9.11.2013

le coucou


prof. Richard Dandrieu
d a t a   u r o d z e n i a: 19 czerwca 1937
m i e j s c e   u r o d z e n i a: Marsylia, Francja
s t a t u s   k r w i: czysta
r ó ż d ż k a: osika, pióro dirikraka, 14 cali, sztywna
p r z e d m i o t: starożytne runy
p a t r o n u s: niedźwiedź
b o g i n: samochód
z w i e r z ę: syczka Yvette
r o d z i n a: córka Joséphine

l u b i: Kubusia Fatalistę, L.C. Daquina, Sylabariusz Spellmana i bagietki na zakwasie
n i e   l u b i: skrzatów domowych, opadów atmosferycznych i wróżbiarstwa

agresywny, nietolerancyjny, tendencyjny
podobno uczy całkiem nieźle

___________________________________
Dziń dybry! Mam nadzieję, że fajnie będzie się nam pisało.
Wolno odpisuję - tak już mam.

16 komentarzy:

  1. [ witam pana profesora :D]

    Irina

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam w Hogwarcie! Chętnie zaproponuję wątek, choć nad powiązaniem musielibyśmy razem pomyśleć.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Szkoda, że moja postać nie chodzi na starożytne runy, ale i tak chcę wątek ^^.]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry. jak są chęci na wątek to zapraszam ]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dzień dobry. O chęci na wątek nie pytam, ale o jakieś pomysły już tak. Znajdą się?]

    Catherine

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzień dobry. Florean uczęszcza na starożytne runy.]

    Florean Hale

    OdpowiedzUsuń
  7. [W sumie, jesteś pierwszą osobą, która pojawiła się tutaj po mnie, więc postanawiam się przywitać:
    3...
    2...
    1...
    Dzień dobry. :)]

    Casyan

    OdpowiedzUsuń
  8. [Ech, jak widzisz, chciałam Cię oczarować moją nieśmiałością.
    Czemu nikt nie chce się na to nabrać?
    Ja chwilowo też nie mam pomysłów, ale jak sobie coś uroję w tej mojej makówie, to rozumiem, że nie zostanę spławiona, tak? Bo Casyan chodzi na runy :)]

    Casyan

    OdpowiedzUsuń
  9. [No, i czerwone włosy, i mugolskie ciuchy... Jessie to typowa nastolatka z NY, i nie ma zamiaru dostosowywać się do realiów Hogwartu ^^.]

    Hogwart był dla Jessie naprawdę dziwnym światem.
    Jakby na to nie patrzeć, całe swoje życie spędziła w Nowym Jorku, opuszczając go tylko na czas edukacji w Instytucie Magii w Salem, który słynął z tego, że był najbardziej promugolską szkołą magii na świecie. Młodzi czarodzieje mieli tam nawet elektryczność i telewizję, a przedmioty były zupełnie inne niż w Hogwarcie, i nastawione na zdobycie praktycznej wiedzy umożliwiającej życie wśród mugoli. Nastolatka bardzo tęskniła zwłaszcza za zajęciami z rysunku, których w Hogwarcie nie było, dlatego też musiała znaleźć inne sposoby, żeby wyżywać się artystycznie.
    Zazwyczaj w wolnych chwilach snuła się po szkole, ku wielkiej zgrozie Filcha testując rozmaite zaklęcia dekoratorskie na gargulcach czy innych elementach wystroju. Nie zrażały ją żadne szlabany, ba, Jessie wręcz czekała na dzień, kiedy wreszcie ją z Hogwartu wyrzucą i odeślą do Ameryki, ale jak na złość kończyło się co najwyżej na stracie punktów czy nieprzyjemnych zadaniach, takich jak polerowanie sreber.
    Przemieszczała się korytarzem w podskokach. Zaraz po lekcjach pozbyła się niewygodnej, przydługiej szaty, więc teraz każdy mógł zobaczyć jej t-shirt z Myszką Miki, dżinsy pochlapane farbami oraz czerwone conversy, a jej czerwone, nastroszone włosy podskakiwały energicznie przy każdym jej ruchu. Do tej pory nie mogła się nadziwić, że brytyjskie konserwy nadal tkwiły do tego stopnia w ciemnogrodzie i nosiły coś tak niepraktycznego jak szaty. Ogólnie jeśli chodzi o wygląd, była istnym ewenementem i to nie tylko pod względem metamorfomagii, a nawet stylu ubierania. Prawie wszystkie inne dziewczyny nosiły grzeczne spódnice i swetry, a ona z uporem maniaka zakładała dżinsy i luźne koszulki. I nie obchodziło jej to, że jej nowoczesny, mugolski wygląd mógł kogoś razić.
    Była w trakcie wieszania na ścianie dość osobliwych dekoracji, kiedy nagle usłyszała czyjeś kroki. Natychmiast odsunęła się i wsunęła różdżkę do kieszeni dżinsów.

    OdpowiedzUsuń
  10. [dla mnie pomysł bomba! tylko jest mały problem ja nie umiem zaczynać, a może to bardziej lenistwo ;P ]

    OdpowiedzUsuń
  11. [tylko to by wymagało od Dandrieu (o, jak ładnie!) przesiadywania w Świńskim Łbie lub chociaż jednorazowego, przypadkowego wejścia do środka gospody. hmm?]

    OdpowiedzUsuń
  12. [Więc mnie przypadło zaczęcie? ;)]

    Zbliżały się mroczne czasy... Za murami Hogwartu szalał wiatr, przez co konary traciły ostatnie, zdobiące ich liście a wieczorny deszcz stał się rytuałem. Jednym słowem pogoda nie zachęcała do spacerów, czy wychylania nosa za próg. No chyba, że zdarzali się odważni, który chłodu się nie bali. Vance jednak wolała grzać się w Pokoju Wspólnym Gryfonów, bądź szukać przygód, o które w Hogwarcie trudno nie było.
    Była młodziutka, ale bardzo dojrzała. Niewątpliwie wpłynęło na to wychowanie jej przez babkę, sędziwą staruszkę, która swoje złote myśli wpajała Emmelinie jak mantrę. Dobrze to wspomina i póki co nie żałuje, że odebrała takie a nie inne wychowanie.
    A więc i tego wieczora postanowiła nie próżnować tylko udać się nie jakże ciekawą przechadzkę po zamku. W końcu przez sześć lat, które tu spędziła, nie zdołała odwiedzić wszystkich zakamarków... I czasem wydawało jej się to niemożliwe. W końcu to magia. Wymykając się po cichu, by zostać niezauważoną przez rówieśników, swoje kroki skierowała na trzecie piętro. Bez głębszego sensu, po prostu tak poniosły ją kroki... W końcu i tak niewiele miała dziś do zrobienia.
    Idąc trochę rozglądała się po korytarzach, jakby czegoś wyszukiwała. Czegoś lub kogoś? Co za różnica? Byle zająć się czymś, zabić rutynę i nudę... A wtedy... Wtedy coś przykuło jej uwagę, dokładniej książka. Podchodząc bliżej i biorąc do ręki, ciężką i dość obszerną księgę, przeczytała.
    - Runy dla zaawansowanych... - uniosła brwi, a w jej ciemnych oczach zatlił się płomyczek. I już miała pomysł na dzisiejszy wieczór. Nie wiadomo tylko, czy ów osoba, zechce poświęcić jej czas. Tak też pognała w stronę sali od Starożytnych Run. Droga była długa i jak nigdy okropnie się dłużyła. Wprowadzało ja to w irytację, ale ku jej zdziwieniu tuż za zakrętem ujrzała odpowiednią salę. Od razu na jej ustach zakwitł uśmiech, a ona bezpretensjonalnie wkroczyła do pomieszczenia.
    - Profesorze Dandrieu? - rzuciła idąc w głąb i nieco się rozglądając. - Profesoooo... - tutaj urwała i posłała mężczyźnie uśmiech. - Właśnie Pana szukałam. - odparła, a księgę ułożyła na brzegu ławki. - Pamiętam, że kiedyś wspomniał Pan o manuskryptach zakodowanych runami... Tych, które dotyczą eliksirów. Ma Pan je jeszcze? - zapytała z nutką tajemniczości i nadziei w głosie, że razem będą mogli zrobić coś kreatywnego.

    Emmeline Vance

    OdpowiedzUsuń
  13. Natomiast świat Jessie wyglądał zupełnie inaczej. Od urodzenia żyła na pograniczu dwóch światów, mugolskiego i czarodziejskiego, jednak o wiele mocniej zanurzona była właśnie w tym pierwszym. O ile magia stanowiła dla niej dodatek i fajną rzecz do ułatwiania sobie życia, tak świat mugoli był dla niej czymś naturalnym, gdzie czuła się dobrze i swobodnie, pomijając fakt, że musiała bardzo szybko nauczyć się kontrolować metamorfomagię. To był jedyny mankament. Ale że amerykańscy czarodzieje mieli zgoła odmienną mentalność niż Brytyjczycy, to życie w wielkim mieście było dla Jessie naturalne. Dla niej to Hogwart był czymś dziwnym i niepojętym, i głęboko współczuła tym nieszczęsnym, czystokrwistym dzieciakom, które nigdy nie widziały telewizji, nie jechały samochodem, nie spacerowały ruchliwą ulicą w centrum Manhattanu. Te rzeczy, tak oczywiste dla młodych czarodziejów w Ameryce, u większości uczniów Hogwartu budziły zdumienie i niedowierzanie, a u niektórych nawet niechęć.
    Magia także miała zalety, oczywiście. W końcu za pomocą różdżki można było stworzyć znacznie ciekawsze rzeczy niż bez niej, niemniej jednak, Jessie czuła się bardziej mugolką niż czarownicą, i preferowała czerpanie z obydwóch światów, nie tylko ograniczanie się do samej magii.
    Ujrzawszy nieznanego jej mężczyznę, uniosła brwi ze zdumieniem. Nie wyglądał jej na ucznia, ani też jej nie uczył, więc szybko uznała go za nauczyciela któregoś z przedmiotów, których nie miała w planie. Jego uwaga nieco ją uraziła, jednak zamaskowała to za beztroskim, niefrasobliwym uśmiechem.
    - Och, szata została w wieży, nie widzę sensu, aby nosić coś tak okropnego, kiedy nie jest to absolutnie konieczne - stwierdziła szczerze i bez ogródek. Jessie zawsze była do przesady szczera, nawet jeśli rozsądek kazałby trzymać dziób na kłódkę.
    Posmutniała jednak, kiedy dekoracje, które wyczarowała, zniknęły. Jej włosy pociemniały nieco na końcach. W Hogwarcie nie starała się tak bardzo kontrolować.
    - Dlaczego pan to zrobił? Przecież tak korytarz wyglądał zdecydowanie dużo lepiej - powiedziała, kiedy opuścił różdżkę. - Chciałam wyżyć się artystycznie i przy okazji przyłożyć swoją rękę do tego, by Hogwart był jeszcze ciekawszy.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ptaków właściwie bała się od zawsze i nikt nie umiał w racjonalny sposób tego uzasadnić. Po prostu Catherine na sam widok tych pierzastych potworów wpadała w panikę i najchętniej uciekała. Najbardziej jednak przerażały ją sowy. One były naprawdę upiorne. Leveson nie była więc zdziwiona, kiedy, stanąwszy po raz pierwszy z boginem oko w oko, ten przybrał postać sowy.
    Wysłanie listów było więc dla niej istną katorgą, tak samo jak poranna poczta. Między innymi dlatego przychodziła zawsze z opóźnieniem na śniadanie. Funkcjonowanie w świecie czarodziejów przy jednoczesnym panicznym lęku przed sowami było naprawdę… skomplikowane. Tym bardziej, że Cath nie miała w planach schodzenia na zawał przed ukończeniem szkoły.
    Zbiegała ze schodów w ekstremalnym tempie. Na szczęście, korytarz był zupełnie pusty i jedynie mężczyźni z obrazów pokrzykiwali do niej, aby zwolniła. Ona jednak zwolnić zamiaru nie miała. Zaciskała z całej siły palce na pasku swojej torby. Śmignie koło sowiarni jak burza i poleci dalej. I będzie po wszystkim. Zero kontaktu z sowami.
    Plan był dobry, tylko wykonanie niekoniecznie. A przynajmniej byłoby dobre, gdyby nie ta przeklęta sowa, która pojawiła się znikąd i po prostu rzuciła się na biedną, przerażoną Cath, która przerażona nie była w stanie wydobyć z siebie nic poza piskliwym krzykiem. Starała się jakoś odgonić od siebie to upiorna ptaszysko, które chyba dobrze się bawiło, bo gdy tylko dziewczynie udało się ją na moment odgonić, to z powrotem pikowała w jej stronę i łapała szponami ciemne kosmyki Puchonki.
    Catherine naprawdę była przerażona i ledwo już trzymała się na nogach. Nie była w stanie racjonalnie myśleć, bo gdyby była, to pewnie użyłaby różdżki, a tak… mogła tylko krzyczeć i machać jak opętana nogami, starając się nie stracić przytomności.

    Catherine

    OdpowiedzUsuń
  15. [od razu mówię, że moje wątki są chaotyczne, bo moje postacie takie są ;) ]

    Wyczaruj swojego patronusa. Takie oto ulotki wisiały w całej szkole, a te wredne, a dla Amelie urocze, latały i powtarzały wszystkim uczniom szkoły o takiej akcji. W zasadzie miała nie zwracać uwagi na te kartki papieru, ale te "urocze" nie dawały jej spokoju, a to było jej zadanie, więc w końcu stwierdziła, że skoro weźmie udział w wydarzeniu, to będzie mieć święty spokój. No tak, ale od czego zacząć? Było tylu chętnych, że o OPCM mogła zapomnieć, więc musiała wymyślić coś innego. Chodziła tak po korytarza zamyślona, że nawet nauczyciele byli zdziwieni, bo nie wydobywała z siebie ani jednego słowa.
    W końcu jej ma mały móżdżek wymyślił, że każdy profesor potrafi wyczarować patronusa, więc obojętnie do kogo pójdzie, to jej pomoże. Chwyciła pierwszą lepszą ulotkę i pognała do wybranej sali. W pokoju, za biurkiem siedział nauczyciel, który tylko podniósł głowę, gdy ta wbiegła do sali z imetem. Bezczelnie rzuciła kartkę papieru na mebel i spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
    - Dzień dobry - skinęła lekko głową i zaczęła swoją wypowiedz. - Ostatnio te ulotki strasznie mnie denerwują, latają za mną i spokoju mi nie dają. Dziwne, bo ja zazwyczaj mam tyle na głowie, że wszystko mnie unika. Właściwie, to aż się dziwie, że takie coś podleciało do mnie, ale to znak, że muszę się tego nauczyć. W zasadzie to ja paatronusa próbowałam wyczarować, ale zawsze jest samo, zero kształtu, a raz to nawet mgiełka się pokazała. Te moje zwierzątko to mnie nie lubi, bo nie chce współpracować...

    OdpowiedzUsuń