaczej.
OdpowiedzUsuńAle on był uparty. On czekał na jej ruch. Skoro ona miała focha, niech ona do niego leci. Wielokrotnie obwiniała go w myślach, choć starała się to od siebie oddalić.
Powinna jednak być szczera. I ze sobą, i z nim, jeśli chciała ruszyć dalej.
Nie chciała mieć go z głowy. Chciała tylko przestać się ze sobą męczyć, bo czuła się z tym coraz gorzej i nie wiedziała ile jeszcze wytrzyma. Bała się tego, co będzie, jeśli wybuchnie lub kompletnie zamknie się w sobie. Wiedziała, że może być gorzej, niż było, nie tylko jeśli chodziło jej relacje z Caseyem, ale z całym światem. Chciała tego uniknąć, a przez jego pełne oskarżenia nie mogła.
Nie mogła kłamać, już nie. Nie mogła udawać.
Nie poddałeś się szybko, Casey. - powiedziała spokojnie, odwracając się, by spojrzeć mu uważnie w oczy. - Mam wrażenie, że wcale nie próbowałeś. Nie obwiniam cię... Wiem, że nawaliłam, ale wystarczyło jedno pytanie. Nie okłamałabym cię. Mogłam coś zataić, ale nigdy bym nie kłamała. - mówiła cicho, łagodnie, nie spuszczając wzroku z jego oczu.
Była szczera. Dawno nie była szczera. Ale chciała, by wszystko było jasne.
Maggie
Emmeline, jakby się nad tym głębiej zastanowić, była typem samotnika. Lubiła działać sama, bo ufała tylko swojej skromnej osobie. Nikt lepiej ode mnie tego nie zrobi, nikt nie jest doskonalszy ode mnie samej. Cóż, jasne, że była w błędzie, bo ideałów nie ma... No może są, ale są cholernie nieuchwytne i bywają tylko w wyobraźni. Idąc tropem filozofii, możemy powiedzieć, że każdy ma swój własny ideał. Owszem, to wszystko prawda, a spekulacje na ten temat byłyby po prostu marnowaniem cennego czasu i głupotą. Czasem lepiej odpuścić sobie walkę z własnym umysłem, bo można dojść do błędnych wniosków.
OdpowiedzUsuńUpijając łyk herbaty patrzyła wyczekująco, a zarazem w zamyśleniu na Pana Caseya. Wyglądał na zagubionego, czytając ów księgę, ale nie zamierzała mu przeszkadzać. I zrobiło się cicho, czego w towarzystwie nie lubiła, taka niezręczna sytuacja. Oczywiście musiała ją przerwać.
- Szczerze mówiąc, myślałam, że ta księga to jakiś głupi pretekst. - zaśmiała się pod nosem, odstawiając duży gliniany kubek na lśniący, ciemnobrązowy blat stołu. Co sobie wtedy myślała? Że Morgan celowo tutaj przyszedł, że szukał jej by znów choć przez chwilę móc pobyć w jej towarzystwie. Była taka głupiutka.
- Nasuwa mi się jedno pytanie. - mruknęła pod nosem, a leniwym ruchem rąk, zagarnęła swe włosy na jedno ramię, swobodnie puszczając je wzdłuż tułowie. Nachyliła się nad stołem, by móc dogłębnie spojrzeć w oczy Morgana i zlustrować to w nich siedzi. - Potrzebuje adrenaliny, oderwania od tej codzienności. - mówiła dalej, swym niezwykle tajemniczym głosem. W jej tęczówkach tliły się ogniki, które zdradzały chwilowe szaleństwo i przypływ świeżych pomysłów. - Muszę tylko wiedzieć, czy będziesz na tyle odważny i dasz się... - tuta stonowała głos i maksymalnie go wyciszyła. - ...porwać z Hogwartu. - uniosła jedną brew, jakby badawczo, a jaj twarz przybrała cwanego wyrazu. - Mam pewną sprawę do załatwienia. - przechyliła lekko głowę, wyczekując odpowiedzi. Miała cichą nadzieję, że chłopak nie stchórzy, a da się ponieść emocjom i Pannie Vance.
Powiedziała tylko to, co siedziało jej w głowie. Czasami o tym myślała, ale generalnie go nie obwiniała. Obwiniała siebie, to siebie miała za najgorszą osobę na świecie, wiedziała doskonale, co mu zrobiła i nienawidziła się za to. Skuliła się w sobie jeszcze bardziej, okropnie czując się z myślą, że to powiedziała. Że śmiała mu cokolwiek wyrzucić. Nie był winny. Nie pytał, ale długo był przy niej. Powinna wtedy zauważyć, że mu zależy, że jej nie odtrąci. Nie zauważyła, mogła podziękować tylko i wyłącznie sobie.
OdpowiedzUsuń- Przepraszam, Casey. Naprawdę przepraszam. - powiedziała, wciąż patrząc mu w oczy. Zaszły łzami, ale nie płakała. Usta jej drżały, cała drżała, ledwo trzymała się na nogach, ale musiała być twarda. Musiała doprowadzić tę rozmowę do końca, bo nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś będzie miała okazję.
Chciała spokoju sumienia, bo więcej nie mogła oczekiwać. Oczywiście, że chciałaby się z nim pogodzić, ale wydawało jej się to tak nierealne, że nawet nie śmiała o tym myśleć.
- Chcę być z tobą szczera. Miałam problemy, o których bałam się mówić. Wstydziłam się. Potrzebowałam się, ale bałam się to przyznać. Nigdy nie miałam stałych osób w moim życiu. Wszyscy przychodzili i odchodzili. Zostawiali mnie. To było idiotyczne, ale odsunęłam się od ciebie, bo nie chciałam, żebyś w końcu to ty zostawił mnie. Wiele razy chciałam ci to wyjaśnić, ale bałam się zacząć. Później ty byłeś zły, więc wolałam cię unikać... - powiedziała szczerze i dopiero wtedy spuściła wzrok. Rękawem wytarła oczy, nie chcąc płakać. Nie chciała być tak słaba.
Maggie
To nie chodziło o to, że Maggie podejrzewała go o coś. Że się czegoś po nim spodziewała. Tu w ogóle nie chodziło o niego. Ona się bała. Najzwyczajniej w świecie się bała i równie mocno bała się do tego przyznać. Nie chciała wyjść na słabą. Na tchórza. Nie chciała, by Casey źle to odebrał. Była pewna jego uczuć w tamtej chwili, ale skąd miała wiedzieć, co będzie potem? Wiele było osób, których była pewna, a którym potem coś się nagle odwidziało. Nie chciała tego przeżywać, bo na nim zależało jej wtedy bardziej, niż na kimkolwiek innym.
OdpowiedzUsuńWolała zranić siebie i nienawidzić siebie, gdybać i mieć wyrzuty sumienia, niż pozwolić jemu, by ją skrzywdził, by go znienawidziła, by znów czuła się porzucona. Nie było to mądre, zdawała sobie z tego sprawę, ale w panice człowiek rzadko zachowuje się mądrze.
Patrzyła na niego wielkimi oczami, czując się tak, jakby ją dźgnął. Miała wrażenie, że wtedy nawet bolałoby mniej. Przez chwilę nie mogła oddychać, patrzyła tylko na niego, nie wierząc, że był taką idiotką. Że kiedykolwiek mogła się tak zachować.
Słyszała ruchy za drzwiami, szczęk zamka i już po chwili drzwi uchyliły się lekko. Słyszała tupot nóg, sprawcy uciekali, ale nie interesowało jej ganianie za nimi. Wciąż wpatrywała się w Caseya, czując się... Jak śmieć.
Pokiwała głową, spuszczając wreszcie wzrok. Już nie drżała, ona się trzęsła. Jak w gorączce.
- Przepraszam. Naprawdę przepraszam. Masz rację... Całkowitą rację. - wydusiła z siebie. Nie mogła dłużej wytrzymać. Rozpłakała się, odwróciła gwałtownie i wybiegła z klasy, skręcając w pierwszy lepszy korytarz. Chciała się tylko znaleźć jak najdalej od niego. By już nie patrzeć w te piękne oczy, patrzące na nią z wyrzutem, by nie słyszeć tych okropnych słów. Okropnych, bo padały z ust Caseya i okropnych, bo były prawdziwe.
Maggie
W takim razie Emmeline miała wiele wspólnego z Morganem. Doprawdy, jej rodzina była inna od wszystkim, jej zdaniem wyobcowana. Chociaż z pozoru, zdaniem kogoś obiektywnego, rodzina Vance, była normalna. Ale od wewnątrz wyglądała jak zamek z piasku po burzy. Tak na prawdę Emmeline wyszła na ludzi dzięki swojej babce. Kobieta zawsze dbała o tradycje i to ona od małego wpajała jej jak mantrę lojalność wobec innych i swoich poglądów. Bo czego mógł jej nauczyć ojciec, który non stop przesiadywał w Ministerstwie Magii? Bądź matka, która magią w ogóle nie była zainteresowana. Interesowali ją jej dwaj synowie. Starsi, mężniejsi, mający większy potencjał od Emmeline. Ot klasyczny schemat matki, do końca życia niańczącej swoje pociechy. Niestety Emm się do nich nie zaliczała.
OdpowiedzUsuńByć może ją to skrzywdziło, choć nigdy tego nie pokazywała. Goni za czymś, co może stać się czymś tylko dla niej, czymś indywidualnym. Pragnie ocalić ten magiczny świat, choć de facto Vance chce ocalić siebie i swoją krwawiącą z goryczy duszę.
Wracając do meritum... Czym była biologia?! Doprawdy, gdyby Morgan śmiał powiedzieć to nagłos, jej mina godna byłaby Oscara. Na szczęście oszczędził jej zawstydzenia. Niestety ona niewiele wiedziała o niemagicznym świecie.
- Hm... - mruknęła pod nosem i mrużąc lekko powieki, zagryzła dolną wargę, zwilżając ją delikatnie. - Niewiarygodne. Panie Casey, Pan jest beztroski. - roześmiała się cicho, lecz z poważaniem. Cóż, ona nie lubiła wycofywać się z wcześniejszych deklaracji, dlatego upiła ostatni łyk herbaty i wstała od stołu.
Zaskoczył ją nieco, bo chyba nie spodziewała się tak jednoznacznej odpowiedzi. Ale jak najbardziej była to satysfakcjonująca wypowiedz.
Powolnym krokiem obeszła stolik i usytuowała się tuż za krzesłem, na którym siedział. Kiedy pochylała się nad nim, jej włosy otuliły jego szyję w delikatny sposób, a jej usta znalazły się bardzo blisko jego ucha.
- Ubierz się ciepło. Zabierz czarną pelerynę. Ach... Nie zapomnij o różdżce. Może się przydać. - szepcząc muskała płatek jego ucha ustami. Hm, musiała mu przypomnieć o różdżce, bo o ile pamięć jej nie zawodzi, kiedyś nie zawsze miał ją przy sobie. - Za piętnaście minut pod schodami Wierzy astronomicznej. - to dodała wyprostowując się i z gracją odwracając do wyjścia. Posłała finezyjny uśmiech bibliotekarce i z rozkosznym wyrazem twarzy, opuściła bibliotekę.
Maggie też by wolała wiele rzeczy, ale woleć i myśleć to zawsze jest łatwiej. Bo od roku to ona wolałaby go przeprosić, niż unikać, a ile z tego wyszło – wszyscy wiemy. Była zbyt przestraszona, a po czasie zbyt załamana własną niemocą i głupotą, by cokolwiek zrobić. Żadne wytłumaczenie, wiedziała o tym, dlatego nie żądała od Caseya niczego. Przeprosiła, wyjaśniła co nieco, choć i tak niewiele, ale przeprosiła. Kosztowało ją to więcej, niż... Niż większość rzeczy, na które zdobyła się w swoim życiu. Ale to nie wystarczało. Casey wciąż nie mógł na nią patrzeć, wciąż jej nie wybaczył, a ona miała ochotę rzucić się z Wieży Astronomicznej.
OdpowiedzUsuńKiedy człowiek się sparzy kilka razy, to potem za dużo się zastanawia. I tak było z Maggie. Zgubiło ją to, paradoksalnie. Unikając problemów i zranienia, zraniła się bardziej, niż kiedykolwiek, ale to już inna sprawa. Miała nadzieję, że Casey zrozumie. Nie oczekiwała, że będzie jak wcześniej, ale miała nadzieję, że powie dobrze, zachowałaś się źle, ale teraz wiem dlaczego, nie zadręczaj się. Nie powiedział.
Jego ostatnie słowa wciąż obijały jej się po głowie. Bała się na niego spojrzeć, choć, gdy raz się odważyła, dostrzegła w nim coś innego, niż przez ostatni rok. Mimo to, unikała go jak mogła, wręcz w panice uciekała, kiedy tylko widziała go na horyzoncie. Do znajomych się nie odzywała, jednej tylko koleżance wspomniała coś o depresji, w jaką ją wpędzili. Śmiała się, koleżanka też, ale potem i tak ze sobą nie rozmawiały.
Nie była typem samobójcy, nie miała zamiaru rzucać się z Wieży Astronomicznej, jednak tam właśnie poszła pewnego wieczora, kiedy wiedziała, że sen nie przyjdzie szybko. Oparła się o barierkę, była jedynie w cienkim sweterku, nie przejmując się listopadowym chłodem. Patrzyła w stronę Zakazanego Lasu, czując jak coraz bardziej się rozkleja.
Po chwili płakała już jak bóbr, nic więc dziwnego, że nie słyszała żadnych kroków.
Catherine wcale nie unikała zobowiązań, choć wielu właśnie tak ją postrzegało. Sprawa w wypadku Leveson wyglądała zupełnie inaczej. Ona po prostu się nad wyraz szybko przywiązywała, a przecież wiadomo, że nic nie trwa wiecznie i każdy, nawet ten najlepszy, zawiązek kiedyś się kończy. Dla niej to było istną tragedią, a rozstanie przeżywała nad wyraz emocjonalnie. Związków więc unikała dla własnego zdrowia. Psychicznego, rzecz jasna.
OdpowiedzUsuńOd miłości jednak takiej zupełnej ucieczki nie ma, choćby nie wiadomo jak się człowiek starał i nawet ktoś tak ostrożny jak Catherine musiał się kiedyś zakochiwać. No i się zakochiwała, a potem łkała całe noce w poduszkę, aby w końcu dojść do wniosku, że przecież nie warto wypłakiwać oczu. I tak w kółko. W sumie z czasem można było do tego przywyknąć w pewien specyficzny sposób, chociaż nigdy tak do końca.
Czy po rozstaniu z Casey’em było tak samo? Głupie pytanie. Oczywiście, że było tak samo. Ryczała w poduszkę dobre dwa dni przez przerwy, obiecując sobie, że już nigdy w życiu się nie zakocha, a potem jej przeszło i znów było dobrze. I teraz w sumie to nawet z uśmiechem wspominała ten ich wręcz do znudzenia spokojny i idealny związek. Był taki… normalny. Zupełnie pozbawionych wszelkich ekscesów i rewolucji, na które ciągle narzekały je rówieśniczki, twierdząc, że przy najbliższej okazji pozabijają tych swoich chłopaków. Catherine, będąc z Morganem, nigdy nie umiała tego pojąć. Oni się nie kłócili. Bo i po co się niepotrzebnie denerwować? Wszystko przecież można załatwić zupełnie spokojnie.
Spokojny związek, to i rozstanie spokojne. Nie było krzyków, płaczów, wyzwisk… Była tylko spokojna rozmowa, parę smutnych formułek rodem z romansideł dla kobiet i… i było po wszystkim. Rozeszli się w zupełnej ciszy. Właściwie uważała, że było to najlepsze z możliwych rozwiązań i z czasem się z tym wszystkim pogodziła. Najwyraźniej tak musiało być.
Ale… co byłoby gdyby, nadal byli razem?
Jakoś nie umiała wyrzucić tego pytania z głowy. Najgłośniej jednak huczało, kiedy przebywała w towarzystwie Morgana, co zdarzało się nad wyraz często. W końcu mieli wspólnych znajomych, którym na siłę starali się udowodnić, że przyjaźń po rozstaniu jest możliwa.
Ale czy była naprawdę? Właściwie trudno powiedzieć, skoro Catherine cały czas rozpamiętywała ich związek i wracała myślami do wspólnie spędzonych chwil. Może to nie było rozsądne, ale jakoś inaczej nie umiała. W końcu… byli całkiem dobrą parą, prawda?
Historia magii była chyba najgorszym z możliwych przedmiotów i Catherine naprawdę nie widziała w tym nic ciekawego. Zanudzało ją to na śmierć. Nie mogła pojąć, na co przydadzą się jej w życiu daty wszystkich wojen między goblinami a czarodziejami. No na co?!
Przysypiała nad książką już od dłuższego czasu i zapewne zasnęłaby, gdyby Casey nie wyrwał jej z krainy sennych marzeń, do której zbliżała się wielkimi krokami. Pospiesznie uniosła głowę, mrugając zaspanymi oczami. Uśmiechnęła się lekko, patrząc na chłopaka. Rozejrzała się dookoła. Zostali już tylko oni. Super.
- Na szczęście, zostawiłam różdżkę w dormitorium – uśmiechnęła się w odpowiedzi. – Poza tym… chyba byś mnie uprzedził, gdyby już kradli mi różdżkę, prawda?
Catherine