Gryffindor, VI rok
Urodzona dwudziestego drugiego czerwca, tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku w Londynie. Czarownica czystej krwi. Posiada 11 calową różdżkę z ostrokrzewu, z włóknem smoczego serca. Na III roku po raz pierwszy wyczarowała patronusa, którym jest kruk. Ponieważ Vance lęka się niewielu rzeczy, szczególnie zaskoczył ją bogin, który przybiera postać testrala.Vance jest fanką eliksirów, ale jak sama uważa, jest to tylko pasja i zwykła ciekawość. Jako nieliczna odmówiła profesorowi Slughornowi dołączenia do Klubu Ślimaka. To swojego rodzaju lojalność, a może uprzedzenie do niektórych Ślizgonów. Prawdziwe powołanie jej magicznych zdolności to OPCM.
Zaproponuj jej piwo kremowe, herbatę z imbirem, czekoladowe żaby a staniesz się jej najcenniejszym przyjacielem.Nie jest próżną istotą, lecz uwielbia leniwe wieczory ze swoją rudą kocicą, Eleonorą.
Jest kilka miejsc, w których możesz znaleźć Pannę Vance. W bibliotece zawsze zgłębia swa wiedzę, w Hogsmeade przesiaduje w Pubie pod Trzema Miotłami, gdzie rozkoszuje się piwem kremowym. Na nokturnie poszukuje niedostępnych składników, do eliksirów. A w Dziurawym Kotle poszukuje niezbędnych informacji, nie zawsze pod swoją postacią.
____________________________________________
Witam. Chęć do powiązań, nawet najbardziej udziwnionych,
wątki mile widziane.
wątki mile widziane.

[Bardzo ładne zdjęcie!]
OdpowiedzUsuńFlorean Hale
[ Przybywa Gryfonów! Cieszę się i witam :) ]
OdpowiedzUsuńMary
[Ekhem...
OdpowiedzUsuń<3 <3 <3 <3, czeeeeść, poznajesz?]
Morgan
[Ależ ona ładna *zazdrość*]
OdpowiedzUsuńMaggie
[Foch.
OdpowiedzUsuńBył sobie raz pociąg do Hogwartu (tak, mówię o blogu), najpierw Emmeline, potem Melanie bodajże i ruski taki dziwny pierdolnięty. Masz poznać, bo jak nie, to telefon albo wpierdol. ;*]
Morgan
[ Chętnie! :3 Nie wiem, czemu (może to zdjęcie, może postać patronusa), ale odnoszę wrażenie, że Emmeline jest osobą spokojniejszą niż moja narwana Mary, więc może czasem sprowadzałaby MacDonald na ziemię, kiedy za bardzo ją ponosi? ]
OdpowiedzUsuńMary
[Ja bym zrobiła z Emmeline trochę mentorkę Maggie. Maggie to ma tendencję do psucia wszystkiego, czego się tknie (i rzeczy materialnych, i jakichkolwiek relacji), jest zakompleksiona i ma się za brzydulę. Emmeline jest ładna, a i wydaje się ogarnięta. Chyba po zdjęciu, jak się mylę, to wyprowadź z błędu. :D]
OdpowiedzUsuńMaggie
[ Czyli nie bez powodu Emmeline (jako postać kanoniczna) zawsze kojarzyła mi się właśnie z ambitną i mocno stąpającą po ziemi dziewczyną :) sytuacja może dziać się po prostu w pokoju wspólnym. Jakiś sympatyczny wieczór w środku tygodnia, Emmeline zajęta swoimi sprawami na kanapie przy kominku, a Mary chodzi niespokojnie z kąta w kąt i co chwilę się zatrzymuje, mrucząc coś do siebie. Widać, że ma za dużo myśli w głowie (no i nie pisze swojego wypracowania, mimo że prosiła Pannę Vance o pomoc w nim). Emmeline może zapytać, czy Mary może raczyć w końcu się uspokoić, a wtedy ona wyjaśni jej, w czym tkwi problem :D ]
OdpowiedzUsuńMary
[<3
OdpowiedzUsuńAle wiesz, jestem tutaj incognito, mów mi Morgan.]
Morgan
[ dobry wieczór :)]
OdpowiedzUsuńSophia
[Chyba se zrobię tabliczkę, że nie umiem wymyślać.
OdpowiedzUsuńWiesz, ma chérie, zarzuć mi czymś. ;*]
[Dobry wieczór. Muszę pochwalić wybór zdjęcia - urzekające. I być może uda mi się do jutra wpaść na jakiś sensowny pomysł na wątek, o ile są chęci, ale dzisiaj niestety mam już totalną, katastrofalną pustkę w głowie ;>]
OdpowiedzUsuńCleo
[Jakieś błonia. Maggie ma ogólnie doła, więc jej się przyda mentorka. :D]
OdpowiedzUsuńMaggie
[Ja cię skądś kojarzę, ale ręki nie dam uciąć, bo mi potrzebna do pisania na klawiaturze. ;-;]
OdpowiedzUsuńDaniel
[Jakby się tak zastanowić to czymś mogę zabłysnąć w przypływie wieczornej inspiracji. Także no.
OdpowiedzUsuń1) Można polecieć jakimś szablonikiem opartym na przyjaźni praktycznie od pierwszego roku, albo od drugiej mańki - nie znosili się jako dzieciaki, a teraz świetnie się dogadują . Nathan mógł nie wyrosnąć do końca z robienia jej głupich żartów, a ona mogła przywyknąć do klepnięcia mu lekko w ten kaczy łeb za każdy wybryk.
2) Mogą się znać przez matkę Nathana, czarownicę czystej krwi. Wiesz, taka znajomość od dzieciństwa i to w sumie do dogadania jak mogłaby teraz wyglądać. Czy mieliby się dość, czy nadal by się przyjaźnili.
3) Mogli nawet kiedyś być parą, ale rozstać się burzliwie, bo cośtam (do wymyślenia ewentualnie) i teraz albo ciskać w siebie piorunami, albo udawać że ta druga osoba nie istnieje (ale uparcie na siebie wpadać, oczywiście przypadkiem), albo starać się normalnie rozmawiać, chociaż to trudne.
4) Mogli parę razy też wylądować razem na szlabanie i przeżyć mrożącą krew w żyłach ucieczkę przez Zakazany Las przed Centaurami, Trollami, albo nawet istotami związanymi z Czarnym Panem, jako że ten wątek powoli się rozwija.
Jak masz coś lepszego, to śmiało]
Nathan
[Dla mnie git. To jako, że się strasznie wysiliłam.... łubudu bęc, pada na Ciebie zaczęcie! Moje gratulacje ;) A jeśli bardzo bardzo, bardzo Ci się nie chce zaczynać to mogę dopiero jutro, bo właśnie kładę się spać, ale strasznie nie lubię robić wyjątków od tej mojej małej regułki: ja-pomysł, ktoś-początek]
OdpowiedzUsuńNathan
[ Czy to Pearl Jam w tytule, czy to ja mam już świra? :3 ]
OdpowiedzUsuńIrene Goldstein
[Kurnać, odpisałam ci wczoraj krótko i zwięźle, że możemy, ale mój telefon najwyraźniej uznał, że nie warto dodawać tak krótkiego komentarza. =.=]
OdpowiedzUsuńMorgan
[Ej, to jest okrutne, tak zwalać czarną robotę na mnie. :P]
OdpowiedzUsuńMorgan
[Nie rób nieszczęśliwej miny, zacznę przecież. :D]
OdpowiedzUsuń[Skoro Emmeline jest czystokrwista, mimo wszystko proponowałabym, aby się nie nienawidziły. Nie byłaby to jakaś zażyła przyjaźń, ale nie próbowałaby się zabić przy każdej okazji. Proponuję test z numerologii, usiądą razem i będą od siebie nawzajem ściągać.]
OdpowiedzUsuńFlorean
[Kiedyś używałam tego zdjęcia na jednym z hogwartów. Cześć.]
OdpowiedzUsuńFrederick Hubbard
[Wiem.]
OdpowiedzUsuńFrederick Hubbard
Przeszłość była. Kiedyś tam, gdzieś coś się działo. Byli ludzie, byli wydarzenia, Morgan nigdy nie wchodził w szczegóły. Z jednej strony on sam stanowił doskonały przykład pamiętliwej bestii, ale z drugiej, jeśli mu zależało, a zależało mu zdecydowanie za często (trzeba coś z tym zrobić), to potrafił zapominać. Naprawdę, człowiek-orkiestra, bo klasyfikowanie się jako człowiek-chodząca-sprzeczność jest już przereklamowane.
OdpowiedzUsuńMorgan wielu rzeczy na tym świecie nie rozumiał. Nie rozumiał jak jednego dnia mógł poznawać nowych ludzi, a drugiego mijał ich bez choćby krótkiej wymiany spojrzeń. Nie pojmował, jak czasem coś naprawdę go rajcowało, a potem po prostu znikało. Świeczki się wypalały, zdarzenia też. Robi się ckliwo, nie?
Pamiętał imiona, pamiętał nazwiska i pamiętał sytuacje z nimi powiązane. Takich rzeczy się nie zapomina. To co, jak sklasyfikujemy Emmeline Vance? Długie włosy, a w oczy naprawdę lubił patrzeć. Krukonka. Zawsze mu się wydawało, że jest dla nich zdecydowanie za głupi, a jednak musiał zmienić zdanie. No cóż. Życie jest pełne niespodzianek. W sumie byli jeszcze dzieciakami, a i teraz niewiele się postarzali, aczkolwiek na pewno wiele się zmieniło, skoro jedno potrafiło gapić się na drugie i oczekiwać jakiegoś znaku. Morgan czasem lubił zabawę w podchody, ale nie należał do ludzi cierpliwych i szybko się irytował, więc z reguły robił pierwszy krok. Uważał również, że należy wykorzystywać wszystkie okazje, które zsyła los. W końcu nic nie działo się bez powodu, nie? Nie bez powodu znowu wodził za nią wzrokiem i gapił się jak skończone cielę na skończone malowane wrota. Ostatni rok zobowiązywał. Bo jak nie teraz, to kiedy?
Nie śledził jej, aż takim bucefałem nie był. Po prostu samo się tak złożyło, że powoli zbliżała się dwudziesta pierwsza, a Morgan wciąż krążył po bibliotece, próbując odnaleźć książkę, której tytułu zapomniał, ale wydawało mu się, że wie, jak wyglądała okładka. No jakoś nigdy nie miał pamięci do pierdół. Co mógł poradzić, że Emmeline znalazła się w tym samym miejscu i o tym samym czasie? Co mógł poradzić, że wewnętrzny doradca kazał mu wykorzystać okazję? Bo ile można się tylko na siebie nawzajem gapić?
- Planowałem zaczekać, aż pogaszą światła, ale wiesz, jakoś samo wyszło.
Właściwie to sam nie był do końca pewien, co właśnie insynuował, ale coś na pewno.
Morgan
Jeśli chodzi o aparycję Nathana to gdy chłopak patrzył w lustro mógł jedynie stwierdzić, że miał wygląd. Właściwie było to lepsze, niż nie mieć wyglądu w ogóle, choć z drugiej strony każdy jakiś tam ma. W każdym razie nie przejmował się za bardzo ani swoimi włosami, ani mordką, ani budową ciała. Był dość chudy, mimo że jadł za trzech, co matka wiecznie mu wypominała, oczywiście. Jego starszy brat, Isaac, uchodził za idealnego, a Nathan został stworzony z tego, co Bogu zostało już po Isaacu. Cóż, musiał się z tym pogodzić.
OdpowiedzUsuńWidząc go, na pewno nie użyłoby się sformułowania niepokorny chłopak. Sprawiał wrażenie spokojnego, może nieco flegmatycznego, ale momentami zabawnego i otwartego człowieka. Oczywiście i Nathan miał w sobie nutkę buntownika, w gruncie rzeczy był straszliwie uparty i uwielbiał dominować, choć na pierwszy rzut oka nie było tego widać.
Nie adrenalina go ściągnęła tej nocy do biblioteki. Naprawdę, gdyby szukał przygód wolałby pójść pod zakazany las, wiedząc że przynajmniej nie kręci się tam woźny, który mógłby kazać mu czyścić puchary szczoteczką do zębów. Szukał książki, której żaden nauczyciel nie mógł mu polecić. Szukał lekarstwa na charłactwo, albo przynajmniej jakiegokolwiek sposobu naprawy tego błędu przyrody, mimo iż leżało to w kompetencjach niezbyt czystej, białej magii. Był zdeterminowany tak bardzo, że był w stanie sięgnąć po takie środki.
Był już tuż tuż, niezwykle blisko, gdy nagle serce podeszło mu do gardła i ścisnęło je w przerażeniu, gdy usłyszał hałas. Jego oddech przyśpieszył, a uszy zaczęły nasłuchiwać uważnie. Swoje ciemne oczy utkwił w mroku, aż w końcu zmrużył je z dezaprobatą, widząc kto narobił takiego hałasu.
-Spaceruję- szepnął nieco ironicznie- A ty za to robisz ha...- nie dane było mu skończyć, bo został chwycony za dłoń i pociągnięty gwałtownie. Zdał sobie sprawę, że jeżeli szybko nie uciekną to obydwoje dostaną paskudne szlabany. Ścisnął mocniej jej dłoń i przyśpieszył, biegnąc równo z dziewczyną. Serce waliło mu ja oszalałe, co chwilę obracał się, by skontrolować sytuację.
Zatrzymał się na chwilę, spoglądając na Emmę w ciemnościach. Po kilku sekundach zorientował się, że nadal ściska jej rękę, więc puścił ją i odwrócił wzrok, nie bardzo wiedząc jak powinien się zachowywać. Prześladowca. To mocne słowo, ale i ona przecież święta nie była. Teraz czuł się, jakby to wszystko powoli znikało, zostawało w przeszłości i podchodził do dawnych uraz nieco obojętnie.
-Chyba już można wracać...- mruknął cicho i już chciał postawić spokojny krok, gdy nagle w sąsiednim korytarzu błysnęło światło różdżki.
-Cholera. Koniecznie trzeba wracać- szepnął jej na ucho i powolnym, niezauważalnym krokiem ruszył w stronę rogu korytarza, by tam, znów trzymając ją za dłoń, polecieć biegiem w stronę pokoju wspólnego Gryffindoru.
Nathan
[Remus Lupin? Hm... Łohoho, ja taka niekumata czasem jestem, ale teraz sobie przypomniałam, że na pociagu-do-hogwartu żeśmy chyba wątek miały, dobrze pamiętam? :D Jak to dawno było. ;-;]
OdpowiedzUsuńDaniel
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń[W linkach jesteś wpisana jako "Emmelina"]
OdpowiedzUsuńCharlie
Jego, wbrew pozorom cholernie niskie poczucie własnej wartości, skrzętnie ukrywane pod błyskotliwą, zabawną, nieco złośliwą i szalenie upartą, acz spokojną otoczką, po prostu nie pozwalało mu myśleć o sobie jak o chłopaku, który może się komuś podobać. A już w ogóle, nie przeszło mu nawet przez myśl, że ktoś może o nim wspominać w rozmowach, że jakieś dziewczyny mogą uważać go za przystojnego. Może to i lepiej, bo w gruncie rzeczy potrafił być na swój sposób uroczy, więc gdyby jeszcze zdawał sobie sprawę, że można z tego zrobić użytek to w ogóle byłby nie do zniesienia. A tak to tylko trochę denerwował ludzi.
OdpowiedzUsuńPrzez zdecydowaną większość ucieczki nie myślał o swoich planach i o tym w jak paskudny sposób dziewczyna mu je pokrzyżowała. Bo oczywiście była to jej wina, nie jego. W swoim upodobaniu do dominacji i posiadania kontroli nad wszystkim co się dzieje, kazała mu w pewien sposób bronić Emmeline. Nie wiedzieć, czy robił to, bo razem wpakowali się w cały ten numer i męska duma nie pozwoliła mu jej zostawić na środku korytarza, czy coś wewnątrz, czego nie potrafił nazwać, kazało mu trzymać jej dłoń.
Na szybko wypaplał hasło grubej damie i niemal wleciał do pomieszczenia, upewniając się, że obraz się zamknie i nikt już nie będzie za nimi szedł. Z chwili roztargnienia wyrwał go mocniejszy uścisk dłoni. Spojrzał na nią, a jego ciemne oczy zdradzały jeszcze błyskiem zastrzyk adrenaliny związanym z ucieczką. Nie umknął jego uwadze drobny gest przygryzienia wargi przez dziewczynę. Nie bardzo wiedział, gdzie powinien podziać wzrok, więc odetchnął z ulgą i roześmiał się, nic sobie nie robiąc z oskarżeń.
Dziwnym faktem było to, że śmiał się przy niej tak zwyczajnie, serdecznie i naturalnie. Normalnie pewnie by czegoś takiego nie zrobił, ale musiał dać upust emocjom w jakiś sposób.
-Nie chcę pokazywać palcem, kto narobił największego hałasu- stwierdził, nachylając się nieco w jej stronę i unosząc lekko jedną brew w znaczącym geście. W pokoju płonął ogień w kominku, który sprawiał, że światła i cienie grały na ich twarzach, uwidaczniając niektóre gesty i mimikę. Chłopak wyprostował się, jakby był niesamowicie dumny z faktu, że udało się uniknąć konsekwencji nocnego wypadu.
-Zawsze mogłem cię zostawić na pastwę woźnego- stwierdził cicho niskim, przyjemnym dla ucha głosem, a zaprzeczeniem jego słów było delikatne, możliwe że bezwiedne przesunięcie kciuka po wierzchu jej dłoni.
Nathan
Nathan w gruncie rzeczy był zupełnie niegroźny. Znaczy, za takiego siebie uważał, bo nawet uprzykrzanie komuś życia mieściło się w granicach przyzwoitości. Miał w sobie coś bezczelnego, o tak, jak najbardziej. Co gorsza, w ten bezczelności tkwił swoistego rodzaju urok.
OdpowiedzUsuńDla niego uszczypliwości wcale nie oznaczały wzajemnej nienawiści, choć może miał nieco spaczony obraz relacji międzyludzkich. Doskonale wiedział, że potrafi komuś podnieść znacząco ciśnienie i wiedział również, że dziewczyna, która stała właśnie przed nim, potrafi wywrócić mu dzień do góry nogami.
Kącik jego ust uniósł się lekko, gdy zdał sobie sprawę jak świetnymi aktorami potrafią być ludzie. W tym oni sami. Co nie pozwalało człowiekowi normalnie funkcjonować? Co odwodziło go od bezpośredniości i prostoty zachowań? Cóż, każdy miał swoje własne lęki i każdy chował się w sobie z jakiegoś powodu. Wyglądała niewinnie, choć wiedział, że to nie do końca prawda. Niemniej jednak tej różnorodności nie rozpatrywał jako wady, tak jakby nieprzewidywalność była czymś... fascynującym? Przyłapał się na byciu zaciekawionym dziewczyną.
-Ja? Bezczelny? Nigdy w życiu- odparł z miną zupełnego niewiniątka, choć przez jego twarz przemknął cień trudnego do odgadnięcia uśmiechu. Spojrzał na nią uważnie.
-A co, myślałaś, że go nie mam?- nie wiedział co go podkusiło, by to pytanie zadać jeszcze ciszej, niż ton w którym odbywała się rozmowa. Czemu patrzył na nią wyczekująco, czemu przesunął się nieznacznie w jej stronę i czemu mrużył lekko oczy w uważnym, cholernie przenikliwym spojrzeniu?
Nathan
[Znam Cię z pociągu do Hogwartu! :) Cudne zdjęcie.]
OdpowiedzUsuńCleo
Morgan uparcie twierdził, że wszystkiego można się nauczyć, wystarczy odpowiednio mocno chcieć, w końcu nie ma rzeczy niemożliwych, a przynajmniej on nie uważał, by takie istniały. Oczywiście można to było zwalić na fakt, że miał w sobie coś ze zbyt pewnego siebie bufona, ale nie uważał tego za jakąś ogromną wadę. Każdy był trochę egoistą, a odrobiona zdrowego egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Jego życiem kierował postęp, bo ktoś mu kiedyś powiedział, żeby nie zadowalał się staniem w miejscu, nawet jeśli czuje się tam bezpieczny. Od kroków w nieznane zapewne ktoś już kiedyś umarł, ale Morganowie mieli to do siebie, że lubili próbować. Testować samych siebie i dla własnej satysfakcji. Casey, choć zdecydowanie odstawał od utartego w rodzinie schematu postępowania, nie miał nic przeciwko postaraniu się od czasu do czasu, żeby odstawać trochę mniej niż zwykle. Szedł więc naprzód i nie miał problemu z ruszeniem z miejsca. A co. Raz się żyje.
OdpowiedzUsuńWiedział, że nadchodziły Mroczne Czasy. Praktycznie wszyscy już wiedzieli, a przynajmniej wszyscy ci, którzy nie byli głusi i ślepi. Ale póki co były one jeszcze daleko, więc dlaczego nie miałby z najwyższym spokojem przeglądać książek w bibliotece i nie martwić się zbytnio o to, co przyniesie jutro? I tak nie miał na to zbyt wielkiego wpływu. Skoro niebawem wszyscy będą musieli wybierać, to teraz można było sobie pofolgować. Jak ktoś chciał się babrać w czarną magię, to mu nikt nie zabroni. Jak ktoś chciał uważać, że jest lepszy, bo może się pochwalić tabunem przodków z fajnym nazwiskiem i czystą krwią to też nikt mu w paradę nie wejdzie. W oczach Morgana tacy ludzie byli po prostu bufonami i niewiele więcej miał na ten temat do powiedzenia. Zamiast tego wolał skupiać się na tym co tu i teraz.
Morgan trochę wiedział o kobiecym myśleniu, miał w końcu starszą siostrę, z którą potrafił się dogadać, o ile aktualnie nie miała złego humoru bez powodu. Miał więc pojęcie, że to wręcz wypada, by on robił jakikolwiek pierwszy krok. Miał też w tym wprawę, więc czemu nie? Emmeline musiała tylko wykazać choć trochę zaangażowania, o co akurat się nie martwił.
Co tu było do interpretowania? Morgan z reguły nie bawił się w aluzje, ale, najwyraźniej, tym razem coś mu nie wyszło. Oj tam.
- Książki. Z brązową okładką. I tytułem wypisanym na zielono - wyjaśnił, udając, że bacznie przygląda się regałowi, a jednak jednym okiem zerkał w stronę dziewczyny. Daleko zaglądać nie musiał. - I widzisz, jakoś tak się złożyło, że zamiast niej znalazłem ciebie. Przypadek?
Mistrzem konwersacji to on nie był, ale się starał.
Morgan
[Byłam przez chwilkę, June Ellis. I chyba męczyłam Cię kiedyś na gadu i na facebooku. tak sądzę :D]
OdpowiedzUsuń[Fajnie, że ktoś pamięta :D Wątek zawsze, ale pomysłów brak. Ale jak na coś wpadniesz, to wal śmiało ;P]
OdpowiedzUsuńCleo
[Dzień dobry. :D Mam ochotę, tylko z pomysłami gorzej. :<]
OdpowiedzUsuńRafael
[Jest uprzedzony, jak większość Ślizgonów. I przegrywać też z nimi nie lubi. :)]
OdpowiedzUsuńRafael
[Jest chęć na wątek z Jessie? xD]
OdpowiedzUsuń[Tak najbardziej to pasują mi te kłótnie pomiędzy lekcjami, bo psikusów to on raczej nie robi, a reszta też za bardzo do niego nie pasuje. :D]
OdpowiedzUsuńRafael
Morgan również nie wierzył w przypadki. Istniały tylko interesujące zbiegi okoliczności, jak na przykład ten tutaj. No bo jak nazwać sytuację, w której teoretycznie nie śledził Emmeline i nie łaził za nią niczym wierny pies, a jednak od dłuższego już czasu zastanawiał się, czy w końcu którekolwiek z nich zrobi cokolwiek, żeby skończyć z przyłapywaniem się na tajemniczych spojrzeniach podczas śniadania, obiadu, kolacji i na każdym korytarzu, na jakim tylko mieli szansę się rozminąć. Oto i taka sytuacja nadeszła, a w dodatku dziewczyna znalazła akurat tę książkę, której Morgan tyle się naszukał. Mógł oczywiście oszczędzić sobie zachodu i poprosić o pomoc bibliotekarkę, ale niestety się wzajemnie nie lubili, odkąd na trzecim roku Morgan razem z kolegami grał w bibliotece w eksplodującego durnia.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę poczuł się zbity z tropu, bo oto książka po prostu wysunęła się z półki i wypadła prosto w ręce dziewczyny. No przypadek? No nie sądzę. Morgan był mugolem pełną gębą, nieważne, że tak naprawdę był półkrwi, ale gdyby sam miał sobie tę książkę wziąć, to pewnie by na siebie cały regał ściągnął. Nawet nie miał teraz przy sobie różdżki.
Pokiwał więc tylko głową i podążył za dziewczyną w stronę stolika pod oknem. Morganem można było sobie śmiało manipulować, bo nawet jeśli to wyczuwał, to w większości sytuacji po prostu pozwalał. A i w sumie przeciwko byciu manipulowanym przez Emmeline nie miał nic przeciwko. No przecież po coś się na nią przez tyle czasu gapił.
- Dzięki wielkie. Chyba powinienem wybrać się na wizytę u okulisty - stwierdził, biorąc do rąk książkę. Nie żeby należał do tych, co się jakoś wybitnie uczą i siedzą nad ciężkimi tomiszczami do nocy, ale tym razem sytuacja go naprawdę zmusiła. Tak czy tak po skończeniu Hogwartu zamierzał wiązać swoją karierę z quidditchem, ale jeśli chciał w ogóle skończyć szkołę, to musiał przestać dostawać trolle z kolejnych wypracowań. Albo znaleźć niewolnika, który by mu takowe pisał.
Czy dotrzyma towarzystwa? No głupie pytanie. To Morgan był, zawsze zwarty i gotowy.
- Tylko potem nie próbuj jęczeć, że przeze mnie zmarnowałaś czas, który powinnaś poświęcić na naukę - zaśmiał się, siadając na krześle i zabierając się do studiowania spisu treści. Zdecydowanie mu się nie chciało, ale jak mus to mus.
Morgan
[ Czyli mam świra. Ale to dobrze.
OdpowiedzUsuńW ogóle proponuję wątek, bo Emmeline zawsze lubiłam, chociaż nie pojawiała się w serii zbyt często i umarła ;c ]
Podejmując na chwilę wątek filozoficznych uważań - samotność nie była do końca taka zła. Jak się na nazwisko Morgan i się pochodziło z tych Morganów, to się pewne rzeczy wiedziało od małego. Właśnie dlatego Casey został szybko nauczony, że ja się umie liczyć, to najlepiej jest liczyć właśnie na siebie. Jednak trzeba też zauważyć, że on od samego początku był jakiś taki inny. Niedorobiony. Nie do końca Morgan, taka czarna owieczka, którą się toleruje, bo skoro już jest, to trzeba z nią coś zrobić. Schodząc z tropu filozofii, przejdźmy do akcji właściwej.
OdpowiedzUsuńOwszem, Morgan miał swoje sposoby na nawiązywanie nowych kontaktów i Emmeline mogła poczuć się rozczarowana, bo on już to dobrze wiedział, jak to jest, kiedy człowiek sobie czegoś nawyobraża, będzie doszukiwał się nie wiadomo czego, podtekstów i temu podobnych, a tu jajco, Morgan przyszedł się pouczyć, skoro już mu mamusia kolejnego wyjca przysłała, że jak nie zacznie się uczyć, to go wydziedziczy. Pomińmy fakt, że nie miał go z czego wydziedziczyć. Wymowne milczenie będzie tutaj jak najbardziej na miejscu.
- Wybacz, że cię rozczarowałem - odparł całkowicie niewinnie, bo w sumie to i się już przyzwyczaił, że jak ktoś nie spełnia oczekiwać, to najprawdopodobniej chodzi o niego. No cóż, życie. - Teraz muszę jakoś odkupić swoje winy, nie?
No nie musiał, ale chciał. I w sumie ta książka zbytnio ciekawa nie była. Cała ta nauka nigdy nie była ciekawa. Szczerze powiedziawszy, to Morgan już wolał biologię w mugolskiej szkole, z którą swego czasu się męczył, niż transmutację w Hogwarcie. Tam to trzeba było tylko wykuć parę formułek na pamięć, a tu jeszcze dochodziło machanie różdżką.
Morgan wysłuchał więc panny Vance, przy okazji zamykając książkę i odsuwając ją na bok.
- Proponujesz mi złamanie szkolnego regulaminu? - zapytał całkowicie poważnym tonem, by się upewnić. Teoretycznie obiecywał mamusi, że będzie grzeczny, bo to ostatni rok i wypada go z klasą zakończyć, ale praktycznie był listopad, Casey od dwóch miesięcy zachowywał się w miarę przyzwoicie, nie licząc mordobicia ze Ślizgonami na boisku do quidditcha. Tak więc nadszedł najwyższy czas, żeby coś ze sobą zrobić. - To na co jeszcze czekamy ja się pytam? - dokończył, rzucając dziewczynie wyzywające spojrzenie.
Samo sugerowanie, nawet w myślach, że Morgan mógłby stchórzyć, równało się już ze zniewagą, wymagającą udowodnienia, że Morgan nie tchórzy. Nigdy. Casey był genetycznie obciążony potrzebą dostarczania sobie odpowiedniej dawki adrenaliny.
*rozważań, tam miało być rozważań...
Usuń[Oczywiście, że mam ochotę! :) Tylko powiedz mi jeszcze, jak widzisz tą działalność, a ja coś zacznę. Chociaż małe przybliżenie, żebym wiedziała czego się spodziewać ;)]
OdpowiedzUsuńJames
[ Banały są fajne. Kiedyś to przecież połowę wątków zaczynało się od wpadania czy wylewania napoju na bluzkę ;)
OdpowiedzUsuńChcesz zacząć? Czy raczej nie? ]
[ Niech tak będzie ]
OdpowiedzUsuńKu irytacji Irene mnóstwo uczniów wylazło na korytarze bez jakiegokolwiek celu. Robili to, co mogliby robić w pokoju wspólnym, na błoniach czy w wielkiej sali, ale z nieznanego Krukonce powodu akurat korytarze nadawały się do tego zadania najlepiej. Niepewnie stawiała kroki pomiędzy porozrzucanymi wszędzie torbami, książkami i produktami od Zonka, co chwila nadeptując na czyjąś stopę, przepraszając cicho, prawie niedosłyszalnie. Łokcie wbijały jej się boleśnie w żebra i wiedziała, że następnego dnia w tych miejscach pojawią się sińce o fioletowym zabarwieniu. Gdyby była wilą, zapewne przepływałaby slalomem przez te wszystkie przeszkody w postaci uczniów albo nawet tłum rozstąpiłby się, by móc z podziwem patrzeć na jej anielską urodę, choć przez chwilę stanąć w jej blasku. Ale nie była wilą. Daleko jej do tego określenia.
- Homer? - zawołała.
Wydawało jej się, że obok łydki jakiejś trzynastoletniej Puchonki mignął ciemnorudy, puszysty ogon. Ruszyła szybko w tamtą stronę, przepychając się nieudolnie przez ciżbę. Kiedy w końcu tłum zmniejszył się do jakichś trzech osób stojących jak najdalej od siebie i łypiących złowrogo, Irene zaczerpnęła powietrza. O wiele lepiej.
Jej oczom znowu ukazała się cwaniacka morda Homera. Kot jakby zaśmiał się złośliwie, odwrócił łebek i skręcił w lewy korytarz. Irene wkurzyła się. Nie dość, że zaczął spędzać mnóstwo czasu bez jej towarzystwa (chyba nie przestał jej kochać?), to jeszcze ma czelność prychać na nią, podbierać jedzenie, włóczyć się po bibliotece (tego nie mogła przeżyć) i w dodatku ta arogancja i ironia w jego ślepiach! Gdyby nie był Homerem, pozbyłaby się futrzaka.
[Dziękuję za powitanie :)
OdpowiedzUsuńOjej, hmmm... Emmelinka mogłaby spróbować Chrisa namówić na jasną stronę mocy, że się tak wyrażę :)
Myślę, że Ty będziesz miała o wiele genialniejsze pomysły niż ja o tej porze :)]
[Emmelinka <3
OdpowiedzUsuńCieszę się, że podoba się :) Powiem tak - Chris najczęściej przebywa w Trzech Miotłach (wiadomo, barman), poza pracą to krąży po Hogsmeade, nokturnie, ulicy Pokątnej, czasami nawet zawędruje do Hogwartu, a dokładniej do Zakazanego Lasu z Wadjet, bo ta lubi tam polować :)
Etap znajomości... Chris stara się nie przywiązywać do ludzi, więc coś w rodzaju koleżeństwa? Emmelinka jako jego sumienie? :)]
[Super, pięknie dziękuję za zaczęcie :3]
OdpowiedzUsuńKolejny wieczór w Trzech Miotłach. Tutejszy zgiełk był dla bruneta bardzo uspokajający, bo większość czasu spędza w zacisznych miejscach i czasami to aż mu w uszach dzwoni od tej ciszy.
Jaki był Chris? Był pełen sprzecznych uczuć. Nigdy nie wiesz na jakiego Kenwaya trafisz. Raz potrafi stać się niesamowitym złotoustym dżentelmenem, a raz bezwzględnym draniem o chłodnej kalkulacji. On próbuje dostosować się do okoliczności i ludzi, z którymi się spotyka.
Nigdy nie pomyślał, że będzie miał własne chodzące sumienie, które chodzi za nim od dwóch lat. I to całkiem śliczne sumienie, jakby nie patrzeć. A jakie irytujące.
On dostaje kontrakt od zleceniodawcy i jego obowiązkiem jest tą osobę zabić. Co tu dużo mówić? Chris jest zdania, że to nie on zabija, tylko jego zleceniodawca. Ciało Kenwaya zostało użyte jako broń, więc jak najbardziej ma czyste sumienie, bo wie, że to nie on zabił a zleceniodawca. Ciężko można zrozumieć jego pogląd, ale dla Chrisa jest łatwiej w ten sposób postępować.
Właśnie polerował szklanki gdy nagle zauważył Emmelinkę, którą lubił tak pieszczotliwie nazywać, i uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
- Moje sumienie przybyło, jestem zaszczycony Twą obecnością. - powiedział z niemałym rozbawieniem, zbywając jej pytanie.
Naszykował czysty kufel i wlał jej ulubiony trunek, po czym podsunął pod nos, a następnie oparł się o blat baru i wlepił swoje zielone ślepia w Emm.
- Czekasz na moją wyczerpującą odpowiedź? Coś w rodzaju mugolskiego rachunku sumienia podczas spowiedzi? - uniósł zaczepnie brew.
[Eliksiry, powiadasz... Nie widzę problemu. Może któreś się spóźni na lekcje i (niestety) będą musieli być razem w parze? Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, ale chyba również i Twoja postać lubi zabawę miksturami - mogą więc ze sobą trochę rywalizować. Czy coś.]
OdpowiedzUsuńSeverus
Zaczęło się całkiem niewinnie. Właściwie nie do końca wiadomo, kto to wszystko zapoczątkował, najprawdopodobniej po raz pierwszy poszło o jakąś błahostkę. Drobną sprzeczność, nic szczególnie ważnego, o coś, na co nikt normalnie nie zwróciłby nawet uwagi. Tylko przypadek sprawił, że ta dwójka nie była wtedy w zbyt dobrych nastrojach, a ostra wymiana zdań, która z czasem urosła do jakiejś chorej kłótni, była czymś, dzięki czemu mogli się rozładować. I zrobili to, owszem, ale niesmak pozostał.
OdpowiedzUsuńOd tamtej pory często zdarzało im się spierać, bo zdania mieli różne i ani jedno, ani drugie nie zamierzało odpuścić. Prawdopodobnie nie zauważali nawet, ile mają przez to wspólnego, a może już dawno to spostrzegli, lecz nie chcieli pogodzić się z tą myślą, a to rodziło tylko kolejne kłótnie i spory. I nie było to przecież jakoś szczególnie dziwne - on był Ślizgonem, ona Gryfonką, a taka mieszanka zwykle okazuje się wybuchowa.
Rafael wcale nie zaplanował tego spotkania. Właściwie to nie zamierzał się z nikim widzieć tego wieczoru, więc specjalnie udał się w pobliże Wieży Astronomicznej, gdzie zwykle nie było żywej duszy. Pochmurne niebo tylko zwiększało prawdopodobieństwo, że nikt się tutaj nie pojawi, ale Lawrence nigdy nie był orłem z matematyki, więc najpewniej źle to skalkulował. I w swoim całym nieszczęściu musiał trafić akurat na nią.
- Jeśli chcesz dzisiaj zobaczyć Syriusza, to tylko w waszym Pokoju Wspólnym - mruknął od niechcenia w stronę Gryfonki ze schodów, na których siedział. Minę miał znudzoną, oczy na wpół przymknięte i widocznie nie chciał opuszczać swojego miejsca, jednocześnie ustępując jej z drogi.
Rafael
[O, to mi się podoba! :)]
OdpowiedzUsuńByło już dawno po północy, a on nadal siedział w Pokoju Wspólnym, śledząc z uwagą mapę. Miał wrażenie, że w zamku dzieje się coś podejrzanego. Spora grupka Ślizgonów zgromadziła się w jednym z lochów, chociaż już dawno powinni być w łóżkach (i kto to mówi?). James był zaniepokojony całą tą sprawą. Ostatnio wokół nich działo się wiele dziwnych rzeczy, a między uczniami ciągle przewijało się jedno imię - Voldemort. Teraz już nie tylko uczniowie domu Salazara o nim mówili. Potter czuł, że działo się coś złego.
W pewnym momencie musiał przysnąć, ponieważ gdy ponownie spojrzał na pergamin, wszystkie nazwiska wraz z kropkami zniknęły. Zaklął pod nosem i zaczął analizować każdy skrawek mapy. W końcu ich znalazł... wymykali się do Hogsmeade!
Poderwał się i pobiegł do dormitorium dziewcząt. Potrzebna mu była jego wspólniczka. Wyjął z kieszonki kawałek pomiętej kartki, na której znajdował się rysunek Łapy, przedstawiający Smarkeusa, jednak nieszczególnie się tym przejął. Sytuacja była poważna. Szybko nabazgrał parę słów na kartce i zaczarował ją by dotarła do Emmeline.
Czekał w Pokoju Wspólnym na dziewczynę. Kiedy w końcu się pojawiła, poderwał się z kanapy.
- Spora grupka Ślizgonów wyszła właśnie z zamku - poinformował ją na samym wstępie. Miał tylko nadzieję, że nie będzie pytać skąd wie takie rzeczy. Dopiero w tym momencie zwrócił uwagę na rozczochrane włosy dziewczyny i zaspany wyraz twarzy. No tak, przecież wyrwał ją z łóżka. Czego się spodziewał?
James
Nic na to nie mógł poradzić, że ma taki przeszywający wzrok i lubił patrzeć na twarz swej rozmówczyni. Siedziała przed nim śliczna młoda dama, więc co miał innego zrobić jak podziwiać przynajmniej wzrokowo jej urodę? No właśnie.
OdpowiedzUsuńGdy usłyszał słowa "A więc?" to przewrócił teatralnie oczami i zaczął polerować kolejne szklanki, żeby zająć czymś swoje ręce.
- Po pierwsze nie zaczyna się zdania od A więc, a po drugie to nie rozmowa przy tylu świadkach. - odpowiedział wymijająco, uśmiechając się jednym kącikiem ust.
Chris był zanadto ostrożny, więc na pewno nie zmusi go do rozmowy na temat jego zabójstw przy tylu ludziach. Nie chciał spalić swojej przykrywki, a w Trzech Miotłach bardzo dużo przydatnych informacji przewija się.
- A tak poza byciem moim sumieniem... Zaserwować Ci jeszcze coś, złotko? - zapytał, odstawiając czyste szklanki na swoje miejsce.
Chris Kenway
[tak sobie myślę, że może kiedyś Emmeline zbłądziła do Świńskiego Łba? Trzy Miotły były zamknięte, pogoda kiepska, lało jak z cebra i nie za bardzo miała jak wrócić do zamku. Turner chętnie popytałaby ją o jakieś hogwardzkie nowinki, bo trochę tęskni za dawną szkołą. chyba że masz jakiś lepszy pomysł?]
OdpowiedzUsuńAbigail
Severus zwlókł się dziś z łóżka o wiele za późno. Spojrzawszy na zegarek, jego twarz zasępiła się jeszcze bardziej niż zwykle (o ile to w ogóle możliwe). Ubrał się szybko, starając się przy tym jakkolwiek doprowadzić swoje lekko przetłuszczone, kruczoczarne włosy do ładu. Szybko jednak zrezygnował - wrzucił tylko książki do torby i czym prędzej opuścił ślizgońskie lochy, zmierzając ku klasie eliksirów. Całe szczęście minęło zaledwie parę minut od dzwonka, nie stracił więc zbyt wiele cennego czasu jego ulubionej lekcji. Szkoda tylko, że był tak okropnie głodny... Przed wejściem do klasy skrzywił się nieco, tracąc już w ogóle resztki humoru.
OdpowiedzUsuńOtworzywszy drzwi, ujrzał profesora Slughorna (człowieka, za którym niebardzo przepadał, ale miał do niego szacunek, ze względu na przedmiot, jakiego nauczał), który próbował wytłumaczyć klasie właściwości pewnego eliksiru. Skład już pojawił się na tablicy - wystarczyło jedno rzucenie okiem, by młody Snape wiedział, cóż takiego mają dzisiaj robić. Felix Felicis, eliksir szczęścia. Wygraną miał w kieszeni. Uśmiechnął się delikatnie pod nosem, już czując słodki smak zwycięstwa.
-Oh, Severus! Dzisiaj praca w parach; połączymy cię... z panną Vance - i powiedziawszy to, nauczyciel wskazał puste miejsce obok dziewczyny, którą Severus kojarzył, ale nigdy nie miał okazji zamienić z nią słowa.
Chłopak niechętnie powlókł się do ławki - nie przepadał za pracą zespołową. Pewien był, iż nikt tutaj nie dorasta mu do pięt, jeśli chodzi o eliksiry. Również rozłożył potrzebne składniki na swoim stoliku i rzekł kwaśno:
-Dobra, to ty tu siedź cicho i udawaj, że coś robisz, a ja zajmę się eliksirem. Kiedy już wygram - tu położył dość mocny nacisk na słowo "wygram" - podzielę się z tobą nagrodą.
Po tych słowach zabrał się za punkt pierwszy: poćwiartkowanie dwunastu żuków, podgrzanie ich różdżką przez dokładnie dwie i pół minuty, a następnie wrzucenie do kociołka nagrzanego do temperatury czterdziestu pięciu stopni.
Kątem oka dostrzegł, iż Vance (cholera, czy ona ma jakieś imię?) wcale nie wyglądała, jakby jego plan ją usatysfakcjonował. Chyba nie chciała dać za wygraną.
Severus Snape
A co było niesamowite dla zielonookiego? Było to, że ta dziewczyna nie dawała za wygraną i dalej próbowała pomóc Chrisowi wejść na drogę dobra. Jest jedyną osobą, która próbuje zrozumieć Kenwaya. Inni już dawno zrezygnowaliby z bruneta, bo jest niereformowalny. Jeśli Chris chciałby się zmienić to zrobiłby to już dawno, ale po prawdzie... naprawdę się zmienił. Pewne wydarzenia zmusiły go do bycia tym kim jest teraz. Złoczyńcą, rzezimieszkiem z czystym sumieniem.
OdpowiedzUsuńKim nie chciałby zostać? Śmierciożercą, a naprawdę blisko mu do bycia jednym z nich dzięki swoim czynom. Czuje na swoich plecach wzrok Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać.
Uśmiechnął się lekko i pokazał kciukiem i palcem wskazującym małą przestrzeń między palcami.
- Może troszeczkę.
Spojrzał na zegar.
- Pozostało mi jeszcze kilka minut pracy to co powiesz, że spotkamy się pod drzwiami mojej kamienicy? Znasz adres. - powiedział, mrugnąwszy do niej porozumiewawczo.
To niesamowita dziewczyna. Nikt nigdy wcześniej nie próbował Kenwaya nawrócić na dobrą stronę. Ludzie akceptowali go takim jakim jest, często nie wiedząc, że chowa twarz za kapturem i zabija osoby. Jedynie Emm udało się odkryć jego drugą naturę i po części ulżyło mu, bo mógł komuś wyjawić swą tajemnicę, ale nadal miał się na baczności, gdyż właściwie panna Vance mogła już dawno wydać Kenwaya, ale nie zrobiła tego i to Chrisa zastanawiało.
OdpowiedzUsuńMinęło kilkanaście minut odkąd skończył pracę. Brunet skierował swe kroki w stronę kamienicy, w której mieszka. Nocą było naprawdę chłodno, więc dobrze założył coś cieplejszego. Nie miał zamiaru zachorować w taki czas.
Pod drzwiami kamienicy ujrzał Emmeline, toteż na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech.
- Wybacz, że musiałaś tyle czekać. Wiesz, Madame Rosmerta lubi rozmawiać... - wymownie wywrócił oczami, po czym sięgnął po klucz, żeby otworzyć drzwi.
Chris Kenway
Co prawda Rafael miał nieco dziwne poczucie humoru i niekiedy ludzie nie rozumieli jego żartów, ale żeby nie wpaść na tak jasną (jak Syriusz wręcz!) oczywistość, to trzeba było mieć po prostu talent. Albo antytalent, jak kto woli. Ślizgon westchnął i uśmiechnął się pobłażliwie, przymrużonymi oczami patrząc na Emmeline, która chyba nie zdawała sobie sprawy, co próbował jej wcześniej przekazać, a nie robił tego bynajmniej w złym celu.
OdpowiedzUsuń- Nie znam rodziny Blacków - zaczął powoli, jakby tłumaczył coś niezwykle złożonego i sam wprawiał się tym w zamyślenie - ale widocznie upodobali sobie nadawanie dzieciom imion... astronomicznych. I z tego tylko względu wspomniałem o Syriuszu. Chciałem ci przekazać nie mniej, nie więcej, a tyle, że niebo dzisiejszego dnia... - Niedbale, niczym aktor teatralny, machnął dłonią w stronę jednego z okien. - Jest tak pochmurne, iż nie widać na nim gwiazd, nawet tak jasnych, jak wspomniana wcześniej Gwiazda Psia.
Gryfonka zdawała się irytować coraz bardziej z każdym jego słowem, ale przecież Rafael nie miał na to żadnego wpływu. Skoro jego luźną aluzję potraktowała jak atak na swoją osobę i zaczęła rzucać niezbyt błyskotliwymi uwagami na temat jego i Syriusza, no to cóż, musiał jej to wyjaśnić bardziej łopatologicznie.
- Idąc dalej tym tropem, można dojść do wniosku - kontynuował chłopak - że chodziło mi o to, iż obserwowanie nieba dzisiaj to niezbyt dobry pomysł. A tym samym nie masz po co wchodzić aż tak wysoko, czyż nie?
Rafael
Na jego ustach pojawił się zawadiacki uśmiech, gdy wpuścił ją pierwszą do klatki schodowej, po której zaczęli iść ramię w ramię aż w końcu dotarli do jego mieszkania.
OdpowiedzUsuń- Znam kilka sposobów na rozgrzanie Cię, Emm. - powiedział z niemałym rozbawieniem widocznym w jego zielonych oczach, które spoglądały na panienkę Vance.
Chris miał naturę kobieciarza, lubiącego aluzje oraz jak dzień sprzyjał to był pełen humoru. Nikt nie spodziewałby się takiego charakteru po płatnym zabójcy.
Otworzył drzwi i przepuścił, jak na dżentelmena przystało, Emmelinę do swojego mieszkania, w którym wszystko wyglądało skromnie i w miarę czysto, gdyż Kenway czasami lubił być leniwy i rzeczy walały się po kątach. Taki urok bad boya.
Chyba większość znajomych Jamesa nie pochwalała jego zachowania w stosunku do Snape'a. Niektórzy mieli odwagę o tym powiedzieć, zaś inni śmiali się ze wszystkich dowcipów wyrządzanych Severusowi, zapewne nie chcąc się narazić Huncwotom lub w zwyczajnym celu podlizania się im. W końcu byli znani w całej szkole i chyba nie było ucznia, który nie znałby ich imion.
OdpowiedzUsuńZdziwiło go, że dziewczyna tak szybko się przebrała. Czasem nawet on potrzebował więcej czasu na tego typu czynności, głównie ze względu na zagubione ubrania. Nie wiedział jakim cudem, ale wszystkie rozpełzały się po całym pokoju i chowały w różnych, dziwnych miejscach.
- Jasne - odpowiedział, ruszając za nią. Po korytarzu roznosiło się tylko chrapanie portretów i ich kroki, dlatego James rzucił zaklęcie bezszelestnego chodzenia. Nie chciał by ich nakryli. - Chyba rozsądniej będzie wybrać inne przejście. W razie gdyby zawrócili lub ktoś jeszcze chciał do nich dołączyć - teraz zaczął zastanawiać się, dlaczego nie obudził żadnego ze swoich przyjaciół. Zapewne z takiego powodu, że żaden z nich nie dałby się wyrwać z ciepłego łóżka, tylko po to, by śledzić gromadkę wymykających się Ślizgonów. Nie traktowali tej sprawy poważnie!
James
[Witam! :D
OdpowiedzUsuńPowiem Ci,że po raz pierwszy mam tak okrojona kartę. Nie wiem, czy to dobrze, że poszłam w ten minimalizm, choć nie mam w zwyczaju rozciągania jej do średniej wielkości przemówienia premiera.
Jak na coś wpadnę, to uderzę, nie martw się.]
Casyan
[Jeszcze jestem trochę przymulona, więc nie wiem, co mi z tego myślenia wyjdzie, ale spróbować można... Załóżmy, że Richie jest w posiadaniu jakichś wyjątkowych manuskryptów (oczywiście zakodowanych runami) opisujących działanie kilku eliksirów, o których informacji szuka Em. i razem będą nad nimi pracować? To brzmi bardziej jak wątek niż powiązanie, ale może coś z tego wyjdzie.]
OdpowiedzUsuńprof. Dandrieu
Bez względu na porę dnia czy roku, ulubionym miejscem profesora Richarda Dandrieu była jego własna, osobista sala specjalnie przystosowana do nauczania starożytnych run. Serce rosło, gdy patrzył na kolorowe tabele rozwieszone na ścianach, codziennie uzupełniane kałamarze i idealnie naostrzone pióra… Tysiące słowników zalegających za jego biurkiem, chyba najpiękniejszym w całym pomieszczeniu przedmiotem. Było ono ogromne. Majestatyczne niczym powóz Madame Olimpii Maxine, czarne niczym noc i lśniące niczym księżyc. Nietypowo posrebrzane, również grawerowane tak, by wydobyć całe piękno, jakie drewno może zaoferować człowiekowi. A w nim jeszcze skrytki, sejfy i inne szufladki, wszystko to na potrzeby jednego profesora – Dandrieu. Ten mebel stanowił jego dumę, dobrze wiedział, że nawet Dumbledore nie posiada piękniejszego.
OdpowiedzUsuńPoza tym w sali nic ciekawego - mało światła, permanentny zaduch i zatęchły smród starych woluminów. Ot, zwykła pracownia.
Tego wieczora usadowił się za sekretarzykiem, by uporządkować wypracowania szóstoklasistów. Często zdarzało się Richardowi płakać nad głupotą swoich uczniów, ich lenistwem i brakiem obowiązkowości, jednak tym razem miał wrażenie, że specjalnie próbowali z niego zakpić. Temat na poziomie klasy pierwszej, jego zdaniem, porządnie opracowała ledwie jedna osoba. Skandal! - myślał, nerwowo upychając kartki do teczki.
Wtem ktoś uchylił drzwi.
Widok panny Emmeline Vance zdziwił go, lecz był to stan jedynie przejściowy. Zaraz przypomniał sobie o wspomnianych przez dziewczynę manuskryptach, przeklął w myślach, po czym westchnął i oświadczył:
- Dobry wieczór, z chęcią spróbuję pomóc.
Echo ostatniego słowa jeszcze rozbrzmiewało, gdy Dandrieu grzebał w szufladach biurka, próbując wydobyć potrzebne materiały. W sumie, mógł się spodziewać jej wizyty, jednak czuł, iż odbywa się ona w zupełnie niewłaściwych okolicznościach. Sporo tego dnia pracował, wielu ludzi ukarał, a jego nastrój wciąż marniał, jakby jesienna chandra i na niego ostrzyła kły.
Wziąwszy odpowiednie woluminy, skierował się do najbliższej uczniowskiej ławki, dając również pannie Vance znak, by się przysiadła. Rozkładając ostrożnie stronnice na blacie, zaczął mówić:
- Dobrze, że wzięłaś książkę, przyda nam się. Otwórz na rozdziale piętnastym, tam znajdziemy runy specjalistyczne. Zdajesz sobie sprawę, mam nadzieję, z tego, jak stare i cenne są te woluminy? Absolutnie żadnego picia, jedzenia… - wyliczał pospiesznie. Tęskno mu było już do łóżka. – Przypomnij mi jeszcze, czego dokładnie szukasz?
prof. Dandrieu
[Witam, jakiś pomysł na wątek? ^ ^]
OdpowiedzUsuńSilver
[Chyba jednak nic nie wymyślę sama. Może więc skrzyżujemy wiązki i razem na coś wpadniemy, hm?]
OdpowiedzUsuńCasyan
[Ja wiem? Może jej matka i matka Casyana się przyjaźnią, w związku z czym oni dobrze się znają? Nie wiem, do czego to by mogło doprowadzić, ale może coś podsuniesz i jakoś dojdziemy krok po kroczku?]
OdpowiedzUsuńC.
[Konstrukcja karty na to wskazuje. I w sumie umyśliłam sobie tych tajemnic kilka, no ale nie wiem, czy którejś użyć. :D I w sumie to trochę niepoważne jest..]
OdpowiedzUsuńC.
[Najpierw powiedz mi, co Ty tam widzisz :D Sprawdzimy, czy trafiłaś. Zresztą, i tak Ci powiem, ale najpierw zgaduj.]
OdpowiedzUsuńC.
[WIEDZIAŁAM, ŻE TO POWIESZ.
OdpowiedzUsuńNie. Nie do końca.
Chodzi o śmierciożerców. Nie, ze on się nimi jara, albo tym, co robią, ale go fascynują pewne obszary magii, które oni zgłębiają. Znaczy, on się fascynuje czarną magią. Ale nie, żeby jej tam używać i krzywdzić ludzi, tylko wiesz... taka ciekawość. Bo on ma syndrom wtrącania się we wszystko, musi wszystko wiedzieć, tralalala. A jako,z e jego matka jest z Mulciberów i widzi co się np dzieje w rodzinie u jej brata, to ona się boi, że go powiążą z nimi. O. I ta jego skłonność prowadzi do tego, że on często ładuje się w nie do końca jasne sytuacje. ]
C.
[Ja tam nie wiem, co go dokładnie interesuje. Jego interesują wszyscy. Więc tak, jasne. Możemy ich mieszać w co tylko sobie zechcesz.]
OdpowiedzUsuńC.
Rafael miał wrażenie, że w jednej chwili pojął, dlaczego zdarza im się tak często kłócić i wydało mu się to niemal zabawne. Oparł głowę o ścianę i spojrzał na Emmeline z góry, gdyż ta usiadła nieco niżej od niego. Nie powiedział nic na temat jej nieroztropności i tego, jak łatwo wystawia się innym na ciosy przez swoją lekkomyślność, ale chyba tylko dlatego, że mu się nie chciało. Jedyną rzeczą, jakiej teraz potrzebował, była cisza. I może trochę świeżego powietrza.
OdpowiedzUsuń- Prawdopodobnie stąd, że Wieża Astronomiczna jest do tego celu przeznaczona - odparł lakonicznie, nawet na nią nie patrząc. - Ze względu na swoją wysokość mogłaby być też dobrym miejscem do popełnienia samobójstwa, więc to, że nie chcę cię tam wpuścić, to jawna przysługa dla Gryffindoru.
Kąciki jego ust drgnęły na ułamek sekundy w złośliwym uśmiechu, ale potem jego twarz przybrała wcześniejszy wyraz. Ślizgon jakiś czas zbierał się w sobie, choć przychodziło mu to z niemałym trudem i w końcu wstał ze swojego dzielnie okupowanego miejsca.
- Pogoda do obserwowania nieba jest okropna i wie to nawet laik z zakresu astronomii, a Syriusza, jak widać, kojarzysz tylko jako bęcwałowatego Huncwota, co wyraźnie wskazuje na to, że nie używasz Wieży do obserwowania gwiazd. Zatem... - Zeskoczył kilka stopni w dół i odwrócił się w jej stronę. - Miłego lotu!
Skłonił się teatralnie, po raz kolejny udając wielkiego aktora i ruszył wzdłuż korytarza, bawiąc się różdżką, którą wyciągnął z rękawa szaty.
Rafael
[Dobra, zgadzam się :D Jakże się cieszę, że oni są oboje tacy ciekawscy! Powiem Ci też, ze Casyan od pewnego czasu studiuje bardzo zaawansowany rodzaj magii, więc Vance mogłaby go podejrzeć i też zechcieć się tego nauczyć. W związku z czym trenowaliby to razem. Magię bez użycia różdżki :D Szalone, nie?]
OdpowiedzUsuńC.
[Wiesz, może ona go osaczy w jakiejś klasie? Wtedy chyba Ty musiałabyś zacząć.
OdpowiedzUsuńJa na razie muszę zejść, więc gdybyś wolała, żebym to ja się tym zajęła, to poczekasz sobie no.. do wieczora. Ale jak wolisz. :)]
C.
OdpowiedzUsuńCasyan Multon wcale nieprzypadkowo znalazł się w Ravenclawie. Miał bowiem dar niezwykłej inteligencji, a przy tym zapał do nauki, chęć dowiadywania się nowych rzeczy i co najważniejsze – był wręcz nieprzyzwoicie ciekawy. Jak więc nietrudno się domyślić program przygotowany dla uczniów Hogwartu szybko zaczął go nudzić, bo w większości dziedzin Casyan osiągnął już wszystko, co od przeciętnego Hogwartczyka było wymagane. No, a przedmioty, w których nie był aż tak dobry odrzucił po egzaminach ze Standartowej Umiejętności Magicznej.
Tak czy owak, Casyan cierpiał na głęboki niedosyt spowodowany pragnieniem bycia mądrzejszym, silniejszym i (nie ukrywajmy) sławnym. Skoro już na piątym roku potrafił posługiwać się zaklęciami niewerbalnymi, podpatrując niektórych profesorów chciał osiągnąć coś, co znów mogło wyróżnić go na tle innych uczniów. Inspiracja jednak wcale nie nadeszła od strony nauczycieli, a ze strony samego dyrektora: Albusa Dumbledore’a.
Casyan spostrzegł bowiem coś, co później nie dawało mu spokoju przez wiele tygodni. Oczywiście wiedział, że Dumbledore to Dumbledore i że pewnie nigdy nie będzie tak wspaniały i wszechmocny jak on, jednak… czy może istnieć szansa, że posługiwanie się magią bez użycia różdżki jest w zasięgu ręki? Czy nie istnieje choćby cień nadziei, że Casyan, jeśli tylko starczy mu ambicji i wytrwałości opanuje chociaż jakiś maleńki ułamek tej wiedzy?
Zaczął więc ciężko pracować. Ciężej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Kiedy tylko miał czas zamykał się w jednej z nieużywanych klas wysilając całą swoją wolę, wspomagając się niezliczonymi ilościami ksiąg i radami autorytetów w świecie magii. Początkowo z marnym skutkiem. Dopiero, kiedy stracił już wszelką nadzieję okazało się, że jego wytrwałość opłaciła się. Spowodował bowiem, że ukradziony wcześniej z Wielkiej Sali puchar zaczął się kurczyć, a potem popiskiwać stając się w końcu czyms w rodzaju złotej myszki biegającej niespiesznie wokół krawędzi stołu.
Zachęcony tym osiągnięciem wymykał się późnym wieczorem w najróżniejsze odludne obszary zamku i ćwiczył, ćwiczył ćwiczył. Aż pewnego dnia, kiedy zrobił sobie krótką przerwę usłyszał, że nie jest sam.
Jakieś szmery dobiegające do jego uszu z korytarza zmusiły go do pociągnięcia za klamkę, ale zanim to uczynił, drzwi same się otworzyły i na ich progu spostrzegł…. Emmelinę Vance.
- Co ty tutaj robisz? – wydukał kompletnie osłupiały. Nie przypuszczał, że ktoś odnajdzie klasę ukrytą za gobelinem udającym kawałek ściany. I to jeszcze wtedy, kiedy on będzie w środku.
C.
[Śliczne zdjęcie <3]
OdpowiedzUsuńChris w swoim mieszkaniu miał nawet dosyć dużo książek. W wolnych chwilach od pracy i "pracy" to sobie siadał zawsze przy kominku i czytał o jakichś niestworzonych rzeczach. Ewentualnie wychodził z mieszkania na dwór w jakieś ustronne miejsce i strzelał z łuku w drzewa. Tak, przez wiele lat ćwiczył strzelanie z łuku, bo jak czasem różdżka zawiedzie to ma alternatywę, oczywiście oprócz Wadjet, która lubiła mu pomagać.
Już Chris chciał jej coś powiedzieć, ale przerwała mu, mówiąc Albo nie! Udowodnij! i zamiast tego uśmiechnął się szelmowsko, mrużąc jedno oko dla efektu. Emmelinka próbowała go uwieść i tak jakby jej się to udawało. Właściwie to gdyby nie poprzednie słowa Kenwaya to by pewnie ta rozmowa inaczej się potoczyła. Zachciało mu się flirtować z o jedenaście lat młodszą od siebie damą. Mógłby być dla niej bratem, ale niech to wszyscy diabli.
Zdjął z siebie kurtkę i podchodząc do dziewczyny swobodnym krokiem zawiesił za jej plecami ową kurtkę, po czym okazało się, że naruszył jej przestrzeń prywatną aż zanadto.
- Naprawdę chcesz, żebym Ci to udowodnił..? - zapytał takim głosem, którym kobietom ciężko się oprzeć.
Chris Kenway
[bardzo chetnie tyle, że pomysłu nie mam na połączenie naszych postaci *.*]
OdpowiedzUsuńEuphoria L.
[wątek bardzo chętnie! :) Black może na nią wylać kremowe piwo w Trzech Miotłach ;) alboooo możemy myśleć dalej, bo to był tylko taki pierwszy pomysł xD]
OdpowiedzUsuń[Czy taka ciekawa to bym nie powiedziała, ale co tam.
OdpowiedzUsuńTo jaki ten wątek proponujesz?]
Hampton
Wyszkolony zabójca z wieloma istnieniami na sumieniu i niewinna uczennica. Prawie jak w jakimś mugolskim filmie bądź serialu. Minęło sporo czasu odkąd gościł w swoim mieszkaniu kobietę. Było to może z kilka lat temu, ale mniejsza o to. To była dosyć bolesna przeszłość i nie ma zamiaru znowu ją przeżywać na nowo w swych myślach. Wolał skupić się na tej chwili. Na dziewczynie, która stała przed nim. Na jego chodzącym sumieniu, bo Kenway nie sumienia. Dlatego będzie brnął w tę znajomość, gdyż najzwyczajniej czekał na ten moment.
OdpowiedzUsuńJego wzrok ugrzązł we wzroku Emmeline, a wierzchem dłoni przejechał po policzku panienki Vance. Kenway postanowił delikatnie przyszpilić dziewczynę do ściany, więc zbliżył się, zmuszając ją do cofnięcia się i oprzenia się plecami o ową ścianę. Nastepnie nachylił się, by musnąć wargami delikatną szyję, niczym uwodzący ją wampir.
Chris Kenway
On z początku traktował dziewczynę jak młodszą siostrę, która wytykała mu błędy na każdym kroku jak był już po zabójstwie pewnych osób. Nie pomyślał, że ta znajomość przerodzi się w coś więcej niż czystą sympatię i wzajemne tolerowanie. W tej chwili to pragnął jej, jak mężczyzna kobietę i to było instynktowne. Nic nie mógł na to poradzić, że tak na niego działała. Kto wie? Może tym razem Emmelinka zawładnie jego mrocznym sercem, które przestało bić dla kogokolwiek innego wiele lat temu? Czas pokaże.
OdpowiedzUsuńCzując dłonie na swoim karku takie delikatne i przyjemnie zimne, gdyż czuł jak jak każdy centymetr jego ciała płonął pod dotykiem Emmeline. Gdy złapała go za koszulę to automatycznie przypomniał sobie o niedoskonałościach swojego ciała. O bliznach, którymi nie lubił chwalić się. Prawdopodobnie Emm będzie się pytać skąd je ma.
Wyrzucił myśli ze swojej głową, skupiając się na muskaniu wargami szyję dziewczyny, następnie wzdłuż linii szczęki a potem jego usta znalazły od niej, zamykając je w namiętnym pocałunku.
Chris Kenway
Spodziewał się, że Emmeline zacznie mu się natychmiast gęsto tłumaczyć, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego usłyszał to bezczelne pytanie.
OdpowiedzUsuńNo dobra, tym razem to on okazał się strasznym naiwniakiem. Znał już Vance na tyle dobrze, by wiedzieć, że może oczekiwać od niej wszystkiego, tylko nie przyzwoitości na przykład. Tak, ona miała z tym naprawdę wielki problem.
- Ja… - zaczął zbity z tropu tak zaskoczony tym, że w ogóle ośmieliła się spytać, że z początku zupełnie nie widział potrzeby trzaśnięcia jej drzwiami przed samym nosem, albo oskarżenia jej o to, że ma owy nochal za długi. Na szczęcie po kilku sekundach w końcu zorientował się w sytuacji, i zdobył się przynajmniej na oburzone spojrzenie.
- No chyba oszalałaś, Emma! – wyrzucił z siebie głośnym szeptem i natychmiast rozejrzał się na boki, czy ktoś ich przypadkiem nie obserwuje- Jesteś totalnie…. – ale Vance nie dowiedziała się, jaka jest, bo Casyan złapał ją za nadgarstek i wciągnął do środka nie chcąc dłużej ryzykować, niż ktoś poza tą małą smarkulą tutaj go zobaczy.
Nie, żeby Casyan był tylko o rok starszy.
- Po co tu przyszłaś!? - fuknął
C.
że ktoś po za nią... - nie wiem, jak to się stało, że napisałam "niż"
UsuńC.
- Byłbym milszy, gdybyś mi tutaj nie wtargnęła. – rzucił nieco opryskliwie przemilczając fakt, że ona tutaj wcale nie wtargnęła, a tylko stałą pod drzwiami. Chociaż chyba ten fakt przemawiał na jej niekorzyść i stawiał Emmeline w dużo gorszym świetle, niż na początku.
OdpowiedzUsuńŚledził ją czujnym spojrzeniem zwężonych jasnoszarych oczu ze skrzyżowanymi ramionami na piersiach, starając się robić wrażenie człowieka, którego nic absolutnie nie rusza, co dość dobrze mu wychodziło. W sumie chyba tylko dlatego, że naprawdę mu na tym zależało. No, ale zwykle jest tak, że kiedy komuś bardzo zależy, to jest zupełnie odwrotnie, niż mógłby tego pragnąć, prawda?
- Nie. - odparł nieco nerwowo - Trenuje tutaj czary, które NAM, przeciętnym czarodziejom wolno uprawiać. – umilkł na moment – Pragnę ci przypomnieć, że w tym roku mam OWUTEMY. Powtarzam sobie lekcje. Nic poza tym.
C.
- Ukrywam się, bo nie lubię, jak mi ktoś przeszkadza! – rzucił jej mordercze spojrzenie, ale w sekundę później zganił się w duchu za to, co powiedział. Hej, czy on się właśnie przyznał, ż e faktycznie się chowa…?
OdpowiedzUsuńPo jej kolejnych słowach wydał serię bliżej nieokreślonych dźwięków parskając na końcu tak, jakby Emmeline stwierdziła coś, co było tak idiotycznym pomysłem, że nie zasługiwało nawet na lekceważący komentarz. Na który wbrew wszystkiemu chłopak się zdobył, oczywiście,.
- Daj spokój… ani ty ani ja jeszcze nie zwariowaliśmy. – tu uśmiechnął się złośliwie – No, chociaż po tobie to tam nigdy nie wiadomo. – usiadł na blacie jednego ze stolików i oparł się o zimną, kamienną ścianę. – Więc co? Będziemy tu oboje tkwić, tak? Ja z nadzieją, że w końcu mnie zostawisz, a ty, ze w końcu ci wyznam jakąś fascynującą tajemnicę której NIE MA?
C.
- No tak. Bo spotykanie się ze mną to wariactwo.
OdpowiedzUsuńBrwi Casyana powędrowały tak wysoko, że prawie zniknęły pod pojedynczymi pasemkami jasnych włosów. Przecież nic takiego nie powiedział.
Ale nie miał czasu się nad tym zastanawiając, bo Emelina wypadła z klasy tak szybko, jak chłopka ją do niej wrzucił, więc tylko zdążył się zerwać z miejsca i z poczuciem, że w ogóle nie wie, co się dzieje wyjrzeć za nią na korytarz.
- Emma?! – zawołał za nią – Co ci jest?
Och, przecież ciągle prawili sobie złośliwości. Kiedy tylko się spotykali. Od zawsze. Od kiedy tylko nauczyli się mówić. Więc… dlaczego tak zareagowała?
Zamknął za sobą drzwi i podbiegł do niej truchtem.
- No ej…? Co ty robisz?
C.
Nikt nie jest doskonały i idealny, nawet Chris. Ideał faktycznie jest nieuchwytny. Gdyby na tym świecie chodziły same doskonałości to świat byłby nudny. Różnorodność jest jak najbardziej na miejscu i niech tak pozostanie.
OdpowiedzUsuńRozum wołał, że ma zaprzestać uwodzenia dziewczyny, ale serce i "rozum" ulokowany w podbrzuszu mówił, że ma brnąć w to głębiej. Kenway żyje podwójnym życiem - zabawny barman i bezlitosny zabójca. Będąc sam jakoś pogodził te dwie role, nie mając nikogo kogo mógłby zranić. Teraz w obrazek weszła Emmeline Vance.
Dlaczego poddała mu się bez walki, wiedząc, że nie jest do końca dobrym człowiekiem? Co jeśli ją tylko wykorzysta? W głębi serca Chris jest dobrym i honorowym człowiekiem, który skrywa się pod maską mordercy, bo tylko w ten sposób mógł zadośćuczynić swe złe występki. Mordowanie konkretnych celów.
Odwzajemnił pełen namiętności pocałunek jeszcze bardziej, delikatnie tworząc na jej plecach niewidoczne linie, aż w końcu jego ręce zawędrowały w okolice jej ud i podniósł Emm w taki sposób, że musiała opleść Chrisa nogami wokół bioder, żeby mu nie spadła.
I tak toczyła z nim walkę o jego sumienie, który gdzieś wyparowało jakieś kilka lat temu. Ta jej zawziętość, żeby zmienić Chrisa w dobrego człowieka była przeurocza. Lubił się z nią droczyć. Najwidoczniej brakowało mu kogoś w swym życiu pełnym kłamstw i rozlewu krwi. Czuł się samotny, ale nikomu się nie przyzna.
OdpowiedzUsuńMiędzy nimi była duża różnica wieku, ale kto tak naprawdę patrzy na wiek? Bardziej patrzy się na to, czy osoby się nawzajem uzupełniają, czy im dobrze ze sobą.
Ich pocałunku pochłonęły go bez reszty. Gdy próbowała rozpiąć jego koszulę to Chris, z nią na rękach, ruszył w kierunku salonu gdzie była rozłożona kanapa, na której zielonooki śpi bardzo często. Wsunął dłonie pod jej bluzkę i delikatnie masował plecy dziewczyny.
Między pocałunkami udało mu się uśmiechnąć szelmowsko i odpowiedzieć:
- A ty mnie, panno Vance...
OdpowiedzUsuńPoszedł za nią, bo nie wiedział, o co chodzi. Gorsze od wybuchów Emmy było tylko to, co następowało po nich: kilka dni zupełnej ciszy przerywanej z rzadka tylko przez jego pytania „co się stało?” „jesteś na mnie obrażona?” i otrzymywaniu odpowiedzi „nie, wcale”. A potem znowu cisza.
- A od kiedy ty tak bardzo jesteś posłuszna? I to mnie, co? – uniósł lekko jedną brew, a kąciki ust zadrgały mu niebezpiecznie, w desperackiej próbie powstrzymania uśmiechu.
Emmeline najwyraźniej nie miała zamiaru mu odpowiedzieć, bo okręciła się na piecie z tą samą rozczarowano- złą miną próbując zniknąć mu z oczu. To był właśnie ten moment, w którym chłopak powinien wzruszyć ramionami i stwierdzić, ze w końcu jej minie, ale zamiast tego, znowu za nią poszedł i wyprzedził ją odwracając się do niej przodem i rozkładając szeroko ręce, jakby powstrzymywał ją przed ucieczką.
- Masz szesnaście lat, a nie pięć. Chodź, wracamy. – i nie czekając na jej odpowiedź, złapał ja za przedramię.
Uh, chyba będzie jej jednak musiał powiedzieć. Przyjaźń z nią chyba była dużo bardziej cenna od potajemnych pragnień zdobycia sławy.
Casyan.
[Przepraszam, za ten zastój, ale moim wykładowcom coś padło na mózg i jestem dopiero w połowie dwutygodniowej próby pozostania jednak studentką (cokolwiek to znaczy) Zresztą, jak cały mój rocznik.]
Kiedy na twarzy Emmeline znów zagościł uśmiech, Casyan zrozumiał, że dał się nabrać. Że znowu dał się nabrać tak jak dał się nabrać już ze trzy miliony razy w każdym przypadku będąc święcie przekonanym, ze tym razem to PRAWDA.
OdpowiedzUsuń- Skąd taki pomysł, co? – fuknął nieco zirytowany, że znowu dał się jej podejść. Och, dlaczego był taki naiwny?! Lepiej: dlaczego zawsze był tak naiwny przy Vance, która oszukiwała go ciągle? Przecież nie brak było mu sprytu spostrzegawczości. To musiała być więc jakaś słabość z dzieciństwa. Tak, ich znajomość trwała stanowczo zbyt długo, by Emmeline udało się poznać te wszystkie sposoby wodzenia Casyana za nos.
Wrócili więc z powrotem do tajnej klasy, ale tym razem chłopak zamknął drzwi zaklęciem, ażeby udaremnić komukolwiek wtargnięcie do środka. Colloportus specialis ipo krzyku.
- No więc…. – zaczął – Skoro już wiem, że nie dasz mi spokoju, będziesz strzelać fochy i w ogóle jesteś gotowa na wszystko, byle tylko mi przeszkadzać… Dobra. Nie uczę się do egzaminów. W nosie je mam tak a propos. Wiem, że zdam. Ale… - zawiesił głos, wahając się jeszcze parę sekund – Znalazłem coś, co jest tysiąc razy bardziej pasjonujące, niż wszystko, co do tej pory tutaj robiłem.
C.
- Ja się tutaj uczę, Emma. – wydusił z siebie w końcu – Uczę się czegoś, o czym zwykli czarodzieje nawet nie marzą, by poznać. – obszedł powoli całą klasę, a potem splótł ramiona na piersiach stając tuż przed nią – Możesz mnie wyśmiać, ale wiem, że mam talent. Nie jakiś ogromnie wielki, ale wiem, że jestem dużo lepszy, niż większość uczniów. Albo i niektórych nauczycieli. Czarodziejów, w ogóle. – urwał – Uczę się magii niewymagającej korzystania z różdżki.
OdpowiedzUsuńLedwie to wypowiedział, a zganił się w duchu – to zabrzmiało dużo gorzej, niż początkowo przewidywał, a nieodgadniona mina Emeliny tylko pogorszyła jego nastrój. Och, nie powinien jednak był jej mówić, teraz weźmie go za jakiegoś kłamcę, albo pyszałka, albo za jedno i drugie, co sprawi, że na koniec będzie tylko wielkim nadętym bufonem, któremu ego wylewa się uszami.
C.
Casyan z uwaga obserwował zmieniający się z wolna wyraz twarzy Emmeline, ale kiedy ta ponownie się odezwała, prychnął zniecierpliwiony.
OdpowiedzUsuń- To nie jest magia dla nieprzeciętnych! To jest magia dla wybitnych, rozumiesz to?! I strasznie się boję tego, na co się porwałem, bo jeśli mi się nie uda…. – zrobił krótką pauzę i cień przemknął przez jego bladą twarz – znasz mnie. Mnie, moje ego, moje wydumane ambicje i czasem zbyt niskie poczucie własnej wartości. Tak, wiem… - machnął szybko dłonią – nie wierzysz w to ostatnie, bo pokazuję coś zupełnie odwrotnego, ale to nie ma znaczenia – obszedł stolik na którym siedziała – Emmeline… - westchnął wprost do jej ucha – Czy ty wiesz, co będzie, jeśli mi się nie uda? Ja tego nie przeżyję. Tak, wiem, histeryzuję, ale… ja MUSZĘ…. się tego nauczyć. – teraz, kiedy jej w końcu wyznał swój sekret poczuł gwałtowną chęć wywnętrzania się ze swoich obaw, choć jednocześnie uważał, że to w ogóle bez sensu, że tylko ją tym zamęcza i nie powinien się tak zachowywać. Ale to było silniejsze od niego.
C.
Zmarszczył brew i odsunął się od niej siadając na tym samym blacie.
OdpowiedzUsuń- Nie bądź niepoważna. Nie możesz mi pomóc. Nikt nie może. To nie o to w tym chodzi. – splótł razem palce, a potem zaczął je sobie wyłamywać - Tu chodzi o moc, wolę i wewnętrzną siłę. Boje się, że nie mam niczego z tych trzech rzeczy, a rzucam się na to zupełnie bezsensownie wiedząc, że potem przez własną głupotę będę sobie musiał lizać rany. – uniósł głowę i zerknął w jej kierunku – Ale to miłe, że to zaproponowałaś. – uśmiechnął się i poklepał ja po ramieniu – No, to teraz już wiesz, co sobie tutaj robię. To nie jest wcale aż tak
ekscytujące, prawda?
C.
Kiedy powiedziała to ostatnie, Casyan wytrzeszczył oczy i rozwarł szeroko usta zastanawiając się, czy ona mówiła zupełnie serio, czy po prostu ona ma jakieś omamy z przepracowania.
OdpowiedzUsuń- Co…? – wyrzucił z siebie i ześlizgnął się z blatu idąc za nią – Ty? Emmeline… Ja… mi to zajęło dwa lata. Dwa lata, żeby osiągnąć cokolwiek. I jestem na etapie bezużytecznych sztuczek. Jak ty to sobie wyobrażasz?
Nie, żeby Emmie nie brakowało zdolności, bo z pewnością tak nie było, ale spójrzmy prawdzie w oczy: Casyan był starszy, więcej ćwiczył i pewnie jego moc była trochę bardziej rozwinięta, niż ta dziewczyny. A ona tak po prostu sobie oświadcza, że zamierza posiąść tę umiejętność? No chyba zwariowała. Gdyby wiedziała, ile czasu spędził na szukaniu czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc, ile galeonów musiał wydać na niektóre książki, których nie ma w żadnej z normalnych magicznych księgarni, ani bibliotek…
- Emma, nie bądź nierozsądna….
C.
on ma jakieś omamy*
UsuńC.
Cóż, James może do najdojrzalszych nie należał, jednak starał się doceniać dziewczyny. W jego przypadku nie było tak, że uważał chłopaków za najlepszych we wszystkim. Przecież nawet w klasie doskonale było widać, iż on sam często nie dorastał do pięt niektórym z koleżanek. Do tego płeć piękna miała inne spojrzenie na wiele spraw, więc Emmeline mogła się przydać w tej wyprawie. Do tego wpadnięcie w kłopoty było mniej prawdopodobne, niż gdyby udał się z Syriuszem.
OdpowiedzUsuń- Jestem za - odpowiedział na jej propozycję. Ukradkiem zerknął na swoją mapę i prześledził dokładnie zamkowe korytarze. Droga wydawała się pusta, lecz i tak powinni mieć się na baczności. - Zastanawiam się, czy to zwykłe spotkanie dla zabawy, czy chodzi o coś poważniejszego. Zapewne w grę wchodzi ta druga opcja, niestety. Ostatnio przejąłem jakąś kartkę o składnikach do eliksirów z czarnego rynku. Właściwości kilku z nich znalazłem w bibliotece i upewniłem się, że nie są to przyjazne miksturki - wzdrygnął się lekko, myśląc, że któregoś dnia mógłby się napić soku przy śniadaniu i nie dotrzeć na pierwszą lekcję. Straszna wizja.
James