
Florean Hale
Slytherin, VII klasa
Birmingham, Anglia
pyton, tornado
w szkole trzyma bezimienną ropuchę
Nie przepada za mugolami, uważa Huncwotów za najżałośniejszą grupę z jaką kiedykolwiek miała nieprzyjemność mieć do czynienia i gdyby mogła, miotałaby Cruciatusem na każdego, kto stanąłby jej na drodze w gorszy dzień. Chciwa, zachłanna, wszystko mi daj, niech to będzie moje. Lubi czytać książki, ale nie przepada za ciszą zupełną; woli hałas, gwar, ale jak ją ktoś będzie pstrykać, to palec odgryzie. Specyficzny człowiek, który miłość okazuje w specyficzny sposób, a najczęściej w ogóle nie okazuje, bo jej się nie opłaca. Lubi opowiadać o swoich planach, jakiekolwiek by one na daną chwilę nie były, aczkolwiek żaden z niej słuchacz, szkoda jej czasu na cudze troski. Ambitna - nic nigdy nie jest wystarczające, nic nie jest dokładnie takie, jak sobie to wymarzy, zawsze coś pójdzie nie tak, nie ma idealnych ludzi, ani sytuacji, które idą idealnie po naszej myśli i takie jest życie, ale ona tego nie rozumie. Od czasu do czasu pobolewają nerki, ale trzyma się dzielnie, przy tym dając ludziom mocno w kość.
Tak lepiej.
[Witam cieplutko :)]
OdpowiedzUsuńMaggie
[ Zespół Fatalne Jędze jeszcze w 1976 nie istniał, raczej nie mogła ich nie znosić chyba, że wybiega na kilkanaście lat do przodu :)]
OdpowiedzUsuńSophia
[Mogę prosić jakiś odnośnik, gdzie jest napisane w którym roku powstały Fatalne Jędze?]
Usuń[ odnośnika nie ma, ale ich członkowie rodzili się po 1970 roku. Przynajmniej tak mówi wujek Google.]
Usuń[No to dzięki za informację, bo pomyślałam, że już wtedy byli i mogli irytować.]
Usuń[Myślę, że jeśli obie się postaramy, to czemu nie. :>
OdpowiedzUsuńJakiś pomysł?]
Maggie
[ Ach, ten gif i to spojrzenie! Witam i zapraszam do wątku ;) ]
OdpowiedzUsuńIrene Goldstein
[Na Flo Monty zawsze siłę znajdzie! A tak w ogóle to miło cię tu widzieć <3]
OdpowiedzUsuńMonty
[Możemy, ale przydałaby się zmiana toku wątku. Wiesz, może coś innego, niż udawanie chłopaka przed natrętnym wielbicielem, co potem, oczywiście, miałoby się zmienić w prawdziwą sympatię.]
OdpowiedzUsuńMonty
[Nie śmiej się z węża, tududu tududu, bo on chapie! ;_;]
OdpowiedzUsuńDaniel
[Cii, i tak długo byśmy nie popisały.
OdpowiedzUsuńTo klasyczne lovestory odpada, bo niezbyt umiem pisać takie wątki. Ale ten pierwszy pomysł jak najbardziej mi odpowiada. Chyba wychodzi na to, że mam zacząć, więc zrobię to, ale odrobinkę później, ok?]
Monty
Jego samego nieco dziwiła sytuacja, w jakiej obecnie się znajdował. Wcześniej nigdy nawet nie podejrzewałby, że mógłby nazywać którąś z uczennic swoją "dziewczyną" i spędzać czas inaczej, niż na samotnym wytykaniu cudzych błędów czy nauce. Nie równało się to oczywiście z zatracaniem własnych przekonań, skądże, teraz musiał po prostu nieco inaczej rozplanowywać wolne. A zaczęło się tak niewinnie, od wieczora w bibliotece i dyskusji na temat pomysłu obecnego ministra odnośnie wprowadzenie bezwzględnego zakazu nauki w Hogwarcie dla mugolaków. Oczywistym było, że Ministerstwo jest infiltrowane przez Voldemorta, ale to chyba nie przeszkadzało Norringtonowi w przekonaniu się, że nie wszystkie dziewczyny są irytujące. Przynajmniej na razie.
OdpowiedzUsuńAle to nie była Florean. Dziwne, prawda? Po tych kilku miłych chwilach na rozgrzanych słońcem błoniach, kiedy to wydawało się, że nie ma innej możliwości! I nawet jabłkami się z nią podzielił. Co nie zmienia faktu, że nawet będąc z "tą inną" myślał czasem o Hale, jakby był jej coś winien, chociażby byle przeprosiny. Gdyby tylko umiał się na takowe zdobyć... Zresztą, przecież nie będzie robił z siebie głupka, Florean z pewnością by go wyśmiała, gdyby choć wspomniał o tym, jak bardzo miło mu przebywać w jej towarzystwie.
Bywały też momenty, kiedy żałował, że popadł w jakieś obowiązki względem innej osoby. Cenił sobie spokój i dozę egoizmu, z którą zwykł się zachowywać. Z tego powodu, pewnego wieczora nie wrócił od razu do lochów, a snuł się po zamku licząc, że nie wpadnie na nikogo - prefekta czy zwykłego ucznia - i nacieszy się samotnością. Jego dziewczyna była cudowna, tak, ale i jej miał czasem dość, nawet jeśli spotykali się dopiero niecałe trzy tygodnie. Większość tego czasu przesiedział w jakiejś klasie, czytając gazetę przy bladym świetle różdżki, a każdy najcichszy szmer był jak zapowiedź nauczyciela wpadającego z impetem do środka pomieszczenia. Jednakże nic takiego się nie stało, nawet Filch i jego kotka zdawali się ugrząźć w innej części Hogwartu. Monty myślał też trochę o minionym popołudni, który spędził z dziewczyną w jednym z mniej uczęszczanych korytarzy. Och, nie robili nic złego, przynajmniej nic, co spotkałoby się z dezaprobatą zwykłego siedemnastolatka.
Dwanaście uderzeń z zegarowej wieży dało chłopakowi do zrozumienia, iż najwyższa pora wracać. Schował czasopismo do torby, zgasił różdżkę i nieco na czuja zszedł na dół, stawiając ciężkie kroki na schodach. Księżyc nie świecił tak jasno, jak zwykle, więc tym razem nie służył dużą pomocą, ale mimo to jakoś udało się Norringtonowi bezpiecznie dotrzeć aż na sam dół. Przebiegł Salę Wejściową i niemalże stratował przejście do pokoju wspólnego, w pośpiechu szepcząc hasło. Bał się konsekwencji, bo wiedział, że robi źle.
W saloniku Ślizgonów od razu się uspokoił, odetchnął i... Nawet parsknął cichym śmiechem, rozbawiony własnym przerażeniem. Otarł pot znad górnej wargi, w tej chwili też dostrzegł, że nie jest tutaj sam. Zmarszczył brwi, widząc Florean, siedzącą na jednym z foteli, z miną dość oburzoną. Nie był pewien, czy go zauważyła, ale zignorowanie jej byłoby niegrzeczne. Podszedł więc kilka kroków bliżej.
- Dlaczego nie śpisz? - spytał, zapominając o jakimkolwiek powitaniu. Poza tym widzieli się na śniadaniu i później w ciągu dnia, bezsensownym byłoby więc ciągłe mówienie sobie "Cześć!".
[Nie płacz, nie płacz, kupię ci chechłacz. Wybacz, musiałam.
OdpowiedzUsuńNa CH to ja myślałam, że ona trochę rozsądna, a teraz to Florean chyba obmyśla 1000 skutecznych sposobów na śmierć w męczarniach. ;-; Cyryl by się łasił, jakby miała żarcie, bo za darmo to on tylko oczy wydrapuje. Jakby go wyleviosowała to afera jak stąd do Azkabanu, bo mimo wszystko Daniel się do pchlarza przywiązał. Wiesz co, niemiecki we mnie dziwne uczucia wywołuje i mi się podoba taka wizja.
Chcesz zacząć, hmmm?]
Daniel
[Tylko nie przesadź, bo mimo wszystko to nadal kot, nawet jeśli lubi robić innym kotom, chociaż bardziej ludziom, krzywdę. Ale aż się boję, bo fizyka to zło źlejsze od Cyryla, łomujeju.
OdpowiedzUsuńGugle też nie wiedzą, pewnie też jakiś towar od od Ruskich.]
Daniel
Przejechał dłonią po twarzy, ganiąc się w duchu za zapominalstwo. Kompletnie wyleciało mu z głowy, że miał jej pomagać przy historii, na co zresztą chętnie przystał. Nawet siedząc w tamtej klasie odnosił wrażenie, że chyba miał coś zrobić, ale skoro nie mógł sobie uprzytomnić tego od razu, odpuścił i czytał dalej. A teraz zadawał sobie pytania z serii "Co jeśli związki naprawdę odmóżdżają?" i miał ochotę lecieć do swojej wybranki, by poinformować, że zdecydowanie woli swój mózg od niej.
OdpowiedzUsuń- Cholera - mruknął bez przekonania, jakby ot, chciał sobie zakląć w obecności kobiety. Ziewnął, podszedł do fotela sąsiadującego z kanapą, na której siedziała Florean, i zerknął przelotnie na leżące na stoliku pergaminy. - Zapomniałem na śmierć. Ale widzę, że coś napisałaś, całkiem sporo do tego. Mam to przejrzeć? Poprawić? - W jego głosie nadal nie było słychać zapału, co zapewne spowodowane było późną porą. Ale zważywszy na to, że obiecał oraz, że obiecał to Hale, mógł poświęcić te kilka minut jej i jej pracy domowej.
Nie czekając na odpowiedź sięgnął po szkolną torbę, wygrzebał gruby - nadprogramowy, rzecz jasna - podręcznik do historii, pióro i dwa jabłka. Uśmiechnął się gorzko, gdyż pomyślał sobie, że te owoce stały się czymś w rodzaju stałego punktu ich spotkań, żadne nie odbyło się bez ich smaku. Miał tylko nadzieję, że dzisiejszy wieczór nie skończy się limem spowodowanym przez jabłko wycelowane prosto w jego twarz. Hale wyglądała tak, jakby od dziecka ciskała w ludzi przedmiotami.
- Złościsz się tylko o to? - To pytanie wyrwało mu się z ust zupełnie niekontrolowanie. Chyba w jakiś tam sposób był ciekaw, co dziewczyna sądzi o jego związku, czy ma mu za złe to, że spędzają razem mniej czasu, czy... jest zwyczajnie zazdrosna. Norrington zwykle nie przejmował się ludzkimi odczuciami wobec niego, właściwie to wyłączał uszy za każdym razem, kiedy ktoś zamierzał wygarnąć, co o nim sądzi. Jednak teraz wręcz marzył o tym, aby Hale wykazała najmniejszą dozę irytacji, bo oczywiście nie zdawał sobie sprawy, że to niestawienie się na obiecanych korkach z historii może być jedynie wymówką dla czegoś dużo ważniejszego.
Chcąc zająć czymś dłonie o oczy sięgnął po pierwszą rolkę jej wypracowania, odnalazł odpowiedni rozdział w swojej książce, i zaczął sprawdzać. Chociaż nie, nie sprawdzał, po prostu patrzył na litery, ale ich nie czytał, wciąż czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Flo. Również taką, gdzie prycha i wychodzi, zostawiając go z tym wszystkim. Niech to szlag, kiedy zaczął się tak nad sobą roztkliwiać? Brakowało mu tego Monty'ego sprzed kilku miesięcy, teraz jakby nie był sobą.
[Pomysł fajny, ale... Maggie nie ma ojca, więc co najwyżej rodzice Flo mogli znać jej matkę.
OdpowiedzUsuńRodzice Flo należą do tych, co utrzymują kontakt z samotnie wychowującą dziecko mugolką?:>]
Maggie
[Dżony? CIACHO? W sensie dosłownym chyba :D]
OdpowiedzUsuńJohn
[Piąta woda po kisielu może nie, ale skoro mówisz, że matka Flo nie taka bryła lodu, to mogą się i znać od dzieciństwa. Tyle tylko, że Maggie nie mogła mieć pojęcia, że Flo jest z magicznej rodziny, bo w moim zamyśle dowiedziała się o tym dopiero, kiedy dostała list z Hogwartu. :>]
OdpowiedzUsuńMaggie
[Dobra. Muszę zacząć. Jutro. Dobra?:>]
OdpowiedzUsuńMaggie
[a dziękuję, chociaż zdjęcie ulegnie z pewnością zmianie ;)
OdpowiedzUsuńmoże jakiś pomysł na powiązanie, wątek? ewentualnie zacznę ;D]
To "ich big love" wcale nie było idealne. A przynajmniej Monty tak o tym nie myślał, przeciwnie. Był zawiedziony rozbieżnością własnych oczekiwań wobec związku, a jego faktycznym przebiegiem, co nie oznaczało jednak, że zamierzał zrezygnować. Nie od razu. Był facetem, a faceci lubili czuć się mądrzejsi od kobiet, a jego dziewczyna doskonale wywiązywała się z tegoż zadania. Idiotką oczywiście nie była, z taką wstydziłby się pokazać, acz w pewnych kwestiach zwyczajnie się myliła. Przepadał za uświadamianiem jej tego.
OdpowiedzUsuńDoskonale też wiedział, że trzymany przez niego esej jest bezbłędny, ale mimo to go przeczytał, dla zasady i żeby udowodnić Hale, iż nie rzuca obietnic na wiatr. Nawet, jeśli spóźnił się więcej, niżby wypadało. Dlatego puścił mimo uszu jej zaprzeczenie odnośnie złoszczenia się i przez kilka minut milczał, czytając, a jedynym dźwiękiem było rozwijanie rolek pergaminu.
- Powiedz mi jedną rzecz. To, co napisałaś, jest absolutnie niepodobne do pracy osoby, która potrzebowałaby pomocy z historią magii. Po co więc mnie o to prosiłaś, skoro oboje wiemy, że jesteś w tym prawie tak dobra, jak ja? - spytał, odkładając zwinięte wypracowanie na stolik, po czym wlepił wzrok we Florean.
Znał odpowiedź, oczywiście, że znał. Chciał po prostu zmusić Hale do powiedzenia tego, co powinno paść już dawno, może nie w jakiś wielce górnolotny sposób, ale i tak... Chyba, że Norrington tylko sobie coś ubzdurał, wtedy wymyśli coś, aby wszystko wypadło naturalnie. Oparł się wygodniej o krzesło i potarł oczy, aby senność nie zmorzyła go zbyt szybko, choć najchętniej już by się położył. Był pewien, że jutro nie będzie mógł zwlec się z łóżka, a nie chciał dawać współlokatorom powodów do rzucania w niego poduszkami. Strasznie tego nie lubił.
[Cholera, wybacz tę długość.]
Usuń[Cześć, cześć.]
OdpowiedzUsuńFrederick Hubbard
Florean była dziwnym, ale stałym elementem w życiu Maggie, która jednak za jasną cholerę nie potrafiłaby tej znajomości zdefiniować. Może to było w tym najlepsze? Definiowanie nie wychodziło jej na dobre. Uciekała, kiedy zaczynało się robić zbyt poważnie, nie tylko jeśli o miłostki chodzi, a ostatnimi czasy dystansowała się emocjonalnie tak bardzo, jak tylko mogła. Tak więc niezdefiniowana, dziwna, pełna sprzeczności relacja ze Ślizgonką bardzo jej odpowiadała.
OdpowiedzUsuńPotrafiły spędzać ze sobą naprawdę dużo czasu, tylko po to, żeby później nie odzywać się do siebie przez miesiąc. Nie wiedziała już nawet ile czasu się znają. To było jeszcze za czasów, kiedy miała siebie, i Flo, za zupełnie normalną dziewczynkę, która do końca życia będzie męczyć się z matematyką. Do dziś pamiętała ten dzień, kiedy pobiegła do niej ze swoich hogwarckim listem, a Florean nie była ani trochę zdziwiona istnieniem magii. Wtedy Maggie poważnie się na nią obraziła, jednak nie na długo. W końcu miała tam być zupełnie sama, nie chciała zaczynać tego nowego rozdziału życia od konfliktów.
A później jakoś się toczyło. Flo pojawiała się i znikała, podobnie było z Maggie. Gdyby ktoś ją o tę Ślizgonkę zapytał, pewnie wzruszyłaby ramiona.
Bo znały się długo. Florean wciąż bywała złośliwa w stosunku do Maggie i jej nieobeznania w czarodziejskim świecie, a Maggie wciąż obrażała się na Florean.
A jednak szła na spotkanie za każdym razem, kiedy coś wymyślały, choć wiedziała jak to się skończy.
Tak jak i tym razem. Wiedziała, czego może się spodziewać. Na Boga, było Halloween. Mimo to, siedziała w pustej klasie ze swoją ślizgońską koleżanką, czując dziwny, irracjonalny lęk.
[Chaos. Przepraszam.]
Maggie
[Tak.]
OdpowiedzUsuń[Cześć. Można.]
OdpowiedzUsuń[To najprawdopodobniej jutro zacznę.]
OdpowiedzUsuń[Florean pewnie przestanie go lubić, jak się dowie, że nie chce być śmierciożercą.]
OdpowiedzUsuńFrederick Hubbard
[Ugh, nie tylko wątkami mnie zawalili. Dobrze, że mamy długi weekend.]
OdpowiedzUsuńNorrington nigdy nie miał dziewczyny, nawet nie wzdychał do żadnej. Zbyt wiele czasu poświęcał książkom i nauce, ale nie takiej kujońskiej, polegającej na wkuwaniu - naprawdę się uczył, wiele dawały mu ćwiczenia, które sam sobie organizował, oraz lektura magazynów naukowych z różnych dziedzin. Miał spore ambicje, niezmącone nawet szalejącym wokół Voldemortem, bo nawet jeśli ten człowiek chciałby kiedyś przejąć Ministerstwo, to Monty jako Ślizgon posiadał dość spore szanse na dostanie tam pracy, o ile się przyłoży. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że ta "praca" mogłaby wyglądać nieco inaczej, niż sobie wyobrażał, ale póki nikt mu nie każe torturować ludzi, był gotów na wszystko. Nie żeby się bał śmierci przez nieposłuszeństwo, po prostu obrzydzało go ludzkie cierpienie. Zdecydowanie daleko mu było do altruistów i ludzi współczujących.
Dopiero Hale sprawiła, że nauka stała się odrobinę mniej ważna, ale wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy. Ot, spędzanie czasu z koleżanką, nic nadzwyczajnego. A jednak. Niestety, zdał sobie z tego sprawę za późno, kiedy już miał zapełniony grafik nowymi zobowiązaniami wobec innej dziewczyny.
Gdyby nie dała mu powodu, toby nie drążył tematu. W sumie od początku cała ta sprawa z pomaganiem Florean w nauce wydała mu się mocno naciągana, ale nie mówił nic, gdyż to była jedyna okazja do ponownego spędzania czasu razem. Nie wiązał z tym wielkich nadziei, w sumie nigdy nie oczekiwał wiele po ich znajomości, ale teraz często przyłapywał się na tym, że różne rzeczy wolałby robić z Hale, niż obecną dziewczyną - rozmawiać, pójść do Trzech Mioteł na piwo kremowe, wymieniać się opiniami odnośnie kolejnych zniknięć mugoli, drwić z innych. Dlatego uznał, że ten wieczór w pokoju wspólnym jest dobrą okazją, by ostatecznie przekonać się, czy ma rację w stosunku do pewnych swoich podejrzeń, czy nie.
- Bo to dziwne. Wcześniej dawałaś radę beze mnie, teraz też poradziłaś sobie świetnie, choć niby potrzebowałaś pomocy. - Spoglądał na nią przez moment, a później sięgnął po jabłko. Odgłos wgryzania się w nie potoczył się po pokoju, brzmiąc w panującej wokół ciszy nienaturalnie głośno.
Milczał niecałą minutę, patrząc tępo w obicie kanapy, a później zmarszczył brwi.
- Wiesz, że nie musisz stosować takich niemądrych podstępów, abym znalazł dla ciebie czas? Wystarczy spytać - sarknął. Jeśli ona naprawdę uważała, że wymyje się z jego pamięci zastąpiona innymi wspomnieniami, to grubo się myliła. Do tego Monty nigdy nie podejrzewałby ją o tak głupie obawy, zawsze uważał Hale za kogoś, kto umie postawić na swoim i klarownie dać do zrozumienia, że coś się dzieje albo jej nie podoba. Najwyraźniej było to błędne myślenie.
Skoro już jesteśmy przy rodzinie, to Norringtonowie niczym się w sumie nie wyróżniali - od pokoleń czysta krew, w Hogwarcie od zawsze w Slytherinie, a niekiedy chore ambicje zaklepały sobie miejsce w kodzie genetycznym. Byli nudni pod tymi względami, ale od reszty rodzin czystokrwistych odróżniało ich to, że nie przejmowali się kwestią mugoli i szlam, nie tak drastycznie. Owszem, woleliby, żeby Hogwart był dostępny dla stuprocentowych czarodziejów, ale nie pochwalali okrutnych metod Voldemorta i jego psychopatycznego wręcz dążenia do oczyszczenia magicznego świata. Siedzieli w swoich domach, popijali herbatę i starali się nie brać udziału w wojnie.
OdpowiedzUsuńRodzice Monty'ego nauczyli go wiele, szczególnie ojciec, bo matka wpoiła mu jedynie sztywne zasady dobrego wychowania i umiejętność zachowania w towarzystwie. Starszy Norrington natomiast za cel postawił sobie wychowanie syna na porządnego obywatela, nawet jeśli sam obecnie przebywał w Azkabanie - za przewinienie niepowiązane ze śmierciożercami - i jedynie poprzez listy uczył pierworodnego życia. Umknęła mu tylko kwestia mówienia o swoich emocjach, ale to pewnie dlatego, że sam za najlepszy sposób wyrażania uczuć uważał sam fakt, że się stara. Juniorowi to wystarczało.
Wcale nie próbował wywołać dramatów, bo tychże nie znosił, ale miał dość wszystkich luk w ich znajomości. Jeśli mieli być zwyczajnymi znajomymi, to najlepiej od razu sobie wszystko wyjaśnić, wtedy będzie mógł skutecznie usunąć pewne fakty z własnej głowy i żyć bez poczucia straconego czasu. Z drugiej strony bał się, że to wszystko może zajść za daleko i koniec końców oboje zostaną z ręką w nocniku.
Zaskoczyła go tym pytaniem, ale jednocześnie uspokoiła - nie brzmiało jak takie zadane przez kolejną koleżankę. Albo może mu się tylko wydawało. Tak czy owak, wstał z fotela, bo zamierzał sobie zaraz iść, poza tym chciał w ten sposób zyskać na czasie i wymyślić odpowiedź, która nie będzie mówiła do końca jasno, co Norrington czuje. W razie gdyby Hale myślała inaczej, niż on.
Już miał zacząć, kiedy jabłko nagle wyleciało mu z ręki i z impetem uderzyło w ścianę, zostawiając po sobie mokrą plamę. Zirytowało chłopaka takie zachowanie, bowiem jeśli już mieli rozmawiać na poważnie, takiej postawy oczekiwał od Florean. Tymczasem ten incydent wyglądał jak akt złości rozjuszonej kilkulatki.
Patrzył chwilę na jabłkowy ślad, po czym przeniósł wzrok na Hale. Widać było na pierwszy rzut oka, że ma dość na obecną minutę zarówno jej, jak i całej sytuacji.
- Wiesz, co mnie przy niej trzyma? To, że jak coś jest na rzeczy, mówi o tym od razu, nawet jeśli potencjalnie miałaby wyjść na idiotkę - warknął rozeźlony i chwycił swoją szkolną torbę. Dopiero potem miał się zastanawiać nad przesadą swojej reakcji, ale teraz zmierzył Flo niechętnym spojrzeniem.
- Najwyraźniej wybrałem złą porę. Dobrej nocy życzę - rzekł uprzejmie i ruszył w kierunku dormitoriów.
Nie skreślał jej, nie ostatecznie. Byłby skończonym kretynem, gdyby z powodu głupiego jabłka zaprzepaścił wszystko, co mogłoby się między nimi wydarzyć. Jednakże był tak zły, że nie dała mu dokończyć, tylko wyprawiała jakieś cuda z różdżką... Nienawidził, gdy ktoś mu przerywał w taki sposób. Może za tydzień, miesiąc, jutro nawet!, uda im się normalnie pogawędzić. Może.
Długo trwało, zanim wreszcie zasnął. Przez cały ten czas myślał o tym, że ich rozmowa mogła się potoczyć inaczej, że mogli rozejść się w zgodzie albo chociaż udając, że jest dobrze. Był zły na siebie, że tak ostro zareagował, ale z drugiej strony dziwnie by wyglądało, gdyby zignorował jej nagły napad złości i wyleciał z jakimiś deklaracjami. No, może nie aż tak, ale zamierzał powiedzieć kilka rzeczy, które prawdopodobnie uporządkowałyby wszystko między nimi.
OdpowiedzUsuńWcale też nie oczekiwał od Hale, że zrobi coś wielkiego, że poda jak na talerzu wszystkie uczucia względem niego. Po pierwsze - czułby się zażenowany i nie wiedziałby, jak zareagować (nawet gdyby odpowiedziałby jej podobnie), a po drugie - właśnie, znał ją. I siebie znał, mogli inaczej to rozegrać, zamiast rzucać jabłkami, prawda? Ciekawe, co by było, gdyby ją wtedy zignorował i poszedł od razu do siebie... Może nie byłby taki zły, jak teraz.
O Halloween wiedział po przebudzeniu tylko dlatego, że przypomniała mu się informacja jego dziewczyny o wypadzie z koleżankami do Hogsmeade. Nie miał nic przeciwko, bo przyda mu się trochę spokoju, zwłaszcza po ekscesach poprzedniej nocy. Reszta jego współlokatorów już wyszła, więc jak na razie nic nie dawało mu powodów do irytacji. A coś mu podpowiadało, że dziś to uczucie będzie mu towarzyszyło przez cały dzień.
W Wielkiej Sali panował typowy dla tego miejsca gwar, urozmaicony latającymi dyniami i duchami panoszącymi się bardziej, niż zwykle. Jeden z nich, duch rycerza, bezczelnie przegalopował na swoim rumaku przez Monty'ego i sprawił, że zrobiło mu się strasznie zimno. Klnąc na głupotę tych przeźroczystych istot minął jakąś dziewczynę krzyczącą do Hale i syknął tylko, by się zamknęła. Po dotarciu do stołu Ślizgonów złapał jakiegoś pierwszaka za fraki i dosłownie wywlókł z ławy.
- Zjeżdżaj stąd, to moje miejsce - warknął, odpychając młodego. Chłopiec nie chciał chyba załazić nikomu za skórę, więc szybko zniknął mu z oczu, ale nie pojawił się w żadnym innym miejscu przy stole. Norrington rzucił Florean spojrzenie spode łba i sięgnął po koszyk z chlebem, aby zrobić sobie kanapkę. Nie miał ochoty na jedzenie, ale jego żołądek uparcie twierdził, że jest głody. Choćby po to, by nie musieć wstydzić się za burczenie brzucha nałożył na bułkę ser i wgryzł w tenże zestaw.
Koleżanka Hale zdążyła do niej dobiec i wcisnąć się na miejsce obok. Monty z zaciśniętymi szczękami znosił jej paplaninę, ale po trzech minutach nie mógł dłużej wytrzymać głupot, które wylatywały z ust tamtej dziewczyny,
- Na Merlina, czy możesz się wreszcie zamknąć? Nie widzisz, że Hale ma w nosie, co do niej mówisz, a wkurzasz tym wszystkich wokół? - spytał zgryźliwie, niemalże rzucając na talerz niedojedzoną kanapkę. Nalał sobie herbaty i wypił duszkiem, by dolać sobie znowu.
Powiedział co miał powiedzieć, oby ta papla posłuchała i sobie poszła. Albo chociaż siedziała cicho, bo za drugim razem Norrington zamknie jej usta w mniej wysublimowany sposób, niż samo zwrócenie uwagi.
Przez moment zapomniał wyglądać na wściekłego, kiedy tamto dziewczynisko wyleciało w popłochu w poszukiwaniu skrzeloziela. W Zakazanym Lesie. Patrząc na tę fankę brata Florean pochwalił się w duchu, że w poprzednich latach nie interesował się płcią piękną, tylko wolał poświęcić się nauce. Wprawdzie teraz też tak było, bo nie umawiał się z nikim, jedynie Hale przyprawiała go o tę dziwną mieszankę emocji, o której kiedyś wspominali koledzy z dormitorium. I, o dziwo, nie było to nic związanego tylko z fizyczną seksualnością, choć na takich przeciętni Ślizgoni mogli wyglądać. Ale, jak wiadomo, Monty z własnej woli nie zachowywał się jak ta banda idiotów.
OdpowiedzUsuńGdyby Flo zachowywała się w taki sposób, toby nawet na nią nie spojrzał. Szlag by go trafił, gdyby co chwila musiał przyjmować delegacje złożone z jej koleżanek, które pytałyby go co o niej sądzi, czy jest według niego ładna - była, nawet bardzo - i czy ją lubi. Musiał by wtedy automatycznie skłamać i kazać im spadać. Z dwojga złego wolał aktualny stan rzeczy między nimi, nawet jeśli przyprawiał o ból głowy i wyprowadzał z równowagi.
Ponownie zajął się jedzeniem, ale wtedy okazało się, że Hale prosi go o sok. Przez kilka sekund udawał, że nie dosłyszał, by wreszcie unieść wzrok, westchnąć i sięgnąć po dzban. Był zły, owszem, ale z tego powodu nie musiał zachowywać się jak buc, prawda? Z kolei oby sobie dziewczę nie pomyślało, że on już zapomniał, wybaczył i gotów jest na kolejną sesję z miotania jabłkami po pokoju wspólnym. Nalał w milczeniu soku, odstawił na miejsce i wrócił do kanapki, którą męczył tylko po to, aby tu siedzieć.
Żuł i żuł, aż dynia nie przeleciała mu tuż przed nosem, śmiejąc się mrocznie. Ten śmiech, choć miał przerażać albo bawić, sprawił, że Norrington poczuł się tak, jakby latające warzywo sobie z niego kpiło. To pewnie wina krótkiego snu, ale i tak zaczął mieć wątpliwości, czy aby na pewno jego zachowanie nie zaczyna być dziecinne.
Przełknął i znów zerknął na Hale. Powinien chyba coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. Nocą takie rzeczy przychodzą naturalniej, jakby ktoś przez sen miał zapomnieć o głupotach wypowiedzianych przez drugą osobę lub chociaż spojrzeć na nie z innej strony. Ale nie mógł przecież czekać całego dnia, prawda? Nie miał pewności, czy dziewczyna w ogóle będzie chciała z nim jeszcze rozmawiać.
Chwilę temu to on miał jej dosyć.
Choć byli na jednym roku, nie utrzymywał zbytnich kontaktów z bratem Florean. Być może dlatego, że był tylko trochę bardziej ambitny od Norringtona, a co za tym szło - miał równie dobre, o ile momentami nie lepsze, oceny z poszczególnych przedmiotów, a Monty nie znosił być od kogoś gorszy (nie licząc quidditcha, ale opinia Ślizgona na temat graczy to inna para kaloszy). A że nie przywiązywał zbytniej wagi do powodzenia u dziewcząt, nawet nie zadawał sobie trudu, by obserwować zmagania Hale'a z natrętnymi koleżankami, choć niewątpliwie dorzuciłby do nich jakąś kąśliwą uwagę.
OdpowiedzUsuńO mało nie opluł się herbatą, gdy z ust Florean padło tamto pytanie. Fakt, nie było na miejscu, zwłaszcza, że przy stole siedziało kilka koleżanek dziewczyny Norringtona, ale nie był pewien, czy wszystko słyszały. Bo gdyby tak, to mógł się założyć, że przy najbliższej okazji podzielą się z nią informacją, iż Florean Hale pyta o termin ich zerwania.
Odstawił kubek, otarł herbatę z kącika ust i spojrzał na Ślizgonkę szczerze zdumiony. Niby mógł sobie dopasować parę rzeczy po ich wczorajszej rozmowie, ale i tak nie był do końca pewien co do intencji Hale. Teoretycznie mogła być zwyczajnie ciekawa, ale gdyby coś tam jednak się działo, to... Ech. Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle wstała i zamierzała sobie iść, znowu nie dając mu dojść do słowa. Nie zrobiła ani kroku, ale chyba chciała. Chyba.
- Chodź - mruknął, mijając ją i ruszając przed siebie. Nie wiedział, czy pójdzie za nim, ale zakładał, że to właśnie zrobi. Po raz kolejny nadawała się okazja do rozmowy i nie zamierzał znowu jej zmarnować. Wóz albo przewóz, przecież w razie co miał dziewczynę... Boże, cóż to w ogóle za rozumowanie?
- Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby pytać o takie rzeczy przy stole? Hale, co się z tobą dzieje? Zachowujesz się jak nie ty - zaczął, kiedy zrównali krok na korytarzu. Panował tu gwar odpowiedni do przyciszonej rozmowy, jednak Monty chciał znaleźć jakieś mniej zatłoczone miejsce. Z początku pomyślał o bibliotece, ale zaraz przed oczami stanęła mu pani Pince, która przyłapała ich na odzywaniu się w obecności jej świętych książek.
Przystanął wreszcie w jakimś innym korytarzu, gdzie chyba mogli spokojnie pogadać. Odetchnął i ścisnął grzbiet nosa, zaciskając powieki. Gdy wreszcie się odezwał, wciąż na Florean nie patrzył.
- Czy jeśli z nią zerwę, to to coś zmieni? - spytał wyraźnie umęczonym głosem. Otworzył oczy i spojrzał na Hale, oczekując jasnej odpowiedzi.
Wcale nie zrzucał na nią odpowiedzialności, a nawet jeśli, to nieświadomie. Może nie pokazywał, że czuje się winny całemu temu zamieszaniu, bo mógł uciąć znajomość z jego obecną dziewczyną w momencie, kiedy zaczynało zanosić się na coś poważniejszego, ale tak było. Zwłaszcza, że już wtedy Hale stała się dla niego ważna i teraz miał ochotę się kopnąć, bo wszystko wyglądało tak, jakby był z kimś na pocieszenie, choć nie miał ku temu powodów. Flo go przecież nie odrzuciła, po prostu za późno powiedzieli sobie niektóre rzeczy.
OdpowiedzUsuńInna sprawa, że faktycznie wolałby być "tym dobrym", który nigdy nie mówi i nie robi nic głupiego, który z dobrymi intencjami chce dokończyć wreszcie ich rozmowę. Ślizgon od zawsze wymigiwał się od konsekwencji, co zwykle mu się udawało, ale tutaj nie było to takie proste zważywszy na twarde charaktery obojga. Żadne przecież nie odpuści.
Problem był też w tym, że naprawdę lubił swoją dziewczynę i tylko przez chęć posiadania czystego sumienia obawiał się zerwania z nią. W końcu mogła nagle okazać się jakimś natrętem, który będzie za nim łaził i błagał o jeszcze jedną szansę lub, co gorsza, zechce mścić się na Hale. Norrington nie umiał kończyć związków, bo nigdy w żadnym nie był, dlatego za najlepsze rozwiązanie uznał lakoniczne wyjaśnienie, że to jednak nie to i udać, że mu przykro. W najgorszym wypadku dostanie w twarz.
W takim razie pani Hale należała do bardzo mądrych kobiet, bo naprawdę Norrington poczuł się nagle tak, jakby od niego zależały losy świata. Ich świata, to fakt, ale jednak. Prawdą było też, że niektórzy uciekają od wojny, on się do tych "niektórych" zaliczał.
Pogładził kciukiem wierzch jej dłoni, a później lekko przyciągnął dziewczynę ku sobie, by ją objąć.
- Gdybyśmy obudzili się wcześniej, tobym teraz nie musiał kombinować. Dzięki, Hale - sarknął. Oparł brodę na jej głowie i stał tak, nie wiedząc, co począć dalej. Czyli to już? Już mieli wszystko z bani, czekało go tylko starcie z odrzuconą dziewczyną, a potem sielanka? To by było zbyt proste. Przynajmniej nie musiał już ważyć słów, aby nie brzmiały dziwnie...
[Zniknął, kiedy zobaczyłam to zdjęcie! Złe? :(]
OdpowiedzUsuńOczywiście, że z punktu widzenia obiektywnego obserwatora ich zachowanie było wyolbrzymiane, ale siedemnaście lat nie jest wiekiem do zbyt rozsądnego myślenia, nawet jeśli oboje byli niewątpliwie mądrzejsi od swoich rówieśników. Jednak teraz problem ich relacji miał święte prawo być przez nich traktowany jako bardzo poważny, prawda? Zresztą, na dobrą sprawę skoro sprawy potoczyły się dość szybko, nie musieli się więcej aż tak tym przejmować. Aż tak.
Cóż, gdyby zdecydowali się postąpić wedle pomysłu Hale, w którym on zostałby z obecną dziewczyną, a on nienawidziła tamtej skrycie... To byłoby jeszcze większym bezsensem, niż ukrywanie prawdziwych intencji pod przykrywką korków z historii magii. Skoro jedno czuło coś do drugiego - Monty miał na to nadzieję, choć dziwacznie się czuł z takim myśleniem na swój temat - to najlepszym rozwiązaniem było obecne. Niby Norrington wolałby wyjść z tej sytuacji bez świadomości, że musi dać kosza całkiem sympatycznej dziewczynie, ale był w końcu Ślizgonem. Zrobi tak, aby on był zadowolony.
- Nie, to była tylko taka złośliwa uwaga - odparł z głupim uśmieszkiem. Westchnął i wyswobodził się z uścisku, następnie pocierając twarz dłońmi. Wiedział, że musi iść i wszystko wyjaśnić tamtej dziewczynie, a przynajmniej wszystko załatwić tak, aby wyszło, że to jej wina. To nie musiało być takie trudne, bo sporo osłuchał się wymówek tego typu podczas przebywania w dormitorium. Niby ignorował te durne pogawędki swoich współlokatorów, ale jakimś cudem przyswoił sobie ich spostrzeżenia. Kto by pomyślał, że kiedyś mu się przydadzą?
Z pewnością Hale i Norrington byli ekscentryczni i gruboskórni, a w przypadku Monty'ego -miał wszystko poukładane. Swoich uczuć względem Florean był pewien, nawet jeśli nigdy nie sformułuje ich w jakieś konkretne wyzwanie, obawiał się tylko, że wyjdzie na głupka. Teraz, na szczęście, wszystko było jasne i mogli wrócić do spędzania czasu we dwoje, jak wtedy.
Nagle przypomniał sobie też o tym teście z transmutacji. Zaczął się już do niego uczyć, w innym wypadku nie byłby sobą, ale w tej chwili nie chciał o tym myśleć. Może będzie mógł siąść wieczorem z nią w pokoju wspólnym i zrobić powtórkę? Zakładając, że znów nie wyleci mu to z głowy i nie zniknie gdzieś na długie godziny, jak wczoraj...
- Pójdę jej poszukać - powiedział w końcu. Może jeszcze nie wyszła do Hogsmeade, a jeśli tak, to trudno. - Widzimy się potem? Chciałbym zobaczyć, jak poradziła sobie ta od skrzeloziela. - Zmarszczył brwi. Ciekawe, czy dla niego ktoś by się tak poświęcał.
[Jeny, wyznanie nie wyzwanie ;o]
Usuń[Niby ta sama twarz, ale zdjęcie piękne! *-*]
OdpowiedzUsuńI on miewał takie chwile pełne gorzkich przemyśleń, kiedy to poważnie wątpił w to, że ich znajomość nie skończy się przesadą w którąś ze stron. Główną przyczyną tych gorzkich uśmiechów był widok par na szkolnym korytarzu, których zachowanie daleko mijało się z założeniami Norringtona na temat związku. On nie chciał spędzać każdej sekundy z Hale przyklejoną do ramienia, jednocześnie świergolącą z koleżankami na jego temat, jakby nie stał milimetr dalej. Nie chciał mieć miny pierwszego lepszego byczka, który poprzez bycie z kimś (tacy pewnie woleli sformułowanie "posiadanie dziewczyny") pokazuje wszystkim wokół, jaki to z niego zdobywca. Wiedział, że żadne z nich nigdy nawet nie stanie obok podobnego schematu, ale i tak się tego obawiał. Brzydziło go to.
O tak, ulżyło mu. Nie umiał normalnie myśleć w takich sytuacjach, ciągle zastanawiając się, czy nie powiedział za dużo lub za mało. Zwłaszcza, że jego kontakty z płcią piękną nigdy nie znalazły się na taki stopniu zaawansowania, Florean nie była przecież jakąś tam koleżanką, z którą zamieni kilka słów i może mieć gdzieś, że przypadkowo - bądź nie - ją uraził. Teraz była chyba jego... dziewczyną? Nie licząc tej, do której właśnie zmierzał. Śmiać mu się trochę chciało, bo dosłownie kwadrans temu, siedząc przy śniadaniu, nawet nie wyobrażał sobie sytuacji, w jakiej znalazł się teraz. Co najwyżej kolejną sprzeczkę o jakąś błahostkę.
Jak mogła pomyśleć, że mu się odwidzi? Nie był typem chwiejnego chłopaczka, który ma nastroje godne najbardziej kapryśnej kobiety. Jak coś sobie postanowił, to się tego trzymał i szanse na rozmyślenie się w ostatniej chwili były naprawdę marne.
Jedynym powodem wahania w tej chwili były słowa, które zamierzał wygłosić w swojej obronie. Owszem, chciał wszystko zakręcić tak, aby wyjść na łaskawcę, który w obliczu jakichś okoliczności ma pełne prawo zakończyć dotychczasowy związek. Jednak im bliżej był wieży Krukonów - tylko Florean była Ślizgonką, która nie przyprawiała go o mdłości, nie ze wstrętu... - tym bardziej wszystko wydawało mu się sztuczne i jednoznacznie wskazujące na jego winę. Nie okłamywał się, był z nią pomimo uczuć do innej, choć próbował sobie wmawiać co innego, bo ta druga też należała do inteligentnych i sądził, że jakoś to będzie. Skrzywił się momentalnie, gdyż wszystko to brzmiało jak materiał na jakiś wyjątkowo denny mugolski wyciskacz łez. Raz widział takowy, gdy dochodząc do Dziurawego Kotła po mugolskiej stronie, zobaczył przez szybę jakąś staruszkę oglądającą podobny serial. Coś okropnego.
Nie doszedł pod samo wejście z kołatką, bo wpadł na dziewczynę dwa piętra niżej. Spanikował, naprawdę, i chciał się tylko przywitać, oddalić oraz pozwolić sytuacji rozwijać się samej. Ale nie, to nie byłoby w stylu Norringtona. A może?... W końcu nigdy w podobnej sytuacji się nie znalazł, a jego dziewczyna wydała mu się nagle jakaś taka mała i filigranowa, choć wcześniej mu to przez myśl nie przeszło. A co jeśli się rozpłacze i będzie musiał na nią patrzeć, taką całą we łzach? Nie znosił płaczących ludzi, w sumie to nawet nimi gardził, bo nie umieli powstrzymać swoich wybuchów. Wtedy stałby się opryskliwy i na pewno powiedziałby o parę złośliwości za dużo.
W końcu wypalił, że to koniec, bo ich związek nie ma sensu i lubi ją tylko jako koleżankę. Darował sobie tłumaczenia, po prostu to powiedział, przyjął na klatę jej krótką opinię na jego temat (w życiu nie spodziewałby się takiego słownictwa u uczniów Ravenclawu... No, po jednym ewentualnie.), po czym stał przez chwilę na korytarzu, gapiąc się w okno. Poszło zdecydowanie za szybko albo te wszystkie opowieści o rzewnych rozstaniach pełnych żalu, wzajemnego oskarżania się i takich tam były jedynie wymysłem. Postanowił od dziś zupełnie ignorować współlokatorów, bo z ich rozmów nie wynikało nic dobrego. Z drugiej strony poczuł ulgę, że tylko go wyzwała od najgorszych i dała spokój, przynajmniej na razie.
Jako, iż cały proceder zajął mu niecałe pół godziny - z wchodzeniem po schodach nigdy się nie śpieszył - był całkiem zadowolony z wcześniejszego powrotu do lochów. Tam ze zdumieniem odkrył, że Hale gdzieś przepadła, ale nie widział potrzeby łażenia za nią jak jakiś salonowy piesek. Wrócił do dormitorium, wziął podręcznik z transmutacji i pouczył się trochę, zanim niespodziewanie nie zasnął. Najwyraźniej jego organizm domagał się odespania tych kilku godzin, które poprzedniej nocy spędził na gapieniu się w baldachim.
UsuńObudziły go głośne śmiechy kolegów, którzy nigdy nie zadawali sobie trudu ze sprawdzania, czy nikt w dormitorium nie śpi albo nie robi innych rzeczy, które wymagają skupienia. Kiedyś próbował pisać eseje w tych warunkach, ale po dwóch latach zrozumiał, że musi się przenieść z tym do biblioteki. I tak było do dziś. Poprzez zadanie mu pytania "Dlaczego nie było cię na obiedzie" zirytowali go niepotrzebnie, bo Norrington nie lubił przegapiać posiłków, ale przynajmniej wiedział, która jest godzina. Kilka minut po piętnastej oznaczało, że pokój wspólny jest pełen ludzi, więc zszedł na dół z nadzieją, że Hale wróciła. Nigdzie jej jednak nie znalazł, spytał nawet o nią jakąś dziewczynę z jej roku, ale tamta wzruszyła tylko ramionami.
No nic, wrócił na górę i zabrał się za czytanie, bo test z transmutacji był jednak trochę wyżej na liście jego priorytetów. Uczył się do późnego wieczora, to wywnioskował po chłopakach wchodzących jeden po drugim pod prysznic. On, jak zawsze, poszedł na końcu, bo nie znosił pośpieszania, choć i tak zwykle załatwiał sprawy higieny dość szybko.
Po wszystkim chwycił książkę i poszedł na dół. Było tam już znacznie mniej ludzi, bo Ślizgoni, wbrew pozorom, w obliczu panującej wojny nie przejawiali już takiej ochoty na siedzenie do późna. On na tym korzystał, bo tylko o tej porze mógł się spokojnie pouczyć. Położył się na kanapie, z nogami zawieszonymi na oparciu i czytał, co jakiś czas przekręcając kartkę poślinionym palcem. Myślał też o tym, gdzie wsiąkła Hale, co go skutecznie rozpraszało.
[a witam witam :3] Mallu
OdpowiedzUsuń[A pewnie, możemy coś sklecić tylko póki co jestem wyprana z pomysłów]
OdpowiedzUsuń[Bardzo mi miło :) Co do wątku, chętnie, jednak jedyne powiązanie jakie tu widzę, to wrogowie. Skoro ona nie przepada za Huncwotami, to zapewne James również nie będzie jej lubił. Może zrobimy jakąś wielką, spektakularną kłótnię lub rozwalanie jakiejś sali? Potter mógłby też dokuczać Florean z powodu niskiego wzrostu i dziewczyna w końcu będzie chciała się na nim jakoś zemścić, czy ukarać za te wszystkie docinki. Jak masz coś lepszego, to mów, najwyżej ja zacznę :)]
OdpowiedzUsuńJames
[ Przepraszam, że tak późno zaczynam i jest to zaczęcie marnej jakości, ale ten tydzień był bardzo wyczerpujący ]
OdpowiedzUsuńGodzina nie była późna, do ciszy nocnej pozostawało kilkanaście minut, jednak korytarze powoli pustoszały, milkły rozmowy i śmiechy uczniów, którzy woleli spędzić czas w pokoju wspólnym - o wiele przyjemniej było siedzieć w fotelu, słuchać uderzeń kropel deszczu o szyby przeplatającego się z wesołym strzelaniem ognia w kominku. Kto miał dość i marzył o śnie, mógł zagrzebać się w miękkiej pościeli, zamknąć oczy i śnić.
Irene przygryzła niepewnie wargę, przewracając kartki wielkiej księgi dotyczącej Transmutacji. Pomyliła się. Znowu. Źle zapisała formułę zaklęcia i gdyby postanowiła je rzucić tu i teraz, Bóg jeden wie, jakby się to skończyło. Może wysadziłaby bibliotekę w powietrze. Albo przetransportowała wszystkich na dach zamku. Nie mogła sobie pozwolił na błędy, egzaminy kończące jej edukację w Hogwarcie zbliżały się coraz szybciej, a ona miała wrażenie, że nic nie umie, że jej głupotą można by napełnić dziesięć kociołków. Z tego powodu pracowała coraz ciężej, rzadko opuszczała bibliotekę, notując skrupulatnie wszystkie pomocne uwagi do przygotowywania eliksirów czy rzucania zaklęć. I nadal niczego nie umiała. Słuchając opowieści innych uczniów siódmej klasy, na czele z Krukonami, o tym, ile się uczą, jakich wyników oczekują i jaką pracę dostaną po ukończeniu szkoły, Irene czuła się zmęczona i przygnębiona.
Oczywiście, była też większa część uczniów, którzy w ogóle nie zaprzątali sobie głowy taką błahostką jak Owutemy, ale Goldstein jakby ich nie dostrzegała.
Oprócz strachu przed egzaminami, dręczyły ją również myśli dotyczące pracy w ministerstwie, która była jej marzeniem, ale z coraz większym wpływem Voldemorta na świat czarodziejów, ta perspektywa oddalała się coraz bardziej. Jako mugolaczka nigdy nie dostanie porządnej pracy, będzie musiała wieść zwyczajne życie i zapomnieć o magii.
Gniewnie skreśliła błędne zaklęcie, pióro przebiło pergamin. Chciała się rozpłakać, naprawdę, ale jakoś nie mogła. Jak widać kryzys jeszcze nie nadszedł, ale słyszała jego prześmiewcze stukanie do drzwi. Odsunęła pergamin, kałamarz, tuzin ksiąg i ukryła głowę w dłoniach, skupiając się na otaczających ją odgłosach. Skrzypienie piór, szelest przewracanych kartek, trzask zamykanego woluminu... Uniosła głowę, rozglądając się bacznie dookoła. Wydawało jej się, że dźwięk dochodził z Działu Ksiąg Zakazanych, ale o ile jej wiadomo, pani Pince nie wpuściła tam dzisiaj nikogo. Wolno podniosła się z twardego krzesła i stanęła, nasłuchując. Znowu - gwałtowne zamknięcie księgi.
Jako prefekt powinna to sprawdzić, takie były jej obowiązki, ale najchętniej po prostu położyłaby się spać, zostawiając tę sytuację jakiejś innej odpowiedzialnej osobie. Niestety, wszystkie takie zniknęły z biblioteki w tajemniczy sposób (niech je gęś kopnie!). Z głębokim westchnieniem ruszyła do Działu Ksiąg Zakazanych, zastanawiając się, kogo tam znajdzie.
[Również witam.]
OdpowiedzUsuńSeverus Snape
[Moje jutro, hjehje.]
OdpowiedzUsuńCzy można powiedzieć, że Gilbert poważnie traktował quidditch? Cóż, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w szkole istnieli uczniowie, którzy nie byli już fanami tego sportu a fanatykami i jeśli to z nimi porównywać stosunek Wordswortha do tej gry, okazywało się, że Krukon nie godny był funkcji, którą piastował i powinien usunąć się w cień, oznakę oddając osobie, która umiałaby, w przeciwieństwie do niego, oddać swą duszę, swe serce i swój rozum, która byłaby zdolna do podpisania paktu z diabłem, byleby tylko wygrać wszystkie mecze i w efekcie końcowym dzierżyć Puchar Quidditcha. Pomimo tego, że postawa Wordswortha była bardzo różna od tej opisanej, główny zainteresowany uważał, że traktuje quidditch tak poważnie, jak pozwala na to zdrowy rozsądek i ani myślał zrezygnować z funkcji kapitana.
I chciał zdobyć Puchar Quidditcha.
Pytanie tylko kto nie chciał. Prawdopodobnie nawet ludzie mało zainteresowani tą szlachetną grą czarodziejów życzyli swojej drużynie wygranej, nawet jeśli nie zamierzali patrzeć, jak do niej doszło. Każdy zawodnik prawdopodobnie grał przede wszystkim na wygranej, chociaż, oczywiście, przyjemność także była ważna. I wreszcie — pewnie nie było kapitana, który powiedziałby: „co tam Puchar, miejmy dobrą zabawę!”. Więc i Krukoni zamierzali zdobyć Puchar, na czele ze swoim dowódca, który jednak nie zamierzał utopić się pod prysznicem w razie porażki. Jednak nie zamierzał do niej dopuścić, a w tym celu ustalił taktykę i ustalił treningi w takiej konfiguracji, żeby nie kolidowały z innymi zajęciami, z innymi drużynami, no i także miał pod uwagę to, że nie może pozwolić, aby ćwiczeń było zbyt mało, ale i zbyt dużo — przetrenowanie niedobra sprawa.
Był dobrym szukającym i taktykiem, jednakże mówcą nie najlepszym. Nie potrafił więc przed meczem rzucić takiej motywacyjnej gadki, która jeszcze bardziej zachęciłaby zawodników do wspaniałej gry. Gilbert powinien pobrać więc kilkanaście lekcji retoryki, może znalazłby się w tej szkole jakiś wspaniały orator, który zgodziłby się mu pomóc. Jednakże chłopakowi się do tego nie spieszyło, więc z szatni wychodził albo w milczeniu, albo przedtem powiedział coś w stylu zdania, które Dumbledore rzucał przed rozpoczęciem Uczty Powitalnej. W końcu dyrektor Hogwartu wielkim czarodziejem jest, trzeba brać z niego przykład.
Dzisiejszego wieczoru jednak nie grali meczu a odbywali najzwyklejszy trening. Na początku Gilbert nakazał zrobić wszystkim kilka okrążeń wokół boiska, a także wykonać ćwiczenia rozciągające i rozgrzać ręce, dopiero potem zezwolił na wzbicie się w powietrze na miotłach. Kiedy sześć osób szybowało już w przestworzach, Wordsworth wypuścił piłki i sam już miał wskoczyć na miotłę i odbić się od ziemi, ujrzał jednak kogoś na trybunach. Uniósł się jednak wyżej, ale zamiast podlecieć do reszty drużyny, skierował miotłę ku tej osobie. Krukonka to-to nie była.
— Co ty tutaj robisz? — zapytał po prostu.
[I najpewniej nie ma z tymże przedmiotem absolutnie żadnych problemów? Może zrobimy tak: pierwsza edycja jakiegoś konkursu międzyszkolnego o niesamowitej nagrodzie i w miarę niskich wymaganiach (oczywiście nt. run), a Dandrieu może wybrać tylko jedną osobę która weźmie udział. I nie bierze pod uwagę Hale. Jeśli uważasz, że Florean spróbuje coś z tym zrobić - mamy wątek, jeśli nie, zawsze mogę zaproponować jakiś niezasłużony szlaban czy próbę zdeptania żaby. Zawsze lepsze to od przypadkowego wpadnięcia na korytarzu.]
OdpowiedzUsuńprof. Dandrieu